Niemal dokładnie dwa lata temu napisałem felieton o uproszczonej wizji świata i wydarzeń, która sprowadza się do decyzji i woli pojedynczych, wpływowych osób. Metoda taka oczywiście ma swoje plusy, gdy służy do schematycznego opisu, bez wchodzenia w gąszcz szczegółów i kiedy tak samo jest odbierana – jako model i swojego rodzaju przenośnia. Gorzej, gdy uproszczony obraz jest brany zupełne na serio. Przed dwoma laty pisałem o absurdzie myślenia, że pojedynczy polityk ma moc i siłę do kierowania wydarzeniami według własnego „widzimisię” w takim stopniu, że może zechcieć, by wszyscy „się pozarażali”. By oprzeć się na znanym wszystkim przykładzie, opisałem negocjację wielkiej trójki ustalające kształt świata po II wojnie światowej:

„Za kulisami Teheranu i Jałty stały tysiące pomniejszych wydarzeń, które splatały się i tworzyły argumenty, punkty nacisku i możliwości. Wysiłek żołnierzy każdego z państw, praca wywiadowcza, dyplomacja, możliwości przemysłu i morale społeczeństwa to tylko przykłady kart rzucanych na stół podczas tych rozmów. Każdy z tamtych polityków uwiązany był niezliczoną liczną niewidzialnych nici powiązań, zależności i wpływów, które czuł i które musiał brać pod uwagę. Nie oznacza to wcale, że nie miał żadnego pola manewru, mógł zagrać swoją kartę źle, ale z całą pewnością nie była to tylko kwestia „dogadania się” kilku panów w podeszłych wieku. Podobnie dziś wielopiętrowa struktura administracyjna, umowy międzynarodowe, poparcie własnego ugrupowania, opinia publiczna itp. to siły z którymi współczesny polityk musi się mierzyć i kalkulować przy podejmowaniu decyzji. Powyższe to tylko kilka przykładów, taka litania mogłaby być pociągnięta przez wiele stron.

Co ciekawe, nie przeszkadza to wielu na pojmowanie uproszczonej rzeczywistości na wzór konferencji wielkiej trójki podczas II wojny światowej. Współczesnym politykom przypisuje się również moc niemal boską, która pozwala w pojedynkę miotać się od ściany do ściany, wygrywać z naturalną bezwładnością państwa i jednoosobowo podejmować decyzje, które mają wpływ na miliony ludzi i ich przyszłość. Nawet w czasach piastowskich, gdzie ziemie polskie uważane były jak prywatna własność księcia lub króla, rządzący musieli liczyć się i brać pod uwagę wpływy różnych grup społecznych. W czasach, gdzie władza legitymizowana była przez religię, nie było miejsca na rządy tak absolutne, jakie dajemy w wyobrażeniach dzisiejszym przywódcom.”

To nie ze względu na „rocznicę” przypomniał mi się ten tekst. Ostatnie wydarzenia na Ukrainie również są pokusą do przedstawiania rzeczywistości w tak uproszczony sposób, a nawet do redukowania winy za ostatnio odkryte zbrodnie do jednego (może kilku) ludzi. Po raz kolejny jednak nie jest to kwestia woli, decyzji, uroku, szaleństwa, złego humoru itd. jednostek. Jeżeli nawet przy metaforycznym stoliku siedzi kilku mocnych graczy (Biden, Xi, Putin), obok inni mniej potężni, acz wpływowi (Zełenski,, Johnson, Schulz, Macron, Erdogan), oraz szereg kolejnych (np. Duda, Orban, Łukaszenka itd.) to siła ich kart nie wynika z ich osobowości czy determinacji. To, że Zełenski może wciąż, w formie video połączeń, występować w kolejnych parlamentach i apelować o pomoc, jest możliwe jedynie dzięki temu, że naród Ukraiński jednoznacznie stawia opór najeźdźcy. Armia nie poszła w rozsypkę, a społeczeństwo nie wita Rosjan kwiatami. Gdyby te czynniki nie zaistniały nawet nieskończenie wielka charyzma i wola walki nie pozwoliłaby mu zasiąść do gry, gdyż prawdopodobnie doznałby ostatecznej „denazyfikacji”.

Podobnie jest i z innymi graczami. Wiąże ich, zobowiązuje, ogranicza i zniechęca ogromna ilość czynników. Jeżeli nawet w poszczególnych punktach ich decyzje są niezależne, to musiała zaistnieć wcześniej odpowiednia do nich podbudowa. To bardzo ważne, by o tym pamiętać, szczególnie w przypadku pana, który jest prowodyrem całego zamieszania. Nawet jeżeli Władimir Putin, bo oczywiście o nim tu mowa, podjął decyzję o ataku, to podparte musiało to zostać wsparciem wojska, służb, skalkulowaniem sił i środków, oraz – co jest bardzo ważne – założeniem o poparciu wojny przez społeczeństwo. Obraz to niewymownie smutny, gdy większe tłumy gromadzi zamykająca się IKEA, niż protesty antywojenne i jest to fakt, który należy zapamiętać. Maski opadły i widać jak na dłoni, że społeczeństwo rosyjskie jest „za”. Chce „denazyfikacji” Ukrainy, twierdzi, że tak trzeba, „jest za Putinem”, popiera swoich itd. To też należy zapamiętać, zwłaszcza wtedy, gdyby okazało się, że w wyniku rozwiązania wewnętrznego pojawił się nowy przywódca rosyjski, mówiący po angielsku, absolwent zachodnich uczelni, który może i jest „wielkorusem”, ale chce odprężenia sytuacji i zniesienia sankcji po trupie Putina. Wtedy okaże się bardzo szybko, że cała Rosja była za pokojem, została okłamana i nie wiedziała, co wyprawiają sołdaty pod Kijowem. Nie wszystko da się ocenzurować i ukryć. Jeżeli nawet zwykli ludzie w Moskwie rzeczywiście nie wiedzą jak wygląda „wyzwalanie” Ukraińców to nie wiedzą dlatego, że boją się takich informacji poszukać. Dodatkowo, poparcie społeczne w sprawach wojny jest ważne nawet w warunkach dyktatury. Świadczy o tym dobitnie przykład Białorusi, gdzie wszystkie znaki na niebie, ziemi i Twiterze wskazują, że to właśnie silny opór wojska i zwykłych ludzi powstrzymuje Łukaszenkę od wprowadzenia wojsk na Wołyń. A przecież w samym systemie politycznym nie ma różnic, ta same siłowe rządy autokratyczne/dyktatorskie sterują oboma krajami. Społeczeństwa też są podobne, jak chcą twierdzić ich przywódcy – wręcz bratnie. A jednak Białorusini zachowują się na tyle godnie, by nie popierać wojny zaborczej. A Rosjanie? To oni są winni temu, że ich wojska popełniają takie zbrodnie w sąsiednim kraju. To nie tylko Putin, to też tysiące matek, których synowie mordują, gwałcą i kradną. To tysiące ojców, którzy nie wszczepili synom poczucia honoru. To tysiące żon oczekujących na paczki z frontu zawierające skradzioną własność Ukraińców. Winni są wszyscy, którzy akceptują powszechną biedę, przy jednoczesnym bogactwie oligarchów, w zamian za zbrojenia i marzenia o wielkości Rosji. Wielkości, którą chcą wykuć przez zaborczą, zbrodniczą wojnę.

W mojej rodzinie krążyły przez lata anegdoty o dziadku, który przez całe życie nie chciał wziąć do ust pierogów „ruskich”, ze względu na samą nazwę. Nie doczekał niestety wyjścia ruskich wojsk z Polski. Tym niemniej ta nienawiść do „pierogów” nie była dalej kultywowana i wzmacniania. Sam odbierałem Rosjan jako raczej normalnych ludzi z dziwnym systemem politycznym i nieadekwatnych sentymentach. Dziś swoje spojrzenie rewiduje. Rosjanie zapewnili sobie w moich oczach odpowiednią reputację na określony czas – tak długi na ile mi go jeszcze pozostało.

Autor: Andrzej Smoleń

Gdyby ktoś życzył sobie dostawać powiadomienia o moich kolejnych tekstach, stworzyłem profil na Twitterze. Zapraszam chętnych do obserwowania:

https://twitter.com/andrzej_smolen

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.