Do napisania tego artykułu podchodziłem już kilka razy w przeciągu ostatniego roku. Kilkukrotnie też usuwałem na tyle obszerne fragmenty, że zostawały jedynie strzępki tekstu i nie pozostawało nic innego, jak zabrać się do pracy od nowa. Powód za każdym razem był taki sam: felieton wydawała mi się nazbyt ckliwy, wręcz naiwny. Po niemal roku siłowania się z próbą przełożenia myśli na tekst uznałem, że zainspirowana osobistymi przeżyciami treść, doprawiona też mniejszymi i większymi sentymentami musi – przynajmniej w odbiorze autora – wydawać się nieco infantylna. Jeżeli jest już na to skazana, uznałem, że nie będę też się ograniczał co do długości. Wyszło ponad trzy tysiące wyrazów. To dużo, jeżeli wciąż uznawać ten tekst za formę felietonu. Niemierzalnie mało, jeżeli miałby on ująć każdy niuans powiązany z tematem. Wystarczająco chyba jednak, by przedstawić w nim myśl, wokół której jest utkany.

               Rozwój i dostępność technologii komunikacyjnych, zarówno tych pozwalających się szybko przemieszczać między danymi punktami na ziemi, jak i tych cyfrowych, sprawia że człowiek w XXI wieku zupełnie inaczej postrzega odległość w porównaniu do jego przodka, żyjącego kilka pokoleń wcześniej. Świat skurczył się dla nas w sposób bardzo wyraźny i można powiedzieć, że też policzalny. Odległość między Polską a Wielką Brytanią nie budzi strachu i niepewności, bo przełożyć ją można na niecałe trzy godziny lotu. Wiadomości docierają niemal dosłownie w czasie rzeczywistym, list nie krąży po Europie tygodniami, a dostarczany jest, w nowej, elektronicznej wersji, dosłownie sekundy po jego wysłaniu. Jedna z takich wiadomości dotarła do mnie rok temu i zobowiązała do wylotu kolejnego dnia. Ta nagła konieczność wyjazdu i zaciągnięcie hamulca ręcznego w obowiązkach służbowych i domowych, przestawienie się myślami na kilkadziesiąt godzin na inny tor powodowało, że odległość dzieląca Polskę i Wielką Brytanię stała się wtedy bardziej wyraźna i zauważalna w wielu, czasami w bardzo subtelnych aspektach. Odległość zarówno ta fizyczna,  wyznaczana kilometrami do pokonania, jak i dystans kulturowy i mentalny.

               Pora wyjazdu przypadła na jesień. Październik podkreślił najbardziej oczywistą różnicę pomiędzy tymi miejscami, jaką jest położenie geograficzne. Znajdująca się w pobliżu ciepłego prądu atlantyckiego wyspa ma klimat umiarkowany ciepły, i co oczywiste, morski. W konsekwencji każdemu mieszkańcowi wysp Brytyjskich, o każdej porze roku, częstymi okresami, pada na głowę deszcz. Opisywany październik nie był wyjątkiem, przynosząc ze sobą stałe dodatki do wyspiarskich ulew, w postaci wiatru i gęstych, nisko zawieszonych chmur. Umiarkowany klimat Polski, powiązany z jej położeniem na globie, gdzie ścierają się ze sobą masy powietrza zarówno znad Atlantyku, jak i równin euroazjatyckich, powoduje, że pory roku są bardziej wyraźne, a jesień potrafi być zupełnie odmienna od brytyjskiej. Opisywana przez nas jako polska i złota podkreśliła wtedy odmienność od tej z północy i nadała jeszcze mocniejszego wyrazu całej podróży.

               Pogoda potrafi bardzo mocno wpłynąć na odbiór krajobrazu, nadać mu ostrzejszej kreski, albo zaznaczyć tło mocniejszymi kolorami. Nie zmienia go jednak w jego istocie, ułożona mozaika z obiektów naturalnych, jak i wzniesionych ludzką ręką, dalej jest w stanie opowiadać sobą wiele historii, chociaż często nie nachalnie, a w sposób bardziej subtelny. Północną Anglię można oglądać przez pryzmat rewolucji przemysłowej, która się tutaj rozpoczęła. Zaprzęgniecie do pracy energii z pary wodnej zmieniło obraz tutejszych miast i miasteczek. Tamten rozpęd i jego pochodne, niczym kolejne obroty koła zamachowego, wywoływały i wywołują dalsze skutki i następstwa. Węgiel zastąpiono ropą naftową i uranem, lecz wciąż te same regiony potrzebują i dostarczają energii. Dymiące kominy elektrowni węglowych zastąpiono farmami wiatrowymi, ale początek zmian, który pośrednio przyczynił się do ich dzisiejszej lokalizacji, miał miejsce przeszło dwa wieki temu. Dzisiejszy obraz infrastruktury kolejowej, wodnej i drogowej to dzieci i wnuki tej rewolucji, która wymagała dobrej komunikacji, by podtrzymywać swój rozpęd. Lotniska i liczba połączeń lotniczych to już prawnuki, które pojawiały się dzięki kumulacji kapitału, pracy i tradycji przemysłowych wypracowanego przez kolejne pokolenia fabrykantów, robotników i miejscową finansjerę. Część obiektów już nie istnieje, część zmieniła swoje przeznaczenie, niektóre powstawały na gruzach poprzednich, ale raz ruszona machina zmian i industrializacji wpływała i wpływa tak na otoczenie, jak i na losy kolejnych pokoleń.

            W tym samym czasie, gdy ropoczynała się rewolucja przemysłowa, w innej części Europy następowały zmiany innego rodzaju. Południowa część dzisiejszej Polski, która była moim celem podróży, została wcielona do Austro-Węgier. Galicja, spięta klamrami Krakowa i Lwowa, z jednej strony została oderwana od rdzenia I Rzeczpospolitej, a z drugiej oddzielona górami od centrum państwa Habsburgów, musiała pisać swoją historię XIX wieku w zupełnie innych warunkach. Tym niemniej i galicyjski krajobraz może opowiadać historie, ale często należy na niego spoglądać z nieco innej strony. Jednym z takich elementów może być przydrożna figura, na której podeście wyryto datę wzniesienia, nazwiska ludzi, którzy ja ufundowali i ich prośbę o modlitwę. Ta prośba wybrzmiewa już od XIX wieku, w pewien niewidoczny sposób łączy tamtych ludzi z tymi, którzy zwracają uwagę na ów napis. Na cokole postawiono figurę świętego Jana Nepomucena, na którego z kolei nigdy nie zwracałem uwagi. Święty do tego stopnia się nie narzucał, że gdy lata później spacerowałem po moście Karola w Pradze i mijałem miejsce, w którym został zrzucony do Wełtawy, nie miałem pojęcia o tym, że  właśnie z tego miejsca rozpoczęła się przed wiekami jego podróż przez umysły potomnych, która zaprowadziła go do przydrożnych kapliczek setki kilometrów dalej. Musiało minąć kolejnych kilka lat, bym mógł zupełnie przypadkowo, poznać jego historię. Czeski święty Pański, a raczej jego kult, mógł zawędrować do Galicji ze względu na bliskość kulturową i religijną obu miejsc, ale również dzięki stosunkowo niewielkiej odległości geograficznej. W latach, gdy wbito łopatę pod fundament jego kapliczki i Czesi, i mieszkańcy Galicji byli poddanymi tego samego władcy. Jan Nepomucen w Anglii, w kraju potomków Cromwella i opactw bez opatów miał bez porównania trudniej, by przebić się do zbiorowej świadomości i pamięci. Już wieki przed dziewiętnastym stuleciem inne kody kulturowe i inne prądy myślowe kształtowały społeczeństwa na wyspach.

            Trzeba przyznać, że opisywana kapliczka została wybudowana w miejscu wręcz idealnym dla św. Jana Nepomucena. Ze względu na to, w jaki sposób został stracony, jego podobizny, bo przecież ta opisywana nie jest jedyną, były wznoszone przy drogach, mostach, strumieniach, na uboczu. Takie miejsce wybrano wtedy, takim było rok temu, takim jest i teraz. Wiele to mówi, chociaż oczywiście nie bezpośrednio. Mocno też uderza w momencie, gdy jest się przez okoliczności nastrojonym na odbiór znaków z otoczenia i przebywa się jednego dnia w regionie opowiadający całym sobą przemiany ostatnich dwustu lat, marszu ludzkości w stronę cywilizacji technicznej, drugiego w okolicach, które zmieniły się również przez te lata, ale w swojej istocie pozostały takie same. Wtedy i dziś, gdzieś na uboczu, na peryferiach peryferii.

                        Małopolska niczym na sinusoidzie przeżywała i swoje lata świetności, i bywała poza głównym nurtem.  Kraków był przez pewien czas ośrodkiem politycznym zarządzającym państwem o obszarze miliona kilometrów kwadratowych. Dla porównania w tym samym czasie, podczas pierwszych wolnych elekcji, mieszkańcy Warszawy szczycili się tym, że nie wszyscy nawzajem się znali. Jeszcze wcześniej, jeszcze przed powstaniem państwowości polskiej, był tuż zaraz za granicą największego chyba projektu cywilizacyjnego w historii: Rzymu, który w pewnym momencie oparł się o Tatry. Aleksander Krawczuk to krakowski profesor historii, zajmujący się czasami antycznymi, w szczególności cesarstwem Rzymskim. Jedna z jego wielu książek nosi tytuł „Polska czasów Nerona” i nawiązuje do tamtych czasów. Jest to opowieść o terenach dzisiejszej Polski w okresie wypraw rzymskich kupców nad Bałtyk. Autor porusza wiele pobocznych wątków, splata czasy antyczne z współczesnością i wtrąca różne dygresje. Przy okazji opisu Starego Sącza stwierdza, że kto zobaczył jego rynek, nie zapomni go nigdy (co jest prawdą), ale i snuję swoje przemyślenia na temat Galicji i Austro-Węgier. Według prof. Krawczuka nieistniejące na mapach od przeszło stu lat państwo wciąż trwa w w mentalności mieszkańców Galicji, choć najczęściej w sposób zupełnie nieświadomy. Istnieje w bardzo delikatnych elementach rzeczywistości jak urokliwy rynek, samotna kapliczka św. Jana Nepomucena, ale przede wszystkim w wolniejszym tempo życia, czy stosunkach międzyludzkich. Bierze to swój początek w tym, że wspomniane już wcześniej odcięcie Galicji miało różnorakie skutki, także społeczne. Przez utratę rynków zbytu i przestarzały system ekonomiczny galicyjska szlachta zaczęła tracić na znaczeniu. Brak uprzemysłowienia regionu sprawił, że nie pojawiła się na jego scenie, w przeciwieństwie do Anglii, burżuazja, czyli bogate mieszczaństwo. Pozycję wiodącą w życiu  kulturalno-społecznym i politycznym  Galicji zajęła tworząca się wtedy warstwa inteligencji. Charakterystyczny, wytworzony wtedy inteligencki etos i poczucie misji, która wynikała ze starań o niepodległość, jeszcze przebrzmiewają do dziś cichym echem w kolejnych pokoleniach, co poświadczy chyba każdy kto spędził jakiś czas w Krakowie.

            Zabór austriacki na kartach naszej historii nie ma tak złej sławy jak rosyjski i niemiecki. Jest to w pewnej mierze uzasadnione. Cesarzowa Maria Teresa miała płakać podczas podpisywania aktu rozbiorowego. Nie wiadomo na ile to propaganda, mająca choć po części usprawiedliwić władczynię przed jej poddanymi, a na ile rzeczywista reakcja wywołana udziałem w rozszarpywaniu I Rzeczpospolitej. Austro-Węgry zostały w pewnej mierze niemal zmuszone do udziału w rozbiorach przez okoliczności. W momencie, gdy obaj sąsiedzi rośli w siłę Habsburgowie nie mogli pozostać bezczynni, musieli starać się o równowagę sił. Koniec końców jednak, Maria Teresa płakała, ale i brała, jak złośliwie zauważył król Pruski. Późniejsze losy Galicji, jako części monarchii Austro-Węgierskiej nie były tak wyboiste i trudne jak w innych częściach I Rzeczpospolitej. Początkowo szorstkie relacje między Wiedniem a Galicją zostały za panowania cesarza Franciszka Józefa ocieplone. Dotyczyło to zwłaszcza stosunku warstwy chłopskiej do najjaśniejszego pana. Dość powiedzieć, że to administracja austriacka zdjęła z ich barków znienawidzony obowiązek pańszczyzny. Do tego stopnia zostało to w zbiorowej pamięci chłopów, że jeszcze w dwudziestoleciu międzywojennym obawiano się, że w odrodzonej Polsce pańszczyzna zostanie przywrócona. Sam cesarz był wdzięczną postacią, którą łatwo było kochać, a przynajmniej czuć sympatię. Pracowity, skromny, tragicznie owdowiały władca kreowany był na wzór monarchy, który po ojcowsku czuwa nad wieloma narodami. W Gorlicach, w miejscu, które gdyby Austro-Węgry dalej istniały, byłyby jednym z ważniejszych punktów na kartach jej historii militarnej, na własne oczy widziałem na ścianie restauracji, widzący portret cesarza. Nawet, jeżeli przyjąć, że było to elementem wystroju, jako że cały budynek nawiązywał do Austro-Węgier, jest to i tak znamienne. Ciężko przecież sobie wyobrazić, w podobnym miejscu na zachodzie Polski, widzący portret Bismarcka.

            Rządzący wieloma narodami Wiedeń inaczej podchodził do Polaków niż pozostali zaborcy. Nie miały miejsca zjawiska odpowiednie do rusyfikacji i germanizacji na innych polskich ziemiach. Polacy mogli uczestniczyć w życiu politycznym, pełnili funkcję posłów w austriackim parlamencie, zostawali ministrami, jeden z Polaków, Kazimierz Badeni, został premierem. Początkowo czynny udział w wiedeńskim życiu politycznym brała udział jedynie szlachta, która podobno wzbudziła niemałe zainteresowanie, gdy pojawiła się na obradach w żupanach i kontuszach, uznawanych przez nich za narodowy polski strój. Z biegiem czasu swoje ambicje w oddziaływaniu na rzeczywistość zaczęły zgłaszać i inne grupy społeczne. Miało to swoje przełożenie już po roku 1918. Wincenty Witos, trzykrotny premier II Rzeczpospolitej, ludowiec, podchodził właśnie z galicyjskiej wioski. Polacy pięli się po szczeblach kariery również i na innych drabinach. Krakowianin, Bogumił Nowotny, dowodził okrętami wojennymi CK floty, a legiony  Piłsudskiego walczyły z Rosją, ale ramię w ramię i pod dowództwem austriackim.

            Sama Galicja nie było jednorodnym narodowościowo obszarem. Obok Polaków żyli w niej Rusini (dzisiejszy Ukraińcy), Żydzi, Ormianie i osadnicy z różnych rejonów monarchii Habsburskiej. Podobnie, i to na jeszcze większą skalę, miała się sprawa w całych Austro-Węgrzech. Było to państwo na wskroś wielonarodowe, łączące w swoich graniach kultury całej środkowej Europy. Ważnym elementem tego wywołującego różne przemyślenia wyjazdu był cmentarz. Na tym cmentarzu złożono żołnierzy poległych w 1915r., w bitwie za kraj, który już nie istnieje, w bitwie o której pamięta tylko garść pasjonatów i ludzi zajmujących się tym tematem zawodowo. Obok bezimiennych żołnierzy rosyjskich złożono i wojaków z cesarsko-królewskiej armii, których nazwiska w części są znane. Złożeni są tam Austriacy, Czesi, Węgrzy, Polacy, a zapewne i Żydzi, być może też żołnierze z Bałkanów, Rusini, Słowacy. Leżą razem na katolickim cmentarzu prawosławni kozacy, zapewne ewangelicy i kalwini z różnych części Austro-Węgier, wyznawcy judaizmu, kto wie czy i nie bośniaccy muzułmanie. Życiorysy te przerwano przedwcześnie dla kraju, który zanim zniknął z mapy zadbał o ich upamiętnienie. Nad zbiorowymi kwaterami wzniesiono krzyż, na którym umieszczono wiersz. W przekładzie brzmi on mniej więcej tak: „Jeżeli chcesz oddać cześć bohaterom, pokłoń się ziemi która ich okrywa” Znamienne, że ziemia ta, zanim dobrze się ułożyła na mogiłach przestała należeć do państwa, które wiosło krzyż dla swoich poległych. Trzy lata po bitwie została ziemią polską. Po kolejnych dwudziestu latach znalazła się pod okupacją niemiecką. Przez następnych pięćdziesiąt znów polską, pod czujnym okiem wielkiego brata z Moskwy. W kolejnej odsłonie dziejów polską, lecz w pełni wolną, a dziś już należącą do organizmu politycznego łączącego znów niemal wszystkie narody tamtej monarchii, wraz z wieloma innymi narodami Europy.

            Mnogość ludów, języków, religii i kultur w naturalny sposób rodził napięcie, ale i trzeba zaznaczyć, że złączenie ich w jeden wspólny kraj dawało również ład, pozwalający na spokojną koegzystencję. Czech z Węgrem mogli się pobić na ulicy w Wiedniu, ale nie biły się za to całe państwa. Część polityków środkowoeuropejskich traktowała Austrię jako ostoję, która pozwala przetrwać narodom i nie ulec żywiołom Niemiec i Rosji. Jeden z nich określił to słowami: „Gdyby Austria nie istniała, należałoby ją wymyślić.” Ten pewien rodzaj spokoju i stabilności powodował, że jeszcze długo byli poddani Habsburgów ciepło wspominali tamto państwo. Do dziś żywe są inspiracje niektórymi aspektami tamtych czasów. Przykładem jest tu chociażby znany z telewizyjnych programów krakowski kucharz, propagujący swego czasu CK kuchnię. Pamięć o wielokulturowym państwie nie wpłynęła jedynie na sztukę kulinarną. Inspirowano się nim i w literaturze, i w sztuce filmowej. Osadzona w realiach Austrowęgierskich komedia „CK Dezerterzy” w stylu nieśmiertelnego dobrego, wojaka Szwejka kpi z wojska i administracji austriackiej, rysuję groteskowe postacie oficerów, ale daleko temu obrazowi do martyrologicznych scen kibitek pędzonych na Sybir, rozbitych powstańczych oddziałów, czy dzieci z Wrześni.

            Do całości powyższego obrazu brak jedynie chyba boćka, który przycupnąłby na galicyjskiej chacie, by dopełnić pięknego i pełnego harmonii obrazu. Opisana dotychczas rzeczywistość to awers monety z podobizną cesarza Franciszka. Na jej rewersie widnieje czarny, austriacki orzeł, który rzuca nieco posępnego cienia. Dużo takich cesarskiego monet musieli oddawać cesarzowi jego poddani! Obciążenia podatkowe przed wybuchem I wojny światowej w Austro-Węgrzech były największe na świecie. Połączenie ucisku fiskalnego z brakiem uprzemysłowienia Galicji prowadził nieubłaganie do zapaści gospodarczej, gdzie hasło „bieda galicyjska” weszła do języka potocznego. Wspominany już prof. Krawczuk opisuję wakacyjne szkolenia wojskowe, jakie w latach 30-tych odbywał jako uczeń gimnazjalny. Podczas marszów uczniowie często wyrzucali w krzaki wydzielany im żołnierski chleb, który momentalnie z nich znikał. W swojej naiwności zastanawiali się, czy to za sprawą chłopskich dzieci, czy psów. Podobne historie z Galicji wschodniej opisuję też Stanisław Grzesiuk. W jego wspomnieniach, na podobnych, choć organizowanych dla młodych, fabrycznych robotników, manewrach po każdym obiedzie ustawiał się ogonek miejscowych dzieci z garnuszkami na zlewki. Tam również sądzono, że zbierane są one dla świń, dopóki nie zostało im wyjaśnione, że te żołnierskie resztki to coś, czego owe dzieci nie jedzą nawet od święta. Te opisane przykłady nędzy były skutkiem wielkiego kryzysu z lat 20-tych, rozpoczętego na Wall Street. Galicja dostała wtedy mocnym rykoszetem i nie dźwignęła się w zasadzie aż do wybuchu II wojny światowej. Siła uderzenia kryzysem była jednak spowodowana solidną podbudową całego XIX wieku, gdzie nie stworzono Galicji możliwości zbudowania solidnej gospodarki.

            Przygody dobrego wojaka Szwejka, które chyba w sposób niechcący, rozsławiły Austro-Węgry, przedstawiają przecież brutalny i pełen głupoty obraz tej armii. Sceny aresztowań i prowokacji tajnej policji, gdyby wyrugować z nich groteskę, są niczym żywcem wyjęte z „Archipelagu Gułag” Sołżenicyna. Boy-Żeleński pisał o Szwejku: „Wszyscy się bawili mniej więcej dobrze, ale nie wszyscy może jednakowo odczuli realizm tej bufonady. Należałem do tej publiczności, która smakowała go w całej pełni. Spędziłem na wojaczce austriackiej z góra cztery lata – i w moim mundurze lekarza pospolitego ruszenia odgrywałem po trosze rolę dobrego wojaka Szwejka. […] Rzeź na froncie, farsa na tyłach – farsa z licznym udziałem trupów. Opera za trzy grosze z prawdziwą szubienicą. Z początku zwłaszcza szał wieszania, aresztowania, rozstrzeliwania, biurokracja wypełniająca skrupulatnie papierowa szimle, przy czym, bywało, całe wagony rannych lub chorych marzły na śmierć zwesklowane na fałszywy tor i zapomniane na szynach – to wszystko było Austria.” Połączenie pruskiego stylu zarządzania armią, opartego na dyscyplinie, wraz z faworyzowaniem jednej nacji powodowało, że na zachowania wielu oficerów w stosunku do żołnierzy „nie było w słowniku ludzi kulturalnych słów, które mogłyby dostatecznie obelżywie określić ich postępowanie.” Niczym w Dniu Świra sceny opisywane przez Haska, są tak oderwane od normalności, że uważane za żart, za puszczenie oka do czytającego, do tego stopnia, że aż „śmiał się nawet umierający w kącie suchotnik.”

            Zarządzanie tak dużym, wielonarodowym państwem wymagało odpowiedniego aparatu państwowego. Jak uczy historia, zwykle prowadzi to do rozrostu biurokracji, która rozmnaża się najczęściej w sposób niekontrolowany, aż w końcu istnieje dla samej siebie. Podobnie było i w państwie Austro-Węgierskim. Połączone to zresztą było, jak z zwykle, z pozostałą dwójką tej świętej trójcy: z obciążeniami podatkowymi i rozrostem aparatu policyjnego. Najtragiczniejszym „dziełem” administracji austriackiej było sprowokowanie rabacji galicyjskiej w 1848 r., gdy masy chłopskie mordowały „panów Polaków”. Państwo złożone z wielu odrębnych regionów, zwłaszcza dospawanych do niego na siłę, tak jak Galicja, ma naturalną tendencję do rozwijania swojego rdzenia kosztem peryferiów. Nie inaczej było na linii Wiedeń – Galicja. W stolicy kwitło życie kulturalne i polityczne państwa, a Kraków i Lwów nie grały w pierwszej lidze, jeżeli chodzi o kreowanie rzeczywistości w państwie. Miało to swoje plusy, gdy lokalne elity mogły skupić się na rozważaniach o przyczynach upadku Rzeczpospolitej (krakowska i lwowska szkoła historyczna), ale o minusy, gdyż te rozważania pozostawały na uboczu ówczesnego, głównego nurtu.

            Wszystkie te obrazy nie istniejącego już państwa przeplatały się i narzucały uwadze podczas tamtego wyjazdu. Małe, symboliczne elementy tamtej rzeczywistości istnieją i pozwalają na rzadkie momenty refleksji na temat Galicji. Scheda niematerialna, trwająca wciąż w ludziach, również czasami przypomina o sobie. Nie tylko istnieć może i oddziaływać na nas pamięć o ludziach, którzy odeszli. Równie mocno przebrzmiewać mogą po latach umowy społeczne. Mocne wrażenie ich przemijalności, ale i paradoksalnie również trwałości, doświadczało mnie w tamtych dniach, a warto zaznaczyć, że było to jeszcze przed pandemią. Wtedy, jak nigdy wcześniej i może już nigdy później, oglądałem tamte znaki i coraz mocniej nabierałem przekonania, że jeżeli Austro-Węgry wbite klinem w południową Polskę, cichym szeptem przypominają o sobie już przeszło sto lat od ich upadku, jakże mocniej i dłużej wybrzmiewać będą echa współczesności. Jeżeli komuś nasuwały się porównania do dzisiejszej rzeczywiści, do organizmu politycznego, w którym funkcjonujemy dziś, to nie ukrywam, że takie było moje zamierzenie. Jak i kiedyś mnogim narodom pod berłem Habsburskim, przyszło nam żyć w Europie, gdzie swobodnie przemieszcza się, pracuję, żyje i próbuje ułożyć swoje szczęście miliony ludzi z różnych nacji, religii, o różnej historii i innych wizjach świata. Tak jak i wtedy, w ramach umowy, mamy możliwość spokojnego funkcjonowania z poczuciem, jeszcze do niedawana, trwałości. Równocześnie przerost biurokracji, czy szybszy rozwój silnych regionów kosztem tych peryferyjnych jest również częścią nowej rzeczywistości i zdaje się sugerować, że wielkie organizmy polityczne zawsze wpadają w głębokie koleiny niespisanych praw.

            Tak jak mentalność społeczeństwa galicyjskiego została sformatowane po kilku pokoleniach życia w nowych warunkach, tak i podobnie stało się z nami. Zawarty na początku opis wyjazdu,  wylot dosłownie w przeciągu kilku godzin od zaistnienia takiej potrzeby, swoboda przemieszczania się między dwoma krańcami Europy, to przywilej o którym nieczęsto się pamięta. Wystarczy cofnąć się o 20 lat, by zobaczyć jak zmieniły się warunki gry dla Europy Środkowej. Coś, co było nieosiągalne na przełomie tysiącleci jest dziś tak naturalne, że wręcz uważana za niezbywalne prawo człowieka. Wszystkie dostępne możliwości wbijają się w nas i zakorzeniają w mentalności, otwierając w oczywisty sposób furtki do wyjść dobrych i złych. Austro-Węgry zostawiły w spokoju peryferia. Dziś te same peryferia sprzęgają się coraz mocniej z silnymi gospodarczo regionami i sugeruje to, że za kilka dziesięcioleci zostaną nam pozostawione w spadku rożne materialne artefakty dzisiejszych czasów, które przypominać będą po latach o kolejnej próby unifikacji Europy.

            Nie ma na tym świecie takich umów, które jednoznacznie byłyby korzystne dla każdej strony, gdy tylko obejrzeć je odpowiednio dokładnie. W Austro-Węgrzech obok wymiernych korzyści istniały i punkty słabe w całej układance. To nie przypadek, że i dziś poszczególne państwa z uwagą przyglądają się analizują wszystkie „za” i „przeciw” ze swojej perspektywy. Brytyjczycy zdecydowała się na swój indywidualny kurs. W Polsce pojawiają się mocne tendencje  do manewrowania w ramach umowy, ale i dość niezgrabne próby grania na własną rękę. My, którzy żyjemy pomiędzy tymi krajami, jesteśmy jednoznacznie beneficjentami tej umowy, której przyszłość dziś stoi pod dużym znakiem zapytania. Jest wiele potencjalnych scenariuszy na najbliższe lata i dziewięciolecia. Naiwnością byłoby sądzić, że żadne zmiany nie dotkną nas i nie postawią przed koniecznością, być może dramatycznych, wyborów. Warto wtedy pamiętać i brać pod uwagę, że tak jak Wiedeń ze stolicy kierującej dużym obszarem Europy został zdegradowany do stolicy tylko średniego państwa, tak i dzisiejsze ośrodki, będące symbolami współczesnych potęg politycznych, nie mają  na swój status monopolu.

Andrzej Smoleń

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.