Szkice piórkiem to tytuł dziennika, pisanego przez Andrzeja Bobkowskiego w latach 1940 – 1945. Autor, uznawany dziś za jednego z najbardziej niedocenianych polskich pisarzy XX wieku wyemigrował do Francji. Spędził tam czas krótkiej wojny z Niemcami i lata późniejsze, już dłuższej niż kampania wojenna, okupacji kraju. Dziennik zaczyna się w momencie, gdy front szybko przesuwa się z północy w stronę Paryża, a kończy dokładnie w dniu kapitulacji Niemiec. Cały diariusz jest lekturą bardzo ciekawą, dostarczającą nie tylko wielu, na bieżąco spisywanych myśli, ale i rozważań na ogólne tematy. Styl nie jest suchy, odbiega od sztywnego i beznamiętnego podawania faktów. Czasami przybiera formę opowieści, wspomnień, czasami gawędy, czasami eseju. Całość czyta się bardzo przyjemnie, ale prawdziwą ucztą jest pierwsza część, obejmująca około 1/3 objętości książki – opis ewakuacji z Paryża i kilkutygodniowej podróży rowerem po południowej Francji.

         Francja skapitulowała w czerwcu. Bobkowski będąc już poza stolicą udał się rowerem do oddziału swojej fabryki w Carcassonne, a później spędził letnie miesiące na południu. Włóczęga rowerem kończy się powrotem do domu we wrześniu i spotkaniem z żoną. Ale opisy tamtej przygody, na każdej stronie, pozwalają niemal na własnej skórze poczuć promienie letniego, francuskiego słońca, zobaczyć jego iskry odbijające się w winie, poczuć smak winogron, chleba, czy sera i doznać wraz z autorem uczucia, że choć świat się wali, to nie przeszkadza to żyć pełnią życia. Bobkowski w tamtym momencie miał 26 lat, co chyba jeszcze mocniej podkreśla jego pragnienie czerpania z życia, ile się tylko da, i to wcale nie tylko w najprymitywniejszej formie. Ten dziennik to nie ówczesna wersja bloga podróżniczego, a opis piękna południowej Francji to nie konieczność spowodowana brakiem Instagrama. Zapiski z podróży przeplatane są różnymi dygresjami i myślami, których nie da się zawrzeć w żadnej formie, przeznaczonej do ciągłego przewijania kciukiem. To wszystko razem sprawia, że „Szkice piórkiem” to nie tylko dziennik. To literatura przez duże „L”.

         Bobkowski może być nam o tyle bliski, że również był emigrantem. Co jakiś czas  opisuje spotykania z rodakami, zresztą w samej podróży towarzyszy mu rówieśnik, robotnik fabryczny Tadzio. Podział emigracji jest dość charakterystyczny, choć poprzecinany pod różnymi kątami. Jest „stara” i „nowa” emigracja, a dodatkowo są uchodźcy po przegranej kampanii wrześniowej. Są chłopi, robotnicy i inteligencja. Są emigranci bogaci, jak mieszkający w pałacyku polski fabrykant, który dorobił się na produkcji wędlin, są zupełnie nie śmierdzący groszem, żyjący na wyrost w schroniskach, uchodźcy, wywodzący się z przedwojennego ziemiaństwa. Są sytuacje, kiedy emigracja mówi: „u was w Polsce” i są takie, gdy pada „u nas w Polsce”. Są próby odbudowania stosunków i zależności z kraju i nieufność do takich pomysłów. Dodatkowo opisywana jest wspólna wizja Francuzów i Francji tworzona nie tylko przez Polaków, ale i emigrantów z Włoch, czy z Hiszpanii. W  oczach emigrantów Francuzi, czyli „tutejszy”, są niezaradni, leniwi, zwykle bezmyślni, czasami brutalni. Bobkowski nie mógł mieć takiego zamiaru, bo pisał o tych sprawach mimochodem, ale czytając jego wspomnienia mam wrażenie, że opisywał emigrantów dopasowując ich do jakiegoś niespisanego, ale jednak istniejącego wzorca.

         Dla Bobkowskiego wielką wartością była wolność. Sam wielokrotnie o tym piszę, a w latach późniejszych nawet wymyślił sobie przydomek „chuligan wolności”. Jak wspomniałem, bardzo plastycznie i pięknie potrafi opisywać swoje przeżycia i piękno świata. Kiedy pisze o grze w szachy na słonecznym tarasie, gdzie partii towarzyszy schłodzone wino i rozmowy, aż chciałoby się dosiąść do stolika. Podobne wrażenie można mieć, zarówno wtedy, gdy opisuję wizytę w kasynie w Monte Carlo, jak i  po prostu ciepłą noc przed namiotem i rozgwieżdżone niebo. Ta niezależność, łatwość odnajdowania się w różnych warunkach, radość z życia i możliwość decydowania nadaje według Bobkowskiego sens. Swój zachwyt wolnością i jej rozumienie popycha aż do samej ściany, pisząc w pewnym momencie dziennika, że gdyby zechciał z własnego woli umrzeć z głodu, nikt nie może mieć prawa do negowania  jego wyboru. Kierując się tylko tym opisem, można odczuć pokusę wstawienia Bobkowskiego do szeregu współczulnych libertarian, którym bliska jest zarówno idea wolności, jak i korzystania z uroków życia. Bobkowskiego jednak należy odczytywać przez pryzmat czasu w którym żył, a zwłaszcza czasów, które go kształtowały. Wtedy okazuje się, że jego rozumienie wolności nie daje się przystawić do współczesnego. I wcale to nie oznacza, że było ono zdeformowane, czy niepełne. Wręcz przeciwnie: było ukształtowane i uzupełnione kulturą.

         Samej kulturze europejskiej Bobkowski czyni w swoim pamiętniku masę wyrzutów. Robi to jednak na podobnej zasadzie, gdy wbija szpilki Polsce i Polakom. Te wytykanie różnych słabości, niechęć do społecznych, skostniałych konwenansów i ironiczny obraz Polskiego  drobnego ziemiaństwa, przeplatane są autentyczną troską o przyszłość kraju, zwłaszcza na późniejszych stronach, gdy Bobkowski zdaje sobie doskonale sprawę z groźnej, nadciągającej ze wschodu siły, i z tego, co ta siła ze sobą niesie. Mając wiele do zarzucenia społeczeństwu nie ucieka od pomocy w indywidualnych przypadkach, pomagając polskim emigrantom w sprawach sądowych, czy administracyjnych. Podobnie mają się jego zarzuty czynione kulturze europejskiej. Nie polegają na krytyce tej kultury jako takiej, samej jej istoty. Wyrzuty kierowane są w stronę jej  ówczesnego stanu.

         Tu paść musi bardzo ważne zastrzeżenie: Bobkowski był na wskroś Europejczykiem – takim, jakim mógł być Europejczyk czasów przedwojennych. Był człowiekiem wykształconym, znającym kilka języków. Mówił i czytał też po łacinie, z napotkanym maturzystą francuskim wdał się w pogawędkę, czy na egzaminie pojawił się Tacyt, czy Liwiusz (proszę zwrócić uwagę na tamtejszy uniwersalizm). W czasie podróży czytał w oryginale pamiętniki Juliusza Cezara o wojnach Galijskich. Tłumaczył swojemu kompanowi historyczne podwaliny europejskiej kultury, wywodząc je z Grecji, Rzymu i chrześcijaństwa. Znał świetnie historię Europy, odnosił wydarzenia wojenne do znanych mu historycznych kampanii, narody europejskie opisywał przez pryzmat ich dziedzictwa kulturowego. A robił to nawiązując do prozy, poezji, do sztuk teatralnych, do malarstwa i do muzyki. Jest to tym bardziej imponujące w momencie, w którym przypomnimy sobie wiek Bobkowskiego, gdy pisał swój dziennik, a przynajmniej jego pierwsze zarysy. Ta znajomość języków, historii i dzieł kultury to także wciąż nie jest ostateczna kreska, która pozwala nakreślić rysy Bobkowskiego, jako kulturalnego Europejczyka. Robi to sam, tłumacząc swojemu kompanowi podróży różnicę pomiędzy cywilizacją, a kulturą. Jako cywilizację rozumie on dorobek ludzkości w toku jej rozwoju, natomiast przez kulturę sposób korzystania z tego dorobku. Może i jest to przestawienie bardzo proste, z racji tego, że wykładane było niewykształconemu robotnikowi fabrycznemu. W swojej prostocie jednak jest bardzo łatwo przyswajalne i zrozumiałe, a mówimy przecież o pojęciach, które bardzo ciężko jednoznacznie zdefiniować i które równocześnie są bardzo pokrewne. W tym kontekście prostota ta może być zaletą. „Jak hasło i odzew na ćwiczeniach”, tłumaczy Bobkowski słuchającemu Tadziowi relacje między cywilizacją a kulturą. Kultura obsługując cywilizacje staje się zbiorem zasad, norm i praw, skodyfikowanych formalnie, ale przede wszystkim zwyczajowo, np. w postaci etykiety i nienaruszalnych tabu. Niechęć Bobkowskiego do kultury europejskiej wzięła się z jej wynaturzenia, skostnienia, braku nowego ducha do działania. „Ten świat rzucił hasło cywilizacji, ale nie uczy ludzi odzewu kultury. Pobudował i chce pobudować takie ogrody z elektrycznym oświetleniem, ale nie uczy ludzi nic poza tym, nie uczy poszanowania niczego.”

         Swoją drogą jest to bardzo ciekawe, jak ówcześni ludzie rozróżniali poszczególne kultury w obrębie cywilizacji Europejskiej. Dla Bobkowskiego, Polaka, bliższa i bardziej zrozumiała była kultura francuska, z której pełnymi garściami czerpała i Polska, i cała Europa. Niemcy dla niego są gdzieś na pograniczu, widząc zewnętrzne objawy ich dorobku kulturowego i siłę cywilizacyjną nie czuje jednak, że są mu bliscy i zrozumiali.

         „ Niemcy stworzyli ten język, mętny, okropny, w którym nie wiem, co naprawdę oznacza    słowo „Kultur”. Czy chodzi im o mieszkanie z łazienką, o Goethego, czy może w końcu o    „Marsh, marsch”.

Nie jest to przypadek tylko Bobkowskiego, którego można zresztą łatwo posądzić o stronniczość; Niemcy wszak okupowali zarówno jego pierwszą, jak i przybraną ojczyznę. Polski noblista okresu międzywojennego, Reymont, zapytany przez niemieckiego hrabiego, dlaczego nienawidzi Niemców, którzy szanują jego powieści odpowiedział:

         „Ponieważ nie jesteście podobni do innych narodów. Jesteście tylko – Niemcami. Czy to          zasługa? czy może błąd? Mniejsza o to; stwierdzam tylko, że radykalnie odróżniacie się      od reszty Europejczyków, od wszystkich narodów cywilizowanych.”

         To poczucie inności, a może nawet przewagi kulturalnej, może być zrozumiany jedynie w kontekście tego, jak kształtowane były tamte pokolenia, w jakim duchu je formowano. Wiele lat później, spadkobiercy tej linii rozumienia pojęcia „europejczyk” zostali zaskoczeni faktem, że w czasie rozdzielenia Europy żelazną kurtyną, owo słowo zmieniło swój wydźwięk. Trzy składowe włożone przed wiekami do puli zostały zastąpienie nowym dziedzictwem, jedynie w części opartym na starych fundamentach.

         Połączenie głębokiego przesiąknięcia kulturą z równie głęboką miłością do wolności u Bobkowskiego jest bardzo ciekawe. Łatwo można wyczuć tu pewien zgrzyt, mały, ale jednak istniejący, niczym piasek w trybach dobrze ułożonego mechanizmu kół zębatych. Polega on na tym, że rozumienie wolności w definicjach dzisiejszych i dosłownych nie chce ułożyć się do ograniczeń kultury. Proszę pamiętać, że kultura właśnie nakłada na człowieka bardzo mocne bariery, niejednokrotnie silniejsze niż normy prawne. To kultura wywołuje reakcje i układa tak schematy myślowe, że człowiek próbując się z nich wyplątać staje w obliczu konfliktu bardzo potężnego  – z  samym sobą. A ograniczenia takie, bardzo łatwo zauważane i wyczuwane przez każdego, kto zechce się nad nimi zastanowić, redukują poczucie wolności, kiedy wewnętrzny nakaz każe zachować się tak, a nie inaczej. Sam Bobkowski opisuje zresztą taką sytuację, gdy mężczyźni w wieku poborowym dostali rozkaz ewakuacji z Paryża.

         „Myśli pracowały coraz jaśniej i ze wstrętem, z bólem, z ochotą do wymiotowania na wszystkie „wypada” i „obowiązki wobec Ojczyzny” zdecydowałem się na to, co najgorsze. Byłem już spokojny, jak po zażyciu jakiegoś ohydnego lekarstwa. Przyszedłem do domu, wchodziłem na szóste piętro powoli, otworzyłem drzwi, pocałowałem Basię i powiedziałem jej, że musimy się rozstać.”

         To doskonały przykład, który pokazuje reakcję człowieka zmuszonego do działania, na które wcale nie ma ochoty. Ten wewnętrzny przymus, oparty o kulturę i jej normy jest zazwyczaj silniejszy. Czy odbiera to wolność? W dzisiejszym rozumieniu pojęć wydaje się że tak. Można mieć wrażenie, że obecnie to właśnie nakazy i zakazy kultury są mocniej zwalczane przez ludzi kochających wolność, niż formalne zakazy. Bobkowski jednak tego napięcia na linii wolność-kultura nie widzi. Będąc oczarowany zarówno jego postrzeganiem świata, pragnieniem chłonięcia go każdym zmysłem i zachwytem nad życiem samym w sobie, oraz z drugiej strony jego rozumieniem europejskiej kultury i cywilizacji, wielokrotnie zastanawiałem się nad tym paradoksem. Czy nie potrafił tego zauważyć, nie dostrzegał rozbieżności? A może był tak wrośnięty w pojęcia, którymi żył, że nie był w stanie z nich wyjść i zobaczyć paradoksu? A może właśnie ta rozbieżność była elementem jego wizji świata i człowieka, bo operował bardziej wyrafinowanym aparatem pojęciowym? Zastanawiałem się nad tym często, domyślając się jedynie prawidłowej odpowiedzi. Ostateczną znalazłem w filmie dokumentalnym o samym Bobkowskim. Na końcu tego filmu pada cytat, który umknął mi, lub został zapisany w innej części dziennika, których „Szkice piórkiem” nie objęły. Cytat ten rozwiał moje wątpliwości. Niech zakończy i dzisiejszy felieton.

„ Wolność bez oparcia o coś, o jakąś prawdę – czyżby o Boga? – jest niczym. Jest niewymierna. I do niczego nie służy.”

         Andrzej Smoleń

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.