Opisywany przeze mnie w zeszłym roku Andrzej Bobkowski był emigrantem podwójnym. Po raz pierwszy – z Polski do Francji, gdzie spędził czas niemieckiej okupacji, a już po wojnie – z Europy do Gwatemali. Impulsem do drugiego wyjazdu było zniechęcenie do całej europejskiej kultury, która według Bobkowskiego straciła swojego ducha i odwróciła się od wartości, przez co powstać mogły totalitaryzmy, którymi Bobkowski pogardzał, wierząc mocno w wolność i indywidualizm. Ten wyjazd na inny kontynent, spakowanie swojego dotychczasowego dorobku w kontener i podróż przez Atlantyk są mocno oddziałujące, zwłaszcza w sercu kogoś, kto doświadczenie emigracji ma już za sobą. Bobkowski opuścił Europę by móc żyć na swoich warunkach w poczuciu wolności i swobody, bez konieczności przejścia przez matrycę formującą miliony takich samych osób, pozbawionych indywidualnych cech. Przynajmniej tak odbierał on ówczesny stan europejskiej kultury. A miał się do czego odnieść, był w nią wtopiony i spoglądał w jej głąb, w przeszło dwadzieścia wieków jej historii pod różnymi kątami. Wyjazd ten, osobista manifestacja rozczarowania Europą dokonana przez człowieka, który jej dziedzictwo doskonale znał, ma swoją wagę. Tym bardziej, że Bobkowski „czuł” też rzeczywistość, która go otaczała, nie zatracił się w samej tylko idei i wizjach. Wiedział, jaka siła nadciąga ze wschodu, zakładał wręcz z przerażającą precyzją nadchodzące wydarzenia.

Znów ten Bobkowski! Nie ukrywam, że bliskie jest mi jego spojrzenie na świat, na człowieka, na kulturę i wolność. Ale ostatnimi dniami przyszła mi go głowy myśl, że być może oceniając stan kultury europejskiej nie zwrócił uwagi na ciężar wzorca, który do niej przyłożył. Co przez to rozumiem, pozwolę sobie wyjaśnić na końcu felietonu.

Istnieje pewne pojęcie, które określać ma sposób myślenia, postępowania, wyborów, jednym słowem – bycia Rosjaninem. Nazywa się ono „rosyjską duszą”, co samo w sobie już sugeruje pewną odmienność od reszty świata, wyróżniając samą już narodowość. Bo przecież nie słowiańska, nie prawosławna nawet, a jedynie „rosyjska” Czym się taka dusza charakteryzuje? Jest ona w dużym skrócie tak wielka jak sam kraj. Nie ma naturalnych granic, ma szeroki gest i potrzebuje wielkich doznań i uczuć. Tak, jak i kraj nie wie gdzie jest jej koniec, chce więcej i więcej. Ten rodzaj przeżywania (bo nie postrzegania) świata przez rosyjską duszę idealnie pokazuję w swoich dziełach Dostojewski. Albo święty, albo łajdak. Albo zbrodnia, albo pokuta. Jak grać – to o wszystko w transsyberyjskim pociągu pociągając za spust w rosyjskiej ruletce, jak pić – to do zatracenia, jak kochać – to nie aż do śmieci, ale na śmierć. Pisząc ten fragment felietonu w słuchawkach rozbrzmiewał mi Czajkowski. Celowo. Chciałem choć spróbować wczuć się w pisane słowa. W jego muzyce też rozbrzmiewają te elementy, w momentach spokojnych i harmonicznych oczekuje się wręcz na kolejne uderzenia, mocne akcenty, wybuchy dźwięków. Jest to charakterystyczne, jak i proza Dostojewskiego. A jak kiedyś usłyszałem, Czajkowskiego najlepiej czują dyrygenci rosyjscy. Czy to się nie pięknie wpisuje w polityczną historię samego kraju, nie tylko Rosjan? Albo wielka smuta, albo wielkie imperium, nie ma nic pośredniego. Dziś przecież jest podobnie, w rosyjskiej przestrzeni medialnej rozważane są jedynie dwa scenariusze – wygramy, lub czeka nas upadek. Nie ma stanu zwykłej równowagi. Euforia albo rozpacz. Potęga lub koniec „na kolanach”. Albo my ich, albo oni nas.

Takie podejście nie pozwala na zbyt wielkie pole manewru. Wszystko jest grą o największą stawkę. Może i jest to charakterystyka tych zbiorowisk, które nie znają naturalnych, geograficznych ograniczeń. I na stepie, i na pustyni co jakiś czas pojawia się siła, która rozpycha się we wszystkie strony, bo i jej ideologia, podobnie jak cywilizacja nie umie się zatrzymać. Może dlatego ludy takie muszą zbierać się wokół wodza, chana, cara, atamana, prezydenta i ruszają zdobywać jeszcze większą przestrzeń, brać jasyr i łupy. Czy to też element, lub wypadkowa rosyjskiej duszy? Jeżeli rzeczywiście istnieje, jeżeli jest tak szeroka, jeżeli z wielkim gestem daje, to niestety tak samo szeroko bierze, tak samo w swoim rozchwianiu dochodzi do podłości, do bestialstwa, by na końcu wyjść nawet poza siebie, poza człowieczeństwo.

Te porównania nie oddające grozy, jaką przeżywają ci, którzy spotykają się z rzeczywistymi konsekwencjami takiego pojmowania świata. Przemarsze wojsk, które wyzwalają, które biorą w ochronę swoich pobratymców, które niosą rewolucję, a które zawsze kończą się represjami, wywózkami na Sybir, morderstwami i katowniami, te upajające zwycięstwa Rosjan, parady i defilady sprzętu mają swój wymiar w cierpieniu tych, którzy znaleźli się w miejscu rozszerzania rosyjskich granic, by stawały się one tak rozległe, jak i dusza rosyjska.

Na Rosji jeszcze świat się nie kończy. Na zachód od jej granic los usadowił dziesiątki narodów, które żyć musiały na nieporównywalnie mniejszych przestrzeniach. I choć każdemu narodowi zdarzały się rzeczy haniebne, tak w żadnym nie odbywa się to równie cyklicznie jak Rosjanom. A nie można ich usprawiedliwiać rosyjską duszą, czy rozmiarem państwa, bo skutki tych działań są zbyt poważne. Gdyby Rosjanin szastał jedynie majątkiem, swoim uczuciem, chciał brać i dawać, bawić się i cierpieć na całego, ale w swoich granicach osobistych i państwowych, ten opis jego duszy byłby romantyczny i urzekający. Biorąc poprawkę na wojska raz za razem kroczące na zachód, jest to jednak opis barbarzyńcy i szalonego megalomana.

Rosyjska dusza, czy też mentalność, kończy się, a raczej przechodzi w inną gdzieś w paśmie państw tworzących byłą Rzeczpospolitą na jej wschodzie, zahaczając pewnie i w części Polskę. To spadek po latach, gdy „kultura” polityczna i społeczna została nam narzucona przez Sowietów. W uproszczeniu podział ten przebiega tam, gdzie swoimi wpływami sięgały podzielone części Cesarstwa Rzymskiego. Jest to zresztą podział głoszony przez Aleksandra Dugina, czołowego ideologa współczesnej Rosji i tak jest też przez Rosjan postrzegany. Zachodnia część, Rzym, wpłynął na kształtowanie się zachodniej Europy, tam gdzie powstawały państwa katolickie i protestanckie. Bizancjum to z kolei wschodnia część, gdzie chrześcijaństwo zakorzeniło się pod postacią prawosławia. Jak łatwo zauważyć granica między dwiema cywilizacjami kończy się na wschodnich granicach Polski i Litwy. Bałtowie, Białoruś i Ukraina to państwa zawierające oba elementy, a dalej zaczyna się już Rosja. Dugin przeciwstawia sobie te dwie siły, zaznaczając oczywiście, ze swojej perspektywy, zalety kultury rosyjskiej nad zachodnią, dekadencką, upadła Europą. Ach! Tutaj przecież znów, po raz n-ty powtarza się schemat szukania siły duchowej w masach pobożnego ludu rosyjskiego. Znów się powtarza ta myśl wyrażona już przecież i przez Tołstoja i przez Sołżenicyna, do których Dugin nawiązuje nawet samym wyglądem – bojarska, długą brodą. Ale nie to tym ma być tu mowa, choć to temat tak niewymiernie ciekawy, jak Syberyjskie przestrzenie, choć w tym miejscu chciałbym zaznaczyć, że używane w dalszej części tekstu artykułu słowo „Europejczyk” będzie odnosić się do zachodniego, rzymskiego dziedzictwa.

Jeżeli możemy przypisać Rosjanom ich cechy ogólnonarodowe samym rozmiarem i geografią państwa, to nic nie stoi na przeszkodzie by poszukać podobnych nawiązań i do Europejczyków. A może być to o tyle ciekawe, że względem samej Rosji, nie mówiąc o Eurazji, Europa wydaje się być zaledwie półwyspem, który zamieszkuję ogromna liczba narodów. Co więcej – każdy z tych narodów ma swoje głębokie dziedzictwo kulturowe i historyczne. To też ma wpływ, na wzór tradycji rodzinnych i przekazywania wartości dzieciom. Może dlatego Polakowi tak ciężko być zadowolonym z jakiejkolwiek, obecnej sytuacji politycznej? Wszystko jest miałkie i małe względem pamięci o złotym wieku Jagiellonów i choćby dziś było dobrze, to czym to jest w porównaniu z potęgą „od morza do morza”? Może dlatego chcemy więcej i szerzej, choć blokuję nas równocześnie pamięć o politycznych aspektach unii z Litwą, która była dobrowolnym aktem, a nie podbojem? Materialne i niematerialne dzieła kultury są też elementami zobowiązującymi i nakładającymi odpowiedni ciężar. Duch Wawelu, gdy jest się w jego pobliżu jest odczuwalny niemal fizycznie, nie wspominając o jego katedrze, gdzie nekropolia przechowująca szczątki tylu władców, poetów i wodzów jest chyba ewenementem na skalę światową. Odpowiednio też ważą nasze walki, zarówno te wygrane, jak i niestety przegrane. Zachowanie tkanki narodowej po przeszło stu latach niewoli, dodatkowo nie tylko w formie ludowej, ale też takiej która ocaliła pamięć dorobku polityczno-kulturowego, również zobowiązuje i splata niewidzialnymi nićmi obowiązków każdego, kto choć pobieżnie poznał historię owych walk.

Inne narody, kroczące odmiennymi ścieżkami historii też mają swój dorobek, swoje sukcesy, porażki, swój wkład i swoje grzechy. Ta odmienność jest fascynująca i tworzy Europę jako mozaikę, złożoną z tysięcy elementów w formie drogich kamieni. I wcale nie jest daleko tej przenośni do realiów. Przecież Niemcy przed zjednoczeniem rozbite były na 1,5 tysiąca małych państw. Niewiele brakuje, by każda, trochę większa niż przeciętna, niemiecka zagroda miała swoją pamięć o tradycjach politycznych! Podobnie zresztą, choć na mniejsza skalę, sprawa miała się na półwyspie Apenińskim. Pamiętajmy tutaj, że mówimy o przestrzeniach niewyobrażalnie małych w porównaniu z Rosją. Ale same granice to nie wszystko, ważny jest również fakt, że próbowano w Europie równie wielką liczbę systemów politycznych. Królestwa, republiki różnego typu, teokracje, cesarstwa, księstwa, wolne miasta itd. A wciąż tylko mówimy państwach i sposobach ich organizacji, za nimi idzie coś jeszcze mocniejszego i wpływowego – kultura.

Miałem takie szczęście w życiu, że wiele miejsc w Europie dane mi było zobaczyć osobiście. Alpy, pasmo górskie będące elementem wielu krajów europejskich oglądałem z północy Włoch, z południa Niemiec, z austriackiego Tyrolu i od środka; ze Szwajcarii. Góry te same, a jakże inne kultury i narody żyjące tak niedaleko siebie. Kiedy przelatując nad Rosją widziałem z okiem samolotu, przez wiele godzin niezmierzoną pustkę, tak odległości pokonywane drogą lotniczą w „okolicach” Alp są niemal skokami. To, jak Europejczycy musieli odnajdywać się na małych przestrzeniach pokazuje choćby fakt, że w małej Szwajcarii obowiązują cztery języki urzędowe. I dalej, nawet „mikro” państwa, w stosunku do Rosji, mogłyby dalej być dzielone na jeszcze mniejsze byty polityczne, przykładem choćby Belgia, składająca się z Flandrii i Walonii. Jest to rozmach, w liczbie narodów, języków i tradycji wręcz przytłaczający! Co więcej, w tej wielkiej liczbie kultur nie można chyba nikogo wskazać palcem jako pariasa. Nawet próbując opisać dość ogólnie bogactwo kultury każdego narodu należałoby zapisać całe tomy. Każdy z narodów Europejskich dokładał do wspólnej puli, czy to w architekturze, malarstwie, muzyce, filozofii, czy w dziesiątkach innych składowych europejskiego dziedzictwa.

Geografia samej Europy sprawiła, że żaden z jej narodów nie miał większej przestrzeni do ekspansji. Na samych tylko wyspach brytyjskich, a więc relatywnie małym obszarze wydzielić można cztery, odrębne narody. Podobnie zresztą jest też w innych częściach kontynentu. Wywoływało to oczywiste tarcia, ale zarazem też konieczność coraz to kolejnych prób układania wzajemnych stosunków, konkurencję ekonomiczną, ekspansję poza kontynent, oraz rywalizację na polu samej kultury. Być może to tutaj jest źródło tak ogromnego natężenia materialnego i niematerialnego dorobku ludzkości na tak małym obszarze. Wystarczy przecież spojrzeć na Włochy, zabytek na zabytku, dzieło sztuki na dziele sztuki, z czego ogromna część ma wartość dorobku całej ludzkości. Nie mówimy tu tylko o skorupach starych dzbanów, ale całej spuściźnie antycznego Rzymu i renesansowej sztuki. W Rzymie dość popularną praktyką jest zwiedzanie muzeów watykańskich zakończone wizytą w kaplicy Sykstyńskiej. Ilość zgromadzonych tam skarbów jest trudna do opisania, ale pewien pogląd na sprawę może dać fakt, że samo tylko przejście przez muzea jest bardzo męczące. Powoduje to zabawny efekt; początkowe ekspozycje są dość uważnie oglądane przez zwiedzających, obok posklejanych etruskich naczyń, czy egipskich rzeźb nie ma nerwowego pośpiechu. Im dalej jednak w las, to znaczy w muzea, tym krok zwiedzających przyspiesza, by pod koniec zamienić się w w tłumny marsz mijający kolejne dzieła sztuki najczęściej z obojętnością, byle już dojść do tej kaplicy Sykstyńskiej. A wystarczy wyrwać się na chwilę z tego tłumu, wejść do małej, bocznej salki, by mieć niemal tylko dla siebie obrazy np. van Gogha. A na koniec zapomina się o bolących nogach i zmusza się je do wysiłku utrzymania jeszcze przez jakiś czas reszty ciała z zadartą go góry głową, zapatrzoną w piękno fresków Michała Anioła.

Podobnie zresztą jest, jeżeli chodzi o liczbę dzieł sztuki, w galerii narodowej w Londynie, Luwrze i wielu, innych europejskich galeriach, czy muzach. Piękne jest też to, że sztuka Europejska jest międzynarodowa. W poszczególnych krajach najczęściej ogląda się dzieła malarzy tamtejszych, ale towarzyszą im też obrazy innych artystów, włochów, holendrów, anglików, francuzów. „Kopernika” Matejki zdarzyło mi się podziwiać w Londynie. Ale przecież na galeriach sztuki i muzeach Europa się nie kończy. Wystarczy wejść do pierwszej lepszej katedry, albo i nawet małego kościółka, by mieć duże szansę na zetknięcie się ze sztuką w formie obrazów, rzeźb, lub witraży. A do tego często i zabytkowe, stare organy, lub mogiły zasłużonych ludzi. Ale choć nie każdemu po drodze w takie miejsca, to kultura i tak go zaatakuje, chociażby w formie architektury. A najczęściej, w obrębie nawet jednego miasta opowie kształtem budynków kilka osobnych historii. Jakże to inne, od chociażby miast amerykańskich! W Bukareszcie mijałem budynki powstałe w rozpiętości od czasów rzymskich, aż po brutalny (w Bukareszcie naprawdę „brutalny”) socrealizm i współczesność. O Rzymie, czy dziesiątkach innych miast włoskich, mających swoje początki w starożytności chyba nie trzeba nawet wspominać. Ale i „młodsze” miasta, te z naszej ery, też mają dużo do zaoferowania. Nawet sam fakt, że w większości z nich, w centrum, często nad rzeką, na rynku, w cieniach wież katedry i ratusza można wypić kawę jest mocno przemawiający. Mówi zarówno o małym wycinku historii, tego miasta i jego byłych mieszkańców, ale i o historii całej Europy. „Żołnierze! Pamiętajcie, że czterdzieści wieków patrzy na was z wysokości tych pomników!” – powiedział do wojska Napoleon przed bitwą pod piramidami. Tołstoj go wyśmiał za taki patos, ale czy słusznie? Może właśnie Europejczyk był i jest zdolny do postrzeganie wielkości mierzonej kulturą.

Jak napisałem wcześniej Dugin widzi Rosję jako trzeci Rzym, kulturową i moralna opokę, na której może oprzeć się przyszłość Europy. A jak widzi swój kraj i naród geopolityk zza Oceanu? W książce Georga Friedmana przeczytałem, że uważa kulturę amerykańską za „barbarzyńską”, co mnie zaskoczyło, choć Friedman rozumie pod tym słowem coś delikatnie innego, niż ja. Na pewno jednak dorobek w stosunku do Europejskiego, Amerykanie mają jeszcze skromny, choć budują na fundamencie wyniesionym ze starego świata. To państwo potężne, ale jeszcze, porównując do warunków europejskich, bardzo młode. A jego kultura, wytworzony etos, historia itp. jest w zaledwie wieku niemowlęcym. Wyrasta jednak ze wspólnego nam korzenia, przez co jest dla Europejczyka uchwytna, a nie tak odległa, jak choćby chińska, ale równocześnie w swojej istocie widziana jest jako owoc mocno niedojrzały. Jeżeli założyć, że wiele elementów kultury europejskiej swoje praźródła miało w potrzebie rozrywki i dekoracji, tak może i amerykańska kultura popularna dojrzeje kiedyś do dział wspaniałych. A może i barbeque osiągnie kiedyś status równy kuchni włoskiej, czy francuskiej?

Kilka lat temu jechałem pociągiem wzdłuż wysp japońskich. Na trasie Osaka – Fukuoka w pewnym momencie zrobiło się niemal tłoczno i wyraźnie amerykańsko. Przedział dosłownie wypełnili turyści, spełniający, jak zgaduję, tradycję młodzieży amerykańskiej z klasy średniej – spędzenie kilka tygodni lub miesięcy na podróżach po skończonej szkole. Tak, jak nagle pojawili się w pociągu, tak równie nagle wysiedli. Zagadka ich nagłego zniknięcia wyjaśniła się w momencie, gdy dostrzegłem nazwę stacji, na której się zatrzymaliśmy – Hiroszima. Uderzyła mnie wtedy ta scena. Symbol w symbolu. Ale jednocześnie pewne wytłumaczenie, dlaczego wielu Europejczykom ta kultura amerykańska ciąży, gdy jest z jednej strony daleko młodsza i bardziej uboga od europejskiej, a z drugiej oparta o siłę, która rozkwitła po osłabieniu się Europy w wyniku dwóch wojen światowych. Dla wielu ludzi ze „starego świata” to połączenie może być wybitnie nie w smak, a już szczególnie dla tych narodów, które ze swojego wspaniałego dziedzictwa kulturowego, politycznego i historycznego czerpią poczucie dumy, ale już nie samej siły, jak w swoich „złotych wiekach”. Dlatego Amerykanów dość łatwo się nie lubi, zwłaszcza tam, gdzie zwykli poruszać się niezgrabnie i bez wyczucia, czasami właśnie jak barbarzyńcy. Poszukiwanie alternatywy prowadzić może jednak to złudnego odczucia, że są nam bardziej oddaleni, niż inny naród, wskazujący na siebie jako ostoja kultury i tradycji, a nawet jako „trzeci Rzym”. Na zasadzie kontrastu, zbudowanego dość topornie, można dojść do wniosku że bliżej Europy jest państwu w części europejskiemu, ale zbudowane na fundamencie azjatyckim, niż państwu amerykańskiemu budowanemu na fundamencie europejskim.

Ale jeszcze większym ciężarem dla Europejczyka może być jego historia i jego własne postrzeganie siebie. A ten czynnik można dodatkowo umiejętnie podbijać, bo każdy chyba naród europejski ma w sobie wbudowane przeczucie, że jego złoty wiek minął. Europejczyk ma poczucie, że to co dobre już się dokonało, a jemu zostaje jedynie stać się strażnikiem pamięci o czynach i ideach swoich przodków. Dlatego łatwo wycelować w Europejczyka palec i krzyknąć: „dekadencja!”, „upadek!”, „degrengolada!”, „nienormalność!”, bo on jedynie pokiwa głową i zgodzi się z taką diagnozą, czując na barkach ciężar wielu wieków kultury europejskiej. I pod takim ciężarem chyba ugiął się Bobkowski po II wojnie światowej. Obserwując totalitaryzmy mógł dojść do wniosku, że duchowo Europa wywróciła się o własne nogi. Totalitaryzmy jednak zostawały rozbrajane, a historia rozpoczęła kolejne okrążenie i dziś po raz kolejny można ulec podobnemu odczuciu, co Bobkowski, a umiejętne granie na tych strunach powoduje, że wielu pociąga „rosyjska dusza”. Ta sama, która jest siłą sprawczą wielkich tragedii na wschodzie Europy i ta sama, która kulturalnie, oraz cywilizacyjnie nie oferuje niemal nic. „Oświecony konserwatyzm” i „ruski mir” pokazały wyraźnie swoje oblicze w ostatnich tygodniach.

Autor: Andrzej Smoleń

Gdyby ktoś życzył sobie dostawać powiadomienia o moich kolejnych tekstach, stworzyłem profil na Twitterze. Zapraszam chętnych do obserwowania:

https://twitter.com/andrzej_smolen

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.