W wywiadzie dla Polskiego Merseyside pani Róża Wigeland mówi o swoich książkach, doświadczeniach zawodowych oraz o swoim spojrzeniu na świat.

Polskie Merseyside: Chciałbym, żeby na początek rozmowy padło pytanie związane ze spotkaniem autorskim. Niedługo spotka się pani z czytelnikami w Polskim Merseyside jako autorka dwóch książek. Proszę powiedzieć, dla tych, którzy mogą się wahać, na czym polega takie spotkanie z pisarzem?

Róża Wigeland: Ludzie, którzy czytają książki, w jakiejkolwiek formie, czytają wytwór czyjejś wyobraźni. Biorąc książkę do ręki, można co najwyżej obejrzeć zdjęcie autora; nie stykamy się z żywym człowiekiem, tak jak to dzieje się przy scenie z piosenkarzami czy aktorami. Sztuka filmowa czy teatralna jest bardziej namacalna, jeżeli chodzi o artystów. Znamy ich twarze, częściej pojawiają się w wywiadach i artykułach. Pisarze pozostają w cieniu. Generalnie nie garną się do spotkań z publicznością, z reguły są introwertykami i chcą być postrzegani poprzez swoje dzieła.

Są jednak autorzy, którzy chętnie spotykają się z czytelnikami – ja do nich należę. Mogłabym pisać książki tylko po to, by rozmawiać z ludźmi, bo te interakcje są magiczne. Bardzo to lubię – zobaczyć ich na żywo i posłuchać ich refleksji, co ich poruszyło w moich książkach. Dostaję wskazówki, jak lepiej pisać i bardziej trafiać do czytelnika. Bardzo często słyszę, że pisarz pisze dla siebie. Ja tego „nie kupuję”; gdyby tak robił, nie publikowałby, ale pisał do szuflady. Chcę być czytana i dla mnie kontakt z żywym człowiekiem, który kupił moją książkę i przeczytał, jest ukoronowaniem mojej pracy, którą wykonuję w samotności. Książka sama w sobie nie jest celem, dopiero informacja zwrotna od czytelników to dopełnienie tego całego procesu.

Jaką tematykę pani porusza, co czytelnicy mogą w pani książkach odnaleźć?

Swoją pierwszą książkę napisałam o tym, o czym było mi najłatwiej napisać, czyli o swojej pracy. Ponieważ nigdy nie widziałam, jak się pisze i wydaje książkę, nie wiedziałam, w jaki sposób przebiega proces od napisania tekstu do zmaterializowania przedmiotu trzymanego w ręku. Robiłam research przez około dwa lata. W tym celu pojechałam nawet do Brukseli, bo tam mieszkała Agnieszka Korzeniewska, blogerka i pisarka, którą znałam z Internetu. Spotkałam się z nią na kawie i porozmawiałam o pisaniu i wydawaniu książek.

Zaczęłam od ułożenia w logiczny ciąg tekstów z bloga, które spisywałam na gorąco po powrocie z pracy. Później dopisałam brakujące fragmenty tekstu tak, żeby to przybrało formę książki. Zamówiłam i kupiłam zdjęcia, z których jedno miało stanowić okładkę. Chciałam, żeby książka miała taką formę, jaką sobie wymyśliłam. Wysłałam tekst (też po głębokim researchu) do wydawnictwa w Polsce, które wydawało mi się, że będzie odpowiednio rezonować i ze mną, i z gatunkiem literackim. Po miesiącu dostałam odpowiedź, że chcą wydać książkę. Bardzo się ucieszyłam, ale też nie wiedziałam do końca, jak to będzie wyglądać. Podpisałam umowę i czekałam na dalszą współpracę. Już wtedy miałam świadomość, że nie wygląda to tak, że ja tylko dostarczam tekst, a cała reszta dzieje się poza mną. Wiedziałam, że będą korekty, redakcje i że będę współpracować przy tworzeniu okładki. Książka finalnie się ukazała, ale nie podobała mi się współpraca z wydawnictwem po podpisaniu umowy. Swój cel osiągnęłam, książkę trzymałam w ręku, ale pozostał moralny kac i poczucie bycia zbędnym ogniwem w procesie tworzenia książki.

Zaczęłam się później zastanawiać, co zrobić, żeby było lepiej. Chciałam, żeby okołoksiążkowa działalność sprawiała mi przyjemność. Pracę, w której zarabiałam na życie, już miałam. Pragnęłam, żeby pisanie książek sprawiało mi frajdę, satysfakcję, a nie żebym musiała się tak przy tym urobić, denerwować i stresować. To nie tak miało wyglądać.

Rozumiem, że dlatego kolejna książka ukazała się już nakładem własnym?

Tak, chociaż nosiłam się z tą myślą bardzo długo. Zakładałam, że chociaż nie wszystko przy debiucie poszło po mojej myśli, nie oznacza to, że wszystkie wydawnictwa są takie same. Szukałam błędu w sobie, zastanawiałam się, co zrobiłam, że nie wyszło to tak, jak sobie wyobrażałam. Zaczęłam też pisać na Facebooku do pisarzy, których kiedyś czytałam, których książki mi się podobały, także pod względem ich formy – okładka, druk, papier – pytając ich o współpracę z wydawnictwami. Na tyle oczywiście, na ile, nie łamiąc warunków umowy, mogli mi opowiedzieć. Trwało to dość długo, kontaktowałam się między innymi z kilkoma pisarzami mieszkającymi tutaj, w Wielkiej Brytanii, co zaowocowało po czterech latach inspirującym i wspierającym kręgiem znajomych. Zastanawiałam się, co mogę jeszcze zrobić i poprawić, by w przyszłości było lepiej, pytając różnych autorów, ale z tego wszystkiego i tego, co sama już wcześniej wiedziałam, wyłoniła mi się taka rzeczywistość, w której nie chciałam uczestniczyć. Miałam na uwadze współpracę nie tylko na poziomie redakcji i korekty, ale przede wszystkim na płaszczyźnie biznesowej. Oddzielam swoje role jako pisarki i podczas współpracy z innymi przy publikacji tego, co stworzyłam. Samo wydawanie książki traktuję jak biznes i chcę, by produkt, który firmuję swoim nazwiskiem, był jak najlepszej jakości. Chciałam dla wydawnictwa być partnerką, a nie kimś, kogo się wykorzystuje i oszukuje. Dlatego druga książka została wydana w moim własnym wydawnictwie.

Podeszłam do tego profesjonalnie pod każdym względem i mam cel do osiągnięcia, którego na razie nie zdradzę, chociaż pewne zamierzenia ujawnia moja strona internetowa, na której zamieszczam wszystko to, co po kolei tworzę i w którym kierunku zmierzam.

Pierwsza książka opisuje różne aspekty pracy w gastronomii, nomen omen od kuchni. Proszę przybliżyć jej treść naszym czytelnikom.

Gastronautka jest napisana w formie pamiętnika. Składa się z trzech części i każda z nich opisuje moją pracę na innym stanowisku w kilku krajach. W Polsce jestem menedżerkąrestauracji, w Irlandii szefową kuchni, a w Anglii kelnerką. Książka zawiera różne niuanse zawodowe, opisy interakcji z ludźmi oraz małe, codzienne problemy, z którymi trzeba się w tej pracy zmierzyć i które trzeba rozwiązać. Część angielska i część irlandzka powstały z wpisów na blogu, na który wrzucałam różne kawałki ze swojej pracy, ułożyłam je później w treść książki, natomiast część polską dopisałam na samym końcu. I było mi ją najtrudniej stworzyć! Będąc w pracy tak absorbującej i tak pochłaniającej uwagę, w której nawarstwiają się problemy do rozwiązania, wiele aspektów najzwyczajniej umyka i później się o nich nie pamięta. Musiałam głęboko sięgać do pamięci, by wyciągać różne przypadki z tamtego miejsca i je opisywać.

Jako ciekawostkę powiem, że siedząc przy biurku w domu nie mogłam zupełnie wczuć się w tamtą atmosferę sprzed lat. Brałam wtedy laptopa pod pachę, wchodziłam do jakiegoś lokalu, siadałam, żeby usłyszeć muzykę, szum, gwar, poczuć atmosferę i pisałam poza domem, bo w nim nie mogłam tego odtworzyć.

Pewne bodźce pewnie tak wpływają na percepcję, że można się łatwiej przenieść w inny świat, nawet jeżeli jest to świat złożony ze wspomnień.

Tak. Dokładnie tak.

Nie wiem, czy oglądała pani film Konsul z Piotrem Fronczewskim, o oszuście podającym się za dyplomatę. Pierwowzór tej postaci istniał naprawdę i można na YouTube odszukać wywiad z nim, już wtedy więźniem. Opowiada on w sposób bardzo ujmujący i pełen klasy o lokalach, restauracjach jak o innym świecie, a o szefach kuchni, kelnerach jak o „królach nocy”. Przypominał mi się ten wywiad, gdy czytałem pani felietony, w których toczy się życie w lokalu obserwowane przez jego pracowników, a dla samych klientów jest to świat sprawiający wrażenie anonimowości.

Tak się właśnie ludziom wydaje, natomiast my, personel, słyszmy praktycznie wszystko.

Słyszymy i widzimy?

Jak na dłoni. Ja nawet jestem w stanie powtórzyć niektóre rozmowy, takie, które nie powinny wyjść poza grupę tych dwóch czy trzech osób. Podchodząc do stolika i obsługując ludzi, my, osoby z personelu, naprawdę wiemy, o czym toczy się rozmowa, nawet jeżeli goście mówią ściszonym głosem. Klientom wydaje się, że personel jest przezroczysty. Nie jest.

Często się też dziwiłam, że ludzie nie zdają sobie sprawy, że wokół nich są inni, którzy dostrzegają i potrafią umieścić ich na mapie miasta. Świat jest mały. Wiemy, gdzie kto pracuje, z kim się spotyka, jakie ma relacje rodzinne. Ze strzępków rozmowy przy barze potrafię dokręcić historię tego wszystkiego. Nie na takiej zasadzie, że coś wymyślę, ale po prostu łączę fakty. Dla policji bylibyśmy kopalnią wiedzy, jeżeli – oczywiście – chcielibyśmy mówić. A nie chcemy, bo przecież każdy z nas kończy kiedyś pracę, wychodzi z lokalu i żyje w przestrzeni publicznej.

To od strony praktycznej. A ze strony mentalnej – czy te historie, ludzie i rozmowy nie siedzą dalej w głowach personelu?

Nie, wychodzi się i zapomina. W pamięci zostaje niewiele, ponieważ jest tak dużo sytuacji, nawet w ciągu jednego dnia, że nie sposób to zapamiętać. Zapamiętuje się jedynie jakieś szczególne wydarzenia i nawet nie pod względem dynamiki, ale raczej od strony własnego doświadczenia – bo dana sytuacja rezonowała z czymś osobistym albo była ważna z jakiegoś innego powodu. Cała reszta zaciera się już po wyjściu z lokalu. Chociaż pamięć personel serwisu ma wyćwiczoną i potrafimy na przykład odtworzyć menu, które podawaliśmy do danego stolika sprzed tygodnia czy dwóch albo opisać, w co kto był ubrany.

W jednym z felietonów na Polskim Merseyside dotyczącym pracy zwraca pani uwagę na kwestię, która często wielu umyka – że daną branżę widzi się jedynie przez pryzmat samego szczytu. Myśląc o gastronomii, można myśleć od razu o byciu szefem kuchni. Zresztą to dotyczy chyba każdej możliwej branży. Pani wskazuje na to, że jednak w każdej dziedzinie jest ciężka praca do wykonania i trzeba przejść długą i bolesną ścieżkę, zanim się dojdzie do wymarzonej pozycji. Czy to też obserwacja wyniesiona z życia zawodowego?

Też, oczywiście. Wiele młodych osób przychodzi do pracy w gastronomii, wyobrażając sobie, że będą się w niej dobrze bawić, bo tak ją postrzegają od strony gościa. Widzę bardzo często w oczach tych ludzi to zderzenie z rzeczywistością, sytuację, w której ktoś przyszedł do fajnej i miłej pracy, a tu trzeba wziąć do ręki szczotkę i ścierkę, rozwiązywać różne problemy i problemiki, czasami wydumane przez ludzi. Trzeba szybko w odpowiedni sposób naprawić błędy, ułagodzić klienta i zrobić wszystko, by wyszedł zadowolony. Dochodzi fizyczny ból ciała i wyczerpanie psychiczne. Zwłaszcza w wyniku popularnych programów telewizyjnych, filmów czy seriali młodzi ludzie zaczęli sobie wyobrażać, że mogliby odnaleźć się jako gwiazdorzy w tej branży. Na przykład szefowie kuchni jawili im się bardzo kusząco.

Naprawdę serial potrafi tak wpłynąć na postrzeganie restauracji, że widać to w ilości zgłoszeń do pracy?

Tak! Nie wiem, czy pan pamięta polski serial Przepis na życie albo francuski film Życie od kuchni. Gdy normalnie o pracę aplikowała jedna czy dwie osoby tygodniowo, po emisji tych filmów nagle było kilkanaście zgłoszeń dziennie. Tacy ludzie widzą tylko samą otoczkę, widzą Magdę Gessler, widzą gwiazdy kulinarne, których tak naprawdę w Polsce jest tylko kilka. Zresztą w Wielkiej Brytanii również, może kilkanaście, które piszą książki, mają autorskie restauracje lub firmują swoim nazwiskiem. Ludziom się wydaje, że taki piękny, wspaniały świat jest dostępny dla każdego. Praca jest ciężka i generalnie większość z tych, którzy przychodzą z takim podejściem do gastronomii, później tej pracy nienawidzi.

Te kiedyś popularne programy kulinarne pewnie też miały swój wpływ tę sytuację. Czy obraz prezentowany w takich programach też jest podkoloryzowany na potrzeby telewizji? Tak zawsze zakładałem, nie chcąc uważać tych non stop przeklinających, wrzeszczących szefów, typu Gordon Ramsay, za „normalność”. Przecież gdyby było tak na co dzień, oznaczałoby to, że są to ludzie niestabilni psychicznie.

Wszystko zależy od charakteru człowieka. Jeżeli ktoś będzie zrównoważony i chichy… Chociaż tak się nie da w gastronomii, ale jeżeli ktoś wie, że dobra współpraca to nie krzyki i przekleństwa, to nie będzie tego robił. Czytałam wywiad z Wojciechem Modestem Amaro, w którym opowiadał, że u niego w kuchni jest cisza, bo nie potrafi pracować w hałasie. Generalnie w kuchni jest głośno, bo same urządzenia wytwarzają szum. Do tego dochodzą jeszcze ludzie, którzy mają swoją dynamikę i energię. W zależności od umiejętności współpracy i panowania nad stresem pod wielką presją czasu tworzy się atmosfera pracy. Ale nawet w najlepszej atmosferze zdarzają się momenty, kiedy ktoś czymś rzuci, trzaśnie i zaklnie, bo albo wyrzuci z siebie gwałtownie emocje, albo rozleci się od środka. Nasz gastronomiczny stres porównałabym do tego, jaki żołnierze przeżywają na wojnie, tylko nie oglądamy tak przykrych widoków. Wszyscy mamy takie momenty, ja także.

Czy właśnie ta książka, która skupia się na pracy zawodowej, jest pani bliższa od tej, która też jest osobista, ale pisana jednak w szerszej perspektywie zdarzeń i czasu?

Nie. Obie są tak samo mi bliskie. Traktuję je na tym samym poziomie emocjonalnym. Nawet nie zmieniłam w nich imion, nazw miast czy ulic. Wszystko jest tak, jak było – realistyczne do bólu.

Jak zgaduję – nie da się pisać bez czytania. Co pani czyta, jakich pisarzy i jaki rodzaj prozy?

Krócej byłoby mi powiedzieć, czego nie czytam. Nie czytam fantastyki, ponieważ uważam, że jest tyle realnych rzeczy dookoła, że nie ma po co wymyślać jeszcze kolejnych. Ale absolutnie nie neguję ludzi, którzy to piszą, czytają i fascynują się tym, natomiast ja do ręki fantastyki nie biorę. Romanse i erotyki mnie nudzą. Nie czytam też książek historycznych. Nie lubię nawet takich wątków wplatanych w fabułę, bo żyję tu i teraz, i patrzę w przyszłość. Nie lubię się cofać, ale czasami muszę, gdy chcę zrozumieć coś, co wynika z historii. Wtedy zaglądam w przeszłość, czy to w swoją osobistą, czy naszą narodową lub innego zakątka świata. Jest to czasami konieczne. Za to lubię biografie, bo zawsze mi dawały kopa do działania, na zasadzie: jeżeli ktoś coś potrafił zrobić, to i ja mogę! Lubię reportaże. Generalnie w księgarniach swoje kroki po przestąpieniu progu kieruję w kierunku regału non-fiction oraz z psychologią i rozwojem osobistym. Lubię też thrillery psychologiczne. Moim ulubionym pisarzem, a raczej duetem pisarskim, jest Nicci French. To para dziennikarzy angielskich piszących pod pseudonimem. Bardzo mi się podoba ich narracja i konstrukcja bohaterów. Z niecierpliwością też czekam na każdą kolejną publikację JP Delaneya. Fascynuje mnie proces myślowy u jego bohaterów, którzy nie są jednoznacznie dobrzy lub źli. Z zapartym tchem śledzę to przenikanie i czekam, w co się rozwinie. Czasami sięgam po powieść, ale musi być w niej drugie dno i dobre przygotowanie autora czy autorki do zjawisk, które opisuje. Przykład? Proszę bardzo: powieści Jojo Moyes i Agnieszki Bednarskiej.

Wymieniła pani kilku pisarzy. W tym kontekście chciałbym zapytać o pisanie od strony technicznej. Dany pisarz może być rozpoznawalny ze względu na sposób, w jaki opowiada historię, ale też ze względu na swój styl pisania. Czy świadomie lub nieświadomie próbuje pani naśladować określony sposób pisania tych, których najchętniej pani czytuje?

Nie umiem tego ocenić. Na pewno kiedyś próbowałam się inspirować w ten sposób, że podobał mi się dany styl pisania i chciałam, by moje historie brzmiały w wyobraźni czytelników podobnie, by zachwycały. Oczywiście nie kopiowałam, ale chciałam dosięgnąć tego kunsztu. Czy mi się udało – wątpię. Zawsze wychodziło mi coś innego. Nawet jak napisałam coś w „ich stylu” i dałam komuś do przeczytania, to słyszałam w odpowiedzi: „ale to takie nie twoje!”. Moi beta-czytelnicy wyłapywali fragmenty zalatujące fałszem. Nie umieli tego nazwać, ale czuli to.

To chyba duży komplement dla pisarza.

Ja to odebrałam jako sygnał, że nie ma się co inspirować innymi, bo gdzieś po drodze wykształcił mi się mój własny styl i niech tak zostanie. Nie próbuję już naśladować, absolutnie. Natomiast czy te osoby, które czytam, mają wpływ na mój styl? Jakiś na pewno, ale w takim sensie, że chciałabym tak dobrze, pisać jak oni. Niekoniecznie tak samo.

Czy chciałaby pani coś przekazać czytelnikom naszego wywiadu i dla tych, którzy zamierzają pojawić się na spotkaniu autorskim?

Ludziom często coś w sercu gra, mają swoje różne pragnienia lub chcieliby coś osiągnąć. Zwykle nie są to wygórowane marzenia, tylko bardzo przyziemne i normalne. A jednak się boją je realizować, bo uważają: „ja się nie nadaję”, „wyskoczę przed szereg”, „może mnie wyśmieją”. Gdy rozmawiam z ludźmi, to praktycznie każdy nosi w sobie opowieść, którą chciałby zmaterializować. To są książki, obrazy, wystrój wnętrza, ujrzenie na własne oczy i doświadczenie atmosfery miejsca, w którym rozgrywała się scena w filmie. Te tęsknoty odkładane są na wieczne nigdy, na później, jak się dorobią, jak będę mieli więcej czasu. A życie mija. Po jakimś czasie żałują, że nie spróbowali.

Robi mi się smutno, gdy słucham ich historii, bo ja kiedyś też tak myślałam. Ale w pewnym momencie powiedziałam sobie: dość strachu! Odważyłam się i zaczęłam działać. Po przyjeździe do Wielkiej Brytanii w ciągu jednego roku spełniłam większość swoich marzeń. Ja tylko po nie sięgnęłam i okazały się tak proste i tanie, że jedyne, czego mogłam żałować, to tego, że tak długo z nimi zwlekałam. W pewnej chwili zauważyłam, że przekroczyłam własne marzenia. Bywam w miejscach i robię coś, o czym nawet nigdy nie śmiałam marzyć. Jeżeli dziś miałabym przekazać komuś jedną najważniejszą myśl, byłoby to popchnięcie do działania. Jeżeli coś komuś w duszy gra, warto spróbować sięgnąć po swoją gwiazdkę z nieba.

Zakładam, że całe spotkanie będzie w takim pozytywnym tonie?

Mam nadzieję!

2 thoughts on “„Po przyjeździe do Wielkiej Brytanii spełniłam większość swoich marzeń””
  1. Przeczytałam jednym tchem jednak w pośpiechu.Wrócę jeszcze przed sobotą do tego wywiadu,gdyż bardzo wiele wnosi do czekającego nas spotkania.

  2. Wspaniały wywiad! W odpowiedziach czuję mądrość życiową i wiem, że tego nie można się nauczyć. Czytając Róży odpowiedzi widziałam i czułam wszystko. Może dlatego, że sama pracowałam w gastronomi. A książka naprawdę oddaje prawdziwie ten klimat, aż do odczucia tego zmęczenia tą pracą.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.