Z okazji setnej rocznicy urodzin Stanisława Lema, Merseyside Polonia organizuje wydarzenie inspirowane jego twórczością. Zaangażować się w nie można mając do wyboru trzy panele tematyczne: warsztaty robotów, klub książki i klub filmowy, każda z części w nawiązaniu do autora. Co jednak charakterystyczne, sposób uczestnictwa jest jeden: poprzez nakręcenie filmu. Na swój sposób to przewrotne, że dziedzictwo pisarza, bo przecież z dorobku literackiego jest on najbardziej znany, przedstawiane jest z pominięciem form bliższych literaturze, a skupione na multimedialnym przekazie. Jest to też, uwzględniając oczywiście trudności wynikające z obecnych warunków, potwierdzenie tezy o wychodzeniu ludzkości z piśmiennictwa w ogóle. Temat ten poruszył inny, współczesny, polski, pisarz science-fiction, Jacek Dukaj, w eseju „Po piśmie”, co splata te kilka wątków w ciekawy węzełek: literatura, s-f, współczesne formy przekazu i odejście od „myślenia pismem”, przyszłość. Z ciekawości przejrzałem swoją biblioteczkę i Lem nie jest najczęściej pojawiącym się na grzbietach książek nazwiskiem, choć jest w czołówce. Pozostałych jednak książek z gatunku science-fiction, razem nawet wziętych, jest mniej niż tych Lemowskich. To dowód, że odcisnął on swoją prozą pewien ślad na właścicielu tych książek. Ten tekst to osobista próba uczczenia jego setnych urodzin, niestety poza wydarzeniem Merseyside Polonia, bo jeżeli ktoś zarzuci mi, że tekst jest słaby, to usprawiedliwiać mogę się jedynie tym, że próba nagrywania filmów wyszłaby jeszcze gorzej.

            Wielu pisarzy ma swój niepowtarzalny styl. Bardzo łatwo wyczuć taki  w powieściach np. u Dostojewskiego, Twaina, Hemingwaya, czy Kinga. Z polskich autorów można wskazać chociażby Sienkiewicza, lub autora esejów historycznych, Pawła Jasienicy. Stanisław Lem wymyka się jednak jakimkolwiek ramom, jeżeli chodzi o sam warsztat pisarski. Inny zupełnie jest „Nieustraszony”, (dynamiczna, choć nie pozbawiona zupełnie ciekawych myśli fantastyka), inny Solaris (najbardziej znana na świecie powieść Lema, rodzaj „filozoficznego” s-f), inne „Dzienniki gwiazdowe” (raczej lekkie zbiory opowiadań, pełne alegorii nawiązujących do naszego świata), a jeszcze inny „Głos Pana” (raczej wolna, senna fabuła, opowiadana spokojnie w pierwszej osobie). A przecież nie wspomniałem tutaj o „Bajkach robotów”, czy o „Pamiętniku znalezionym w wannie”, kolejnych dwóch przykładach odmiennego stylu. I to wszystko to jedynie beletrystyka! Bo przecież zaraz Lem spróbuje się wymknąć z tej szufladki „pisarz science-fiction”, choć nie udało się mu to w pełni do dziś, i nie wiadomo, czy uda kiedykolwiek. Wracając jednak na chwilę do beletrystyki, to zadanie zrecenzowania jednej tylko książki do zajęciem karkołomnym. Aby oddać cesarzowi cesarskie, a Lemowi lemowskie, jego książki można przedstawiać jedynie jako szerszy zbiór. Jedna książka Lema to po prostu jedna książka Lema. Może być dobra, słabsza, nudna, ciekawa, wciągająca, lub ciężka, ale to wciąż tylko jeden tytuł. Gdy chcemy mówić o Lemie, a na 100-lecie urodzin wypada o Lemie, zamiast o jednej, wybranej pozycji, należy brać go w całości, bo nie jest jednolity, i dlatego też taki fascynujący.

            Literaturę Lema można odczytywać wieloma kluczami. Pierwszy z nich podany jest wyżej: to różnorodność jego stylu. Legendarne już są zarzuty amerykańskich pisarzy s-f, którzy twierdzili, że niemożliwe jest, by jeden człowiek mógł pisać tak w tak odmienny sposób i że Lem to tajny kryptonim radzieckich pisarzy, piszących książki na konto nieistniejącego naprawdę autora. A jednak to, co nie mogło się pomieścić w głowie za oceanem, wychodziło z jednej tylko głowy, tworzącej w Krakowie. Ta odmienność i różnorodność stylu wynikała w dużej części z tego, że Lem nie konkurował wcale z innymi pisarzami. Beletrystyka jego często nie była celem samym w sobie, a jedynie swego rodzaju nośnikiem do przekazania myśli. Pięknie i strasznie robi się w tym momencie. Pięknie, bo otwiera to, oprócz samej formy, także furtkę do treści, pokazuje wzorem setek lat tą piękną stronę sztuki, gdy przekaz musi odwoływać się do alegorii, symbolu i drugiego dna, uznając bezpośredniość przekazu za zbyt płytką i niewystarczającą. Strasznie, bo może wskazywać na dzisiejszy regres, który każe redukować przekaz na ile się tylko da, dążąc do bezpośredniego przekazu myśli, odchodzić od symbolu, przejść z literatury do filmików. W tym miejscu ten jeden klucz odczytywania prozy Lema można podzielić jeszcze na kolejne dwa: jeden od strony „technicznej”, porównujący styl pisania Lema w poszczególnych tytułach, drugi uwzględniający przekaz ukryty za alegorią tekstu, z nawiązaniem do środka pisarskiego, który to umożliwiał.

            Drugi z możliwych kluczy to sam życiorys Stanisława Lema. W jego osobistej historii odbijały się przecież burzliwe losy narodu polskiego i Polski w XX wieku. Samo już imię i nazwisko mówi dużo. Ojciec Stanisława – Samuel – urodził się jeszcze Lehm, był pochodzenia żydowskiego. Mieszkając w Lwowie, w monarchii Austro-Węgierskiej żył na styku wielu narodowości i kultur: żydowskiej, polskiej, niemieckiej, rusińskiej (dziś ukraińskiej). Wybrał, nie wiedząc pewnie, że oddaje ogromną zasługę polskiemu dziedzictwu kulturalnemu, Polskę. Syn jego nosił już spolszczone nazwisko, wraz z bardzo polskim imieniem: Stanisław. Przeżyć, niestety, musiał to co przeżyło wielu innych rodaków: okupację niemiecką i radziecką, okropieństwa prześladowań i Żydów i Polaków, wysiedlenie z rodzinnego Lwowa, czasy stalinizmu. Ku utrapieniu  biografów o wielu z tych przeżyć nie mówił, zatajał, lub niedopowiadań, choć musiały mocno wbić mu się w pamięć i wpłynąć na jego osobowość. W jego biografii „Lem, życie nie z tej ziemi” przeczytać można o scence wręcz uroczej. Przebywając w Niemczech na drodze inny samochód dawał mu znaki, sygnalizując popsute światła. Po zatrzymaniu się na światłach Lem wypadł ze swojego samochodu i Bogu ducha winnemu Niemcowi wygarnął wojenne grzechy jego narodu i bezczelność z jaką zaczepia Polaka. Cześć z jego osobistych przeżyć przewija się na kartach powieści, a obserwację urządzania się świata po wojnie, w nowych systemach polityczno-społecznych zamieszczał w opowiadaniach. Odniósł się krytycznie i do komunizmu, tak jak mógł to zrobić człowiek, który w nim żył, jak i do kapitalizmu, tak jak mógł to zrobić człowiek, który żył poza nim. Elementy te, mieszkania się własnej biografii i przeżyć z fikcją literacką czy inspiracjami to kolejny klucz, którym można odczytywać książki Lema.

            Z powyższego wynikać może jeszcze jeden sposób czytania książek Lema. Jest to kryjąca się w większości powieści obawa o ludzką moralność, o dobre wykorzystania zdobyczy techniki. Wbrew pozorom Lem nie był tak oderwany od Ziemi, jak niejednokrotnie się go postrzega. Nowinki techniczne interesowały go, ale przekładał nad elektronikę motoryzację i inne konstrukcję,  z którymi mógł się poszamotać, pokręcić korbą, czy uderzyć młotkiem. Fenomenu gier komputerowych nie rozumiał i miał do nich stosunek wręcz negatywny. Wyśmiewał głupotę ludzką i popularne w latach 90-tych opowieści o kręgach w zbożu, rzekomo tworzone przez kosmitów. Z książek niejednokrotnie przebija obawa o połączenie  nauki z możliwościami ludzi do czynienia zła, co na własne oczy oglądał podczas wojny, i dodatkowo, z bezmyślnością i głupotą, którą oglądał całe życie.

            Literatura science-fiction ma niestety to do siebie, że bardzo brzydko się starzeje. Jest to ten rodzaj wina, któremu łatwiej skwaśnieć, niż nabrać po latach pełni i szlachetności. O ile przekaz takiej literatury może być uniwersalny, to fabuła utkana na kartach powieści bardzo często nie wytrzymuje próby czasu. Nowe odkrycia obalają dawne twierdzenia, a świat opisywany jako przyszły rozjeżdża się w konfrontacji wizji z rzeczywistością. Zwykle rodzi to silną pokusę rozliczania pisarzy s-f z skuteczności ich przewidywań czym ludzkość będzie się poruszać, jak będzie skomunikowana, czy jakich codziennych gadżetów będzie używać. Sam Lem nie ustrzegł się tej pokusy nowoczesnego wróżbiarstwa, które dodało sobie człon -logia, aspirując wręcz do nauki. Nie da się ukryć, że miał Lem też swoje sukcesy na polu futurologii właśnie, przewidując niejednokrotnie pewne elementy przyszłości, ale wiązało się to też z tym, że czasami tworzyć musiał nowe pojęcia, nie mając jeszcze dostępnych aparatów pojęciowych. Przykładem jest tu fantomologia, którą dziś nazywamy rzeczywistością wirtualną. Ma to oczywiście swój urok, podobnie jak i „mózgi elektronowe”, ale dla części czytelników może być ciężkostrawne w odbiorze.

            Ponieważ futurologia ma ograniczoną datę ważności, a książki z dziedziny s-f zwykle tracą z czasem, można by wyciągnąć wniosek, że i sama postać Lema będzie z czasem coraz bardziej blada, inspirująca jedynie dla grona wiernych i coraz starszych czytelników. Takie założenie byłoby błędem. Po pierwsze: część jego książek zapewniła sobie pewne miejsce w kanonie literatury, nawet jeżeli zawęzić jej pole do samego science-fiction. Najlepszym przykładem jest tu „Solaris”, a jej światową popularność tylko potwierdza, podjęta jakiś czas temu przez Hollywood, próba jej ekranizacji. Po drugie: Lem też był filozofem. Nie jest to nadużycie i nadinterpretacja. Sam miał też taką ambicję, by za filozofa go uważać, czego znakomitym dowodem jest tytuł zbioru esejów: „Summa Technologiae”. Piękne nawiązanie do innego epokowego dzieła, kładącego kamień węgielny pod system filozoficzny, który kształtował Europę przez wieki. Mowa tu oczywiście o „Summie teologicznej” św. Tomasza z Akwinu. Czy Lem miał ambicję ułożenia swoich myśli na tej samej półce, otworzenia nowej epoki i nowej filozofii, czy to jedynie zgrabna gra słów, tego nie wiem. Na pewno świadczy to tym, że nie chciał zamykać się w szufladce, w której wielu go dziś widzi, jako autora książek o ufoludkach. „Summa Technologiae” Lem napisał w 1964 roku, prawie już 60 lat temu. Zawarł tam rozważania na tematy naprawdę ważne, zwłaszcza z dzisiejszej perspektywy pokładania nadziei w transhumanizmie. Zastawiał się tam nad sztuczną inteligencją, ewolucją, wirtualną rzeczywistością, czy symulowaniem wszechświatów. Jakże to bliskie dzisiejszym dylematom, które powstają właśnie na styku mechatroniki, neuronauk, sztucznej inteligencji i inżynierii genetycznej. Ten rodzaj filozofii to być może szansa na potrzebne odrodzenie się tej dziedziny. Przez postęp nauk przyrodniczych filozofia w pewnym momencie została daleko w tyle, nie nadążając za zmieniającą się i potwierdzaną empirycznie wizją świata. Do uprawiania filozofii potrzebna była już coraz to szersza wiedza o fizyce, biologii, informatyce, czy kosmologii. Lem się tej konfrontacji nie bał, z wiedzy i chęci poznania uczynił  fundamentami jego myśli i punktem wyjścia, a nie obciążeniem dla filozofii i słoniem w składzie porcelany. Być może to właśnie podejście, wraz z rezultatami jego przemyśleń jest największym jego dziełem i spuścizną, która z czasem zyskiwać będzie coraz większe uznanie i szacunek.

Nie zakładałem żadnej wielkiej puenty tego tekstu, traktując felieton jako osobiste obchody 100-lecia urodzin Lema, bez sztywnego planu na tekst. Ponieważ zawarłem chyba już wszystko, co chciałem, każde miejsce od teraz będzie dobre by postawić kropkę. No to kropka.

ANDRZEJ SMOLEŃ

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.