Poczucie własnej narodowości można budować na wiele sposobów. Każdy z nich jednak, w mniejszym lub większym stopniu, oprzeć się musi na punktach wyróżniających. W przypadku emigracji do krajów zachodniej Europy może nie być to zadanie tak oczywiste, szeroko rozumiana kultura współczesna, powszechność używanych technologii, mody itp. dość skutecznie rozmywa granice. Na pierwszy rzut oka, ale najczęściej też i na drugi, i na trzeci, nie da się jednoznacznie odróżnić polskiego dziecka od angielskich rówieśników. Sprawa narodowości i dziedzictwa kulturowego nie jest kwestią „odpowiedniego” urodzenia. Odziedziczyć po rodzicach można cechy wyglądu zewnętrznego, elementy charakteru, potencjalne talenty, czy podatność na choroby. Nie da się jednak tą samą drogą przekazać poczucia świadomości narodowej i ogólnie rozumianej polskości. Tutaj należy zaprzęgnąć do pracy długi i żmudny proces wychowania i wykształcania takich postaw, które mogą zaowocować utożsamianiem się kolejnego pokolenia z Polską, jej kulturą, historią itp. Są to zagadnienia o których najczęściej się nie myśli, sam mechanizm jest zwykle automatyczny, odbywa się przez przyswajanie odpowiednich pojęć i postaw „mimochodem”. Tradycje domowe, schematy postępowania, obchodzenie świąt rodzinnych, religijnych i narodowych to przykłady elementów tej szerokiej układanki, która wytwarza w człowieku jego własny obraz swojej odrębności.

W tym kontekście język narodowy jest składową pierwszoplanową. W sposób naturalny, a już szczególnie w warunkach emigracji jest czynnikiem, który wyróżnia i pozwala na pokreślenie odmienności. Odnosić się to może zarówno do jednostki, ale też do rodziny, do stowarzyszenie polonijnego, sobotniej szkoły, parafii itd., i wreszcie – do narodu. Nie ma chyba łatwiejszego sposobu na tak naturalne podkreślenie swojej tożsamości. Poszukiwanie podobnych czynników w cechach fizycznych jest niepoważne i nieuzasadnione, cała energia powinna być skierowana na odcinek kulturowy. Język jest to sojusznikiem wiernym i ważnym. W kraju ojczystym siła jego oddziaływania rozmywa się przez powszechność, pewien rodzaj naturalnego wrośnięcia w tkankę narodową, ale poza ojczyzną tym mocniej uwypuklane są jego zalety w procesie dziedziczenia narodowości. Już kilka zdań zamienionych z polskim rówieśnikiem, w języku niezrozumiałym dla większości otoczenia podkreśla bardzo wyraźnie odrębność i wzmacnia odczucie bycia Polakiem. A jak wspomniano wcześniej – jest to proces odbywający się naturalnie, bez związanego z nim patosu, wynikający niemal jako skutek uboczny bardziej namacalnych korzyści ze znajomości drugiego języka.

Istnieje niemała grupa ludzi na świecie, którzy przyznają się do polskich korzeni, i równocześnie mają duże trudności z używaniem języka polskiego, lub nie mówią w nim wcale. Oznacza to, że sam język nie jest jedynym wyznacznikiem narodowości i istnieje wiele innych czynników, które zawierają się w zbiorze pojęcia „polskość”. Język jest jednak jednym z ważniejszych i ludzie rozumieli to jeszcze wiele wieków przed utworzeniem się dzisiejszego pojęcia narodu. Gdy w początkach naszej państwowości mierzyliśmy się z nieustannym parciem plemion germańskich na nasze tereny (drag nach Osten), nazwaliśmy najeźdźców charakteryzując ich właśnie odmiennością języka. Niemcy – niemi, niezrozumiali dla nas. Istnieje też teoria, że nazwa Słowian wywodzi się od „słowa”, od wspólnoty języka, dzięki której identyfikowano ludzi sobie bliskich. Już w tych czasach, gdy struktura społeczna oparta była na rodach i plemionach, o państwie w dzisiejszym jego rozumieniu, czy narodzie nikt przecież nie słyszał, potrafiono postawić wyraźną granicę w miejscu, gdzie rozlegały się dwie różne mowy. Rozgraniczenie takie miało też później i swoje skutki praktyczne. W XIV wieku, podczas panowania Władysława Łokietka doszło do tłumienia buntu niemieckiego mieszczaństwa w Krakowie. Rozgraniczanie Polak – Niemiec na podstawie samego wyglądu zewnętrznego, czy ubioru mogło być tak samo trudne, jak czasami bywa i dziś na linii Polak – Brytyjczyk. Znaleziono inny sposób, każdy podający się za Polaka, przepytywany mieszczanin musiał odpowiednio wymówić zlepek słów: „soczewica, koło, miele, młyn”. Tych, którzy tego nie potrafili identyfikowano jako Niemców. To brutalny przykład. Ale historia średniowieczna zna także inny, bardziej konstruktywny. Podczas sporów z Zakonem Krzyżackim w sądzie papieskim argument Polski wyjaśniający prawa do zajętych przez zakon ziem opierał się właśnie na języku. Dowodzono, że ludność zamieszkująca sporne tereny jest ludnością polską, gdyż posługuje się językiem polskim. Te dwa przykłady sięgające aż średniowiecza są znakomitym dowodem na rozumienie roli języka w kontekście narodowości. Czas średnich wieków dodatkowo nawet ten czynnik potwierdza, należy tu pamiętać, że były to czasy, gdy pojęcie narodu było dość mgliste. Stosunki społeczne rozumiano wtedy bardziej pojeniami rodu, stanu, poddaństwa itp, dlatego tym bardziej warto docenić, nawet „intuicyjne” połączenie języka z narodem, którego doszukiwano się już przed wieloma wiekami.

Historia nowożytna również daje nam odpowiednie przykłady podkreślające wartość języka w samoświadomości narodowej. Polacy, którzy w wyniku zaborów stali się poddanymi trzech rożnych władców zachowali swoją tożsamość dzięki wielu czynnikom, ale jednym z ważniejszych był z całą pewnością język. Momentami był on celem ataków najcięższych, przecież i Prusak, i Moskal, w ramach prób wynaradawiania Polaków walczyli zaciekle z językiem polskim, i to na wielu frontach. O ile łatwo szło im usuwanie polszczyzny z urzędów, czy oficjalnych pism, tak ciężko było im zwalczać samą mowę, co jednak próbowali czynić. Ale tak jak oni wiedzieli o tym, że sam odrębny język ma ogromne znaczenie w budowaniu poczucia narodowości, tak samo dobrze wiedzieli o tym Polacy. Silny opór stał się wręcz symboliczny, zostając w naszej pamięci w historii dzieci z Wrześni, które zastrajkowały, gdy nakazano im kompletnie usunąć język polski ze szkoły. Chodziło o likwidację ostatniego bastionu polszczyzny w nauczaniu religii. Dzieci i ich rodzice uznali, że jednak „Vater unser” nie jest tym samym co „Ojcze nasz”. Zaborca próbował stłumić opór zgodnie z pruskim modelem postępowania, czyli brutalnością kar fizycznych. Wydarzenia te stały się głośne, protestował chociażby Henryk Sienkiewicz, a echa tamtych wydarzeń brzmią do dziś, protest dzieci z Wrześni jest jednym z lepiej znanych epizodów germanizacji polskich ziem. Dużą rolę w przypominaniu tamtych zdarzeń odegrała Polska Ludowa podsycająca niechęć do Niemców i uwypuklająca „piastowskość” ziem zachodnich. Ale podobnie sprawy miały się w zaborze rosyjskim, gdzie rusyfikacja, zwłaszcza po upadku powstania styczniowego postępowała w coraz to dalsze elementy życia. Widać to np. w księgach parafialnych, gdzie do 1866 roku wypisywano akty (wtedy uznawane również jako urzędowe) po polsku, by później przejść na rosyjski, który obowiązywał, z małą przerwą na rewolucję rosyjską, aż do 1919 roku. Dla tamtych ludzi język był jednym z ostatnich elementów, który pozwalał na przechowywanie pamięci. Walkę o niego podjęto na wielu płaszczyznach, w codziennych, skromnych w swojej skali, elementach życia. I udało się język polski ochronić pomimo dziesiątek lat zmagań. Opisywał to w „Syzyfowych pracach” Żeromski. Przetrwał język, literatura, przetrwał naród. To dobry przykład i dla dzisiejszych Polaków, oraz Polonii. Przykład wskazujący, że język może przetrwać nawet otoczony codziennością obcej mowy, oraz przykład na to jak bardzo może być w zachowaniu pamięci o dziedzictwie narodowym.

Tworzenie obrazu własnej odrębności przez posługiwanie się ojczystym językiem nie jest jedynym czynnikiem, który w szerszej perspektywie pomaga budować tożsamość narodową. Do pewnego etapu jest to proces kierowany i napędzany wolą rodzica. Naturalna jednak kolej rzeczy sprawia, że kiedyś kończy się wspólne recytowanie lub śpiewanie „wlazł kotek na płotek…” i sylabizowanie czytanek. Kolejne kroki, podejmowane wspólnym wysiłkiem ucznia, szkoły (np. polonijnej) i rodzica kończą się opanowaniem umiejętności czytania i pisania po polsku. To tak modelowo, bo istnieją przecież przypadki dzieci urodzonych w polskich rodzinach, potrafiące „się dogadać” w języku rodziców, ale mające duże problemy i z pisownią, i z czytaniem. Ale i nawet w przykładzie idealnym nadchodzi moment, gdy lektury wybiera sam zainteresowany, nie jego rodzic. Bezpośredni dostęp do kultury ojczystej może być czynnikiem bardzo spajającym z korzeniami. Tego oczywiście nie można założyć, ani zagwarantować, musi zaistnieć tu dobra wolna i chęć młodego człowieka. Zagwarantować można za to jedno – zaniedbanie nauki języka w zakresie czytania i pisania może takie próby osłabić, albo nawet skutecznie do nich zniechęcić. Należy to podkreślić szczególnie w przypadku tych osób, którym zależy na przekazaniu dzieciom „polskości”, a którzy zakładają że umiejętności językowe można ograniczyć do samego języka mówionego. Może być to błąd katastrofalny, bo na kowadle potencjalnego zainteresowania i chęci okrywania kultury polskiej wykuwać można trwałe dzieła jedynie przygotowanym wcześniej narzędziem. Tym narzędziem jest oczywiście taka znajomość języka polskiego, które pozwoli na przykład na przeczytanie książki historycznej o cichociemnych. Albo wierszy w oryginale, powieści, czy nawet artykułu publikowanego w sieci. Używanie języka polskiego i sięganie po polskie „treści” w wieku kilku lat jest (mówiąc w skrócie) uzależnione od rodziców. Później jest to kwestia samodzielnego wyboru i oczywiste jest, że równie dobrze wartość i języka, u kultury zostanie zakwestionowana i odrzucona. Ale bez wykształconej w wieku wczesnoszkolnym umiejętności czytania po polsku trudno zakładać, że jest to zadanie osiągalne. Nawet oparcie się na dzisiejszym przekazie obrazu i dźwięku, czego przejawem może być odsłuchanie wykładu, może nie być tak bogate, pouczające i wiążące z kulturą jak samodzielne studiowanie tematu.

Bywa i tak, że jedynym argumentem, branym pod uwagę jako zaleta dwujęzyczności, jest możliwość komunikacji z rodziną. Dziecko uczy się języka polskiego, by móc złożyć babci życzenia, opowiedzieć dziadkowi o szkole itd. Można ten argument rozszerzyć, bo nawet tak „zadaniowo” potraktowany język może być przecież używany poza spotkaniami rodzinnymi. Może być zarówno językiem pozwalającym na rozmowę z innymi Polakami na emigracji, ale i do komunikacji z rówieśnikami nad Wisłą. Dzisiejsze możliwości technologiczne i przeniesienie ogromu interakcji międzyludzkich w sieć internetu sprawia, że bariera odległości staje przeszkodą niemal pomijalną w wielu dziedzinach. A niekoniecznie musi to być kontakt „bezpośredni”, o ile taki może zaistnieć w przestrzeni internetu. Może to być kontakt z polskojęzyczną częścią internetu, dostęp do Twittera, blogów, YouTube. Samo odbieranie takich treści (oby jak najwyższych lotów) powodować może pogłębienie rozumienia wydarzeń w Polsce, mentalności ludzi, ich postrzegania świata itd. I znów, w kolejny, naturalny, sposób może pogłębiać więź z krajem pochodzenia rodziców. Takich możliwości nie miało wiele generacji Polaków, którzy emigrowali na długo przed nami. Ale po raz kolejny, by do podobnego zjawiska mogło dojść musi być zbudowana wcześniej podstawa. To na niej mogą później połączyć się równocześnie dwa zjawiska: jednoczesne poznawanie Polski i utrwalanie przez to umiejętności językowych. Jedno i drugie jest ze sobą powiązane i wzajemnie potrzebne.

Autor: Andrzej Smoleń

Gdyby ktoś życzył sobie dostawać powiadomienia o moich kolejnych tekstach, stworzyłem profil na Twitterze. Zapraszam chętnych do obserwowania:

https://twitter.com/andrzej_smolen

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.