Do tej pory padło kilka przykładów, pokazujących okaleczanie języka polskiego. Zastąpienie, zarówno poprawne, jak i błędne polskiego słowa zapożyczaniem z angielskiego da się w dość łatwy sposób zidentyfikować. Podobnie sprawa ma się z pożyczonym idiomem, lub koślawą składnią. Wszystkie te przykłady łączy jedno zjawisko, które w skrócie sprowadzić można do błędnych tłumaczeń. Słaba umiejętność jednego języka połączona ze słabą znajomością kolejnego, nie oznacza, że suma tej niewiedzy daje całkiem dobry wynik ogólny. Równocześnie jest to dobry przepis na koślawe, błędne, lub bezsensowne tłumaczenia. Dodatkowo, niewiedzy tej nie można sprowadzić tylko do samych zasad formalnych, gramatyki, składni itp. Język rozwija się w określonych warunkach. Dokładnie te same prądy, które wpływają na kształt narodu, obrabiają też swoim wpływem język, którym się ten naród posługuje. Ma tu znaczenie historia, geografia, religia, zwyczaje, kontakty z narodami sąsiednimi, i setki innych czynników. Z tego powodu słowo, które nawet oznacza dokładnie to samo, może nieść w sobie inny ładunek emocjonalny. Aby władać dobrze językiem należy choćby wyczuwać ten cały bagaż historyczno-kulturowy. W momencie, gdy dobry wojak Szwejk idzie do knajpy „Pod kielichem”, to jest to nawiązanie do średniowiecznych ruchów husyckich w Czechach, czyli puszczenie oka do czytelnika – Praga pamięta dalej ten zryw religijny, zwłaszcza będąc pod berłem Habsburskim. Dobrze, gdy tłumacz umieszcza tą informację w przypisie, ale żeby mógł to zrobić musi swobodnie poruszać się w kulturze, którą przekłada. Dlatego też najczęściej słaba znajomość rodzimego języka połączona jest z niewiedzą ogólną, brakiem świadomości o korzeniach swoich i swojego narodu.

Przetłumaczenie kilku prostych komunikatów czy zwrotów nie wymaga tak dogłębnej wiedzy i wyczucia. Im dalej jednak w las, tym gęściej od drzew. Oddanie książki o skomplikowanej tematyce tłumaczowi, który jej tematu uczy się równolegle z tłumaczeniem nie jest dobrym pomysłem. Natknąłem się wielokrotnie na przekłady, który obarczone były błędami wynikającymi z ewidentnej niewiedzy tłumacza w danej dziedzinie. Bywa, że w wyniku błędnego tłumaczenia drukowane są bzdury, łatwe do wychwycenia przez tych, którzy znają daną dziedzinę, oraz język obcy, z którego tłumaczono treść. Czasami ciężko wręcz mieć o to pretensję, nie można wymagać od ludzi wiedzy kompletnej i absolutnej, ale jest to forma przestrogi przed zbyt lekkomyślnymi tłumaczeniami „ze słownika” i bez kontekstu. W życiu codziennym można wpaść w dokładnie te same pułapki, co przy tłumaczeniu książek lub artykułów.

Tematyka samych tłumaczeń nie jest sprawą drugorzędna, czy tylko akademickim problemem. Jakość przekładu odpowiada za poprawne zrozumienie myśli autora. Dodatkowo, język w swojej funkcji nie służy jedynie do przekazywania najprostszych komunikatów typu: „zielone – jedź, czerwone – stój”. Za jego pomocą można budować struktury daleko wychodzące poza samą bezpośrednią treść. Wie to każdy, kto choć raz w życiu zachwycił się poezją. Często bywa tak, że już pojedyncze słowo wywraca, wykrzywia, lub podkreśla ogólny wydźwięk treści. W pierwszym, polskim tłumaczeniu Biblii pojawiło się ciekawe tłumaczenie łacińskich słów vir i virgo (mężczyzna i kobieta, lub mężczyzna i niewiasta [słowo kobieta było w dawnej polszczyźnie obraźliwe]). Autor chcąc oddać teologiczną prawdę o związaniu mężczyzny z kobietą, gdzie w łacinie odbija się to w podobieństwie obu słów, użył tłumaczenia mąż – mężyna. Słowo mężyna nie istniało w polszczyźnie tamtych czasów. Tłumaczowi jednak zależało tak mocno na pokreśleniu tej łączności, która przejawia się w łacinie, że posłużył się neologizmem. Uznał, że nawet odejście od poprawności synkretycznej (czyli od norm tworzących język) jest warte tego, by być wierniejszym semantyce oryginału (powiązaniu języka z treścią). Tekst religijny i zawarta w nim treść teologiczna to dość wysoka półka. Nie oznacza to jednak, że schodząc kilka poziomów niżej można zrezygnować z rozwagi przy tłumaczeniach, nawet takich dokonywanych w życiu codziennym, na potrzebę obsługi zwykłych aktywności.

Jedną z głównych różnić, które dzielą naród polski od angielskiego jest społeczne nawiązanie do historycznych wzorców. Równina środkowoeuropejska oraz ogrodzone morzem wyspy dawały zupełnie inne fundamenty pod budowę państwowości i organizacji społecznej. Budowa imperium opartego na kolonizacji i handlu, sprawiła że społeczeństwo przejęło etos mieszczański. Polskie społeczeństwo nie oparło się na filarach postawionych przez kupców, czy fabrykantów. Początkowo, byli oni spychani na margines życia politycznego przez ziemiaństwo, cieszące się pełnią swobód i przywilejów. Następnie, po utracie niepodległości, za broń złapała szlachta, a tamte lata dały bardzo mocne podwaliny pod budowę nowoczesnych narodów. Skutki są odczuwalne po dziś. Brak u nas tradycji i etosu w tych dziedzinach, którymi zajmowało się mieszczaństwo, nie budowano u nas pokoleniowych fortun, old money, nie mamy tradycji przemysłowych. I choć wszystkie grupy społeczne bardzo mocno się przetasowały w XX wieku, to dawne zasady i przyzwyczajenia do dziś mocno rezonują w społeczeństwach. W Polsce, szlachtę zastąpiły inne grupy społeczne, przejmując część jej norm i zasad. Oczywiście ma to swój wpływ też w samym języku, dlatego grzeczność wymaga, by zwracać się do rozmówcy per pan/pan, nawet jeżeli rozmówca nie panuje nad nikim i niczym, nawet nad swoim życiem. Tytuł „pana” należał się osobie o określonym statusie społecznym. Do chłopa mówiono per ty, lub wy. Wśród mieszczaństwa angielskiego (nie mowa tutaj o arystokracji) zasady te były mniej napięte. Dlatego w języku angielskim nie bulwersuje nikogo używanie formy you, nawet między przełożonym a pracownikiem. Powinno się jednak pamiętać, że wynika to z innego źródła, niż z ziemiańskiego folwarku i dlatego nawet tłumaczenie sobie takich zwrotów metodą słowo-słowo na język polski wcale nie oznacza braku szacunku. Do niedawna jeszcze w tłumaczeniach przekładano te bezpośrednie zwroty you na pani/pan. I wcale nie był to błąd. Równocześnie, nie ma potrzeby tłumaczenia na siłę naszych tytułów grzecznościowych na angielski. Nawet w sytuacjach formalnych mister/sir najczęściej zabrzmi zbyt pompatycznie. Równowaga tutaj jest bardzo delikatna, ale odpowiedni balans pomiędzy dosłownym (literalnym?) tłumaczeniem, a oddaniem sensu jest możliwy. Podparty musi być jednak świadomością tego skąd wywodzą się dane zwroty i jakie zasady ich użycia wykształciła dana kultura.

Z tego samego źródła, z kultury ziemiańskiej, wypływa i taka odnoga tradycji, w której samo pani/pan czasami nie wystarcza. Wiąże się to „tytułomanią” jaka była udziałem sarmackiej szlachty. Dziś często bywa dużym utrapieniem dla historyków, gdy w dokumentach widnieje długa lista tytułów i nazw piastowanych urzędów, a brak w nich samego nazwiska. Echa tych wymogów przebrzmiewają przecież i dziś w języku polskim, gdyż dla wielu ważne jest bardzo to, co widnieje przed nazwiskiem. Dyrektor, prezes, przewodniczący, minister, i tak dalej, żeby nie wspominać już o całej korporacyjnej, wizytówkowej hierarchii nazw stanowisk, czasami nawet bardzo zwykłych w swojej istocie. Stanowiska naprawdę poważne, takie jak szef rządu, lub głowa państwa swoją powagą wypierają nawet „pana”. O ile naturalnie brzmi „pan prezes”, czy „pan kierownik”, tak premier lub prezydent jest najczęściej tytułem jednoczłonowym. W publikacjach pada zwykle premier + nazwisko lub premier + imię + nazwisko, czasami samo imię i nazwisko, jakby sugerując, że zarówno powaga jak i nazwa urzędu jest powszechnie znana. W publicystyce angielskiej polska tytułomania nie wyznaczyła zasad, dlatego często pojawiają się określenia mniej formalne. I tutaj również, pojawia się pole do niezgrabnych tłumaczeń, nie oddających kulturowych i zwyczajowych norm.

W czasie długiej telenoweli negocjacji Brexitowych, temat ten był wracał co jakiś czas, jako główne wydarzenie danego okresu, w zależności od kolejnych tur i zwrotów akcji. Sprawa dotykała bezpośrednio wielu krajów, nic więc dziwnego, że Brexit komentowany był i oceniany w wielu stolicach europejskich. Na jednym z polskich portali internetowych pojawił się w czasie negocjacji artykuł; analiza i opis bieżącej sytuacji. Piszący, dla uproszczenia spawy i podania treści w sposób przyswajalny, przyjmują często pewne konwencje. W tamtym artykule cały proces zredukowano do przeciągania liny pomiędzy UE, a ówczesną premier Wielkiej Brytanii, Teresą May. Z tym, że „premier Wielkiej Brytanii” to już mój zapis. W artykule, kilka razy na akapit padało „pani May”. „Pani May negocjuje”, „pani May szuka poparcia”, „pani May..”, „pani May…”. To gryzło, ale zagadka tej koślawej formy, która mogła kłuć przewrażliwione oczy, została rozwiązana na końcu artykułu. Mianowice, znalazła się tam informacja, że artykuł został początkowo opublikowany na stronach Politico. Tłumacz bezrefleksyjnie tłumaczył anielskie sformułowanie Mrs May, jako pani May. Z formalnego, słownikowego, puntu widzenia, najzupełniej poprawnie. Ale niestety nie dodał do tłumaczenia specyfiki naszego języka, która urzędu premiera nie przedstawia samym tytułem „pani”. Mrs May jako premier May nie byłoby tłumaczeniem, które przekłada słowo do słowa. Byłby jednak tłumaczeniem bardziej naturalnym dla polskich zmysłów.

Innym, pokrewnym błędem, jest tłumaczenie nazw zawodów czy stanowisk. O ile w słowniku angielskie engineer tłumaczy się na inżynier, to te dwa słowa nie są sobie tożsame. Znów trzeba uwzględnić specyfikę obu krajów. Sam prestiż tytułu inżyniera uległ w Polsce pewnemu zdeprecjonowaniu, ale wciąż trzeba podjąć określony wysiłek, by uzyskać dyplom. Nie da się wstawić znaku równości między inżynierem Karwowskim, a dzisiejszym, świeżo upieczonym absolwentem Politechniki. Rzecz jednak w tym, że Politechnikę trzeba skończyć, a są to studia, które jednak zmuszają do wysiłku nauki dziedzin ścisłych i przekazują teorię z różnorakich rejonów nauk przyrodniczych. Angielski engineer to z kolei profesja wykonywana z powodzeniem po przeszkoleniu zawodowym, najczęściej w wąskiej, potrzebnej do skutecznej pracy, dziedzinie. W przypadku, gdy w Anglii do naprawy pralki wzywany jest engineer, z wielkim prawdopodobieństwem, nie chodzi tutaj o człowieka który spędził kilka semestrów na obliczaniu całek i kreśleniu rysunków technicznych, a już na pewno nie chodzi o konstruktora rakiet, czy samochodów. Naprawiający pralkę odpowiada bardziej polskiemu technikowi, specjaliście łączącemu krótszy wycinek wiedzy z dobrą praktyką i doświadczeniem.

Podobnie sprawa ma się ma oficerem. Polskie przysłowie: „nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera” jakiś czas temu się zdezaktualizowało. Dziś chęć szczera nie wystarczy. Po raz kolejny, tak jak w przykładzie powyżej, należy poświecić semestry nauki, by zdobyć oficerski patent. Powiedzenie to jednak bez problemu można odnieść do warunków angielskich. Osoba pracująca w ochronie może mieć za sobą odpowiednie szkolenie, ale tłumaczenie jej zawodu na polskie „oficer” jest bezsensowne. Po raz kolejny, by unikać pułapek, należy dość swobodnie poruszać się nie tylko w sferze samej semantyk językowej, trzeba również znać warunki przypisane językowi przez codzienne życie i zwyczaje. Sam język jest narzędziem, które wymaga podparcia i nakreślonego tła kultury. Ale jest to narzędzie wspaniałe, gdy jest opanowane bardzo dobrze, daje wielkie możliwości. Jednocześnie też karze zbytnią nonszalancję i głupotę. O tym w kolejnej części.

Autor: Andrzej Smoleń

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.