Przestroga zawarta w zakończeniu poprzedniej części nie jest rzucona bezmyślnie na wiatr. Języki nie są wieczne i wiele potwierdzających to stwierdzenie dowodów dostarcza nam historia. Część języków przepadła, gdyż wymierały ludy, które się nim posługiwały. To zagrożenie, w odpowiedniej skali czasowej, dotyczy i nas, ale groźniejsze jest rugowanie języka przez silniejsza kulturę. Ta część świata, w której położone jest państwo polskie, zapewnia wystarczającą ilość przykładów, które mogą stanowić przestrogę. Północno wschodnia część naszego kraju, to w połowie historyczne Prusy, podzielone pomiędzy Polskę i Rosję po II wojnie światowej. Prusacy, ci „prawdziwi”, przez długi czas opierali się chrystianizacji swoich ziem, czego szczególnym dowodem była misja św. Wojciecha. To, nie udało się dokonać w pokojowy sposób czeskiemu biskupowi, a później patronowi Polski, siłą wymusił zakon krzyżacki – ogniem i mieczem podporządkowując tereny Rzymowi. Napór niemieckiej kultury wzdłuż Bałtyku sprawił, że cywilizacyjnie słabsze ludy zatracały fundamenty swojej tożsamości. Język pruski został zastąpiony niemieckim, a same Prusy po wielu latach stały się siłą napędową zjednoczenia Niemiec. Podobnie sprawa miała się z Jaćwingami, plemieniem bałtyckim sąsiadującymi z Prusami, i ze Słowianami, również posiadającymi odrębny język. Tutaj również napór sąsiedniego, silniejszego organizmu państwowego dokonywał stopniowej erozji i narodu, i języka.

Nie zawsze jednak zanik języka musiał wiązać się z jedynie siłą i zaborem. O ile upadek Prusów i Jaćwingów dokonywał się w czasach Piastów, tak w za Jagiellonów, i za wolnych elekcji następowała stopniowa, pokojowa polonizacja Litwy. Korona zaniosła na Litwę organizację państwa i życia społecznego na wzór zachodni, ale w konsekwencji sprawiając, że elity Wielkiego Księstwa ciążyły ku kulturze Polskiej. Po wielu pokoleniach, potomkowie zarówno wielkich litewskich rodów, jak i pomniejsza szlachta, stali się gorącymi patriotami polskimi, czego nie zniszczyły nawet lata zaborów. Litwa biła się w powstaniach, traciła dorobek pokoleń, ginęła na Syberii dla sprawy Rzeczpospolitej. Litwini zresztą nie byli wyjątkiem, tak samo polonizowały się elity białoruskie i ukraińskie. Najlepszym przykładem jest tu ród Wiśniowieckich, Rusinów z krwi i kości. Książe Jeremi, znany z „Ogniem i mieczem”, potężny magnat kresowy przeszedł nawet z prawosławia na katolicyzm, by podkreślić gdzie bliżej mu kulturowo. I co ciekawe, w wyniku wolnej elekcji to Rusini (mowa tu o synu Jaremy – Michale Korybucie) doczekali się pierwsi króla, przed koroniarzami. Wskazuje to jak nici plątane przez możnych trzech narodów plątały się w wielki węzeł kulturowy i tożsamościowy.

Języki narodowe kresów Rzeczpospolitej zostały jednak wparte z życia publicznego, obowiązywał język polski i łacina. Gdy po wielu latach państwa te pojawiły się na mapach, musiały zarysować swoją tożsamość i znalazły ją, wraz z językiem w chłopskich chatach. Litewska, białoruska i ukraińska wieś były jedynymi miejscami, gdzie przetrwały narodowe języki. To na tym fundamencie musiano się oprzeć tworząc je niejako od nowa, bo przecież nie było zachowanej literatury, poezji, traktatów politycznych i filozoficznych. Przetrwał za to język żywy, ludowe pieśni, czy modlitwy. Z języka litewskiego zresztą, usuwano wielkie nagromadzenie polskich (lub od polskiego pochodzących) słów, zastępując je rodzimymi. To pokazuje jak daleko zaszedł proces osłabiania się języka litewskiego. Przetrwał, udało się go skutecznie reanimować, nie został z niego jedynie zbiór kilku tysięcy słów (jak to stało się w przypadku języka pruskiego), dziś jest językiem, którym posługuje się kilka milionów ludzi. Ale jest to przykład wyraźnie wykazujący, że wpływowa kultura, niesie ze sobą szeroki wpływ na wiele dziedzin ludzkiego życia, stopniowo zmienia rzeczywistość, przekształcając ludzi i ich zachowania.

Język nie jest wolny od takiego naporu. Dzisiejszy napór kultury anglosaskiej, który nie wynika z podboju, lub scalenia się państw, ale z globalizacji, kroczy tymi samymi, udeptanymi ścieżkami. Dzieła kultury, również te w wersji pop, to tylko piana na grzebiecie fali podmywającej brzeg. Książka, film, czy muzyka siłą rzeczy niesie ze sobą szerszy przekaz, rozumienie świata, czy normy postępowania. To wnika w odbiorce, czasami niedostrzegalnym, ale jednak ciągłym nurtem. Spotkać przecież można ludzi, którzy wyroki polskich sądów interpretują niczym orzecznictwo anglosaskie, opierające się na zasadzie precedensu. Łatwość z jaką zwracamy się do siebie na „ty”, też może być wynikiem adoptowania zasad wykształconych przez społeczeństwo odrzucające formalizmy. To wszystko przenika też do języka, szczególnie jeżeli język wpływowej kultury obsługuje cały aparat pojęciowy nowych technologii, nauki i pracy. To ogólne uwagi, które dotyczą w równej mierze Polaków na emigracji, jak i tych w kraju. Dla nas niestety, język jest czymś zauważalnie ważniejszym, gdyż pozwala na budowę tożsamości. Dlatego, nawet gdy na emigracji jest to trudniejsze, należy zdobyć się na jeszcze większy wysiłek w próbach zachowania tego dziedzictwa.

Autor: Andrzej Smoleń

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.