Henryk Sienkiewicz nowelę „Latarnik” oparł na prawdziwych zdarzeniach. Istniał pierwowzór postaci latarnika, polski emigrant, który podobnie jak jego literacki odpowiednik, stęskniony za ojczystą mową, zaczytał się w polskiej książce, zapomniał o bożym świecie i swoich obowiązkach. Piękny to przykład, zarówno w „oryginale”, jak i w Sienkiewiczowskiej wersji, emocjonalnej więzi łączącej język z szerszym pojęciem ojczyzny. Mniej znane, ale nie mniej ciekawe, jest opowiadanie „Wspomnienia z Maripozy”. Jest to historia opowiedziana Sienkiewiczowi przez innego emigranta, który przekazał ją pisarzowi już po lekturze „Latarnika”. W tej opowieści pojawia się inny polski emigrant, starszy człowiek, który przez wiele lat nie miał kontaktu z mówionym językiem polskim. Posiadał jednak Biblię Wujka, czyli pierwsze, polskie tłumaczenie, wydane w XVI wieku, którą regularnie czytał. Nie mając styczności z żywym językiem przez wiele lat przyswoił sobie styl i składnię zaczerpniętą z Biblii. Mówił stylem, podniosło-anarchicznym, niczym Piotr Skarga, co początkowo drażniło jego rozmówcę, a na końcu wzruszyło, gdy wyszedł na jaw powód tego prorockiego stylu.

Wielokrotnie już przypomniało mi się to opowiadanie, gdy słyszałem co potrafią wyprawiać rodacy nad Wisłą z naszym językiem. Wystarczyło 10 lat poza krajem, podparte minimalną wręcz dbałością o poprawną polszczyznę, by mieć czasami wrażenie, że mówię już w innym języku. „W ziemi dalekiej stężał język mój i związały się wargi moje…” – chciałbym niejednokrotnie powiedzieć, gdy używając też przecież na co dzień angielskiego, nie umiałbym tak mocno wtrącać zapożyczeń, i bezpośrednich, i przeinaczonych, do ojczystego języka. Ta dbałość zresztą ma bardzo przyziemne źródło; zależało mi, by dzieci mówiły poprawną polszczyzną. Zdając sobie sprawę, że to głownie w domu nasiąkną językiem, musiałem sam uważać, by nie przekazać im złych nawyków. Może to dlatego, podświadomie wręcz, uniknąłem takich dróg na skróty, które kaleczą dotkliwie język polski. Dlatego też „stężniał język mój” i przerażanie wielkie mnie ogarnia, gdy słyszę i czytam współczesne potworki językowe.

To nie przypadek, że pojawił się tutaj żal skierowany do polszczyzny wzorcowej – tej z Polski. Polonia na wyspach brytyjskich, jak i w każdym innym kraju na świecie, znajduję się w innej sytuacji, choć tutaj też wrażliwe ucho może drażnić przeplatanie wypowiedzi spolszczoną angielszczyzną. Emigrant, który chce się odciąć od korzeni, to zjawisko choć przykre, to jednak zrozumiałe. Gorzej, jeżeli jednak ktoś pragnie zachować ten element swojego dziedzictwa, a nie chce mu się nad nim popracować, lub nie czuję wagi zagadnienia. Taki błąd, popełniony mimochodem, jest tragiczniejszy w swoich skutkach niż świadomie podjęta decyzja o rezygnacji z korzystania z języka polskiego. Przy niezależnej, przemyślanej decyzji o odcinaniu więzi z Polską i polskością efekty takiego działania muszą być założone już na początku. Odpowiedzialność za skutki jest też wynikiem wyboru. Akcja – reakcja. Jeżeli jednak te same skutki są rezultatem zwykłego niedbalstwa, to może okazać się, że kolejne pokolenie straciło możliwość mówienie po polsku, tylko przez niefrasobliwość i błędy rodziców. Usłyszałem kiedyś zwrot, w którym ktoś został wezwany do uspokojenia się zwrotem „żeby skalmował”. I jakkolwiek nie rani mi to ucha, to jednak nie da się zabronić nikomu używania takich dziwacznych łamańców, polingliszowego słowotwórstwa, podobnie jak nie można zabronić, w ramach kuchni fusion,mieszkania kiszonej kapusty z mlekiem kokosowym. Trzeba skalmować. Dziecko jednak, osłuchane w takiej „polszczyźnie”, również – w najlepszym wypadku – skalmuje, wątpię, że się uspokoi.

Zakładam, że jeżeli ktokolwiek przeczyta ten felieton, będzie osobą, która używa polszczyzny w taki sposób, który mieści się w ramach przyzwoitości, a w ostateczności będzie to osoba umiejąca czytać cokolwiek dłuższego niż tweety. Takich osób owo pomieszanie z poplątaniem raczej nie dotyczy, bo nie mowa tutaj o jednostkowych wtrąceniach, czy wynikających z pośpiechu błędach. Bezmyślne i natarczywe mieszanie obu języków, hurtowe spolszczanie angielskich słów nie jest najczęściej problem tych, którzy chcą języka używać nie tylko jako środka komunikacji, ale tez transmisji kulturowej. Na szczęście te wstawki, przekręcone słowa, polskie końcówki w angielskich wyrazach, nasze, nadwiślańskie i tutejsze wulgaryzmy łączone dowolnie i przemiennie używane są zwykle na tyle śmieszne w odbiorze, że nie stanowią większego zagrożenia. Problemem natomiast jest lekkie, czasami nawet słabo zauważalne przemycanie angielszczyzny w języku polskim, i to tym używanym w Polsce. Postępowanie takie jest niebezpieczne dlatego, że w pewien sposób „legitymizuje” owe wtrącenia i zmiany. Gdzie w końcu szukać najlepszego wzorca języka, jak nie w Polsce? Na emigracji musi przecież z czasem się on musi zniekształcić, albo przez niedbałość, albo przez naturalną erozję spowodowaną używaniem na co dzień języka obcego. Patrząc w stronę Polski, niczym na Paryż z jego wzorcem długości metra, widzę jednak ten wzorzec zmieniony. Zmiany są dyskretne, ale można je dostrzec z odpowiedniej perspektywy. Nie da się zauważyć, że dziecko rośnie z dnia na dzień. Po roku jednak, kreska zaznaczona na framudze jest w zupełnie innym miejscu. A zmieniony wzorzec języka każe postawić pytanie. Kto przesadza? Czy ja, oczekując, że pozostanie on mniej rozchwiany? Czy rodacy, którzy tak lekkomyślne go rozcieńczają?

Dla osób z naszego kręgu kulturowego, które pragną nauczyć się orientalnego języka, często pierwszą przeszkodą, na której jedynie widok się wycofują jest alfabet. Szczególnie przerażające mogą być te rodzaje pisma, które nie operują dźwiękami, jak nasz alfabet łaciński, a są pewną formą piktogramów, które reprezentują pojęcia. Tak wygląda pismo w językach azjatyckich, gdzie należy wyszkolić się w znajomości tysięcy znaków, by móc posiąść umiejętność czytania i pisania. Taki system ma oczywiście swoje plusy. Jednym z nich jest możliwość czytania pojęć, bez konieczności przekładania ich z dźwięków. To powoduje, że pismo chińskie, przyswojone przez inne narody, mogło być przez nie używane i odczytywane bez znajomości samego chińskiego! Dlatego przez pewien czas we wschodniej Azji pełniło rolę(samo pismo, nie język) uniwersalną, podobną do roli łaciny w średniowiecznej Europie. Samymi znakami można też tworzyć delikatnie bardziej złożone struktury, które połączone oznaczają kolejne pojęcia. Na przykład chiński znaczek kobiety połączony ze znaczkiem dziecka oznacza dobrze, co jest zrozumiałe pod każdą szerokości geograficzną. Znaczek świni pod znaczkiem dachu oznacza z kolei dom, i tu już chyba do intuicyjnego zrozumienia tego pojęcia należy wzrosnąć bardziej w kulturę chińską.

W języku polski – w naszym piśmie – nie ma podobnych składanek, które na wzór klocków czy puzzli pozwalają na tworzenie struktur ze struktur, tzn. znaczków ze znaczków. Są jednak mechanizmy tworzenia słów, które łącza ze sobą pojęcia, wywodząc je z jednego źródła. Być może trzeba chęci, by je dostrzec, ale będąc używane, tworzą nawet w podświadomości, logiczne ścieżki łączące pojęcia. Kiedy mówię synowi, że jest rodowitym Polakiem, jest duża szansa, że połączy to słowo i jego znaczenie z „rodziną”, z „rodem”, „rodowodem”, z „narodzinami”. Samo słowo niesie już tutaj dość ważny przekaz. Fakt jego narodowości wynika z przynależności do rodziny, do szerszego zbiorowiska (rodu), w której znalazł się przez to, że się urodził. Nie musi to oznaczać, że jest to warunek jedyny i konieczny, by sam uznał się za Polaka, ale samo nazwanie go „rodowitym” pozwala ukazać szersze tło pojęciowe. Co jednak – gdy w tym samym czasie – widzę, że w samej Polsce, coraz szerzej używany jest zwrot „natywny”? Tu też widzę pewien ciąg przyczynowo-skutkowy. Wiem, że ktoś używający podobnego sformułowania jest dość dobrze obeznany z angielszczyzną i że milej mu w uchu brzmi zwrot „natywny”, zamiast „rodowity”. Dla wychowywanego na emigracji dziecka być może i nawet łatwiej byłoby przyswoić sobie słowo tak bliskie języka angielskiego. No i co zrobić w takiej sytuacji, gdyby to nieszczęsne „natywny” tak ubogaciło język polski, że wypierałoby skutecznie „rodowity”? Iść na łatwiznę i jednocześnie okrajać ojczysty język? Czy przeciwnie, uczyć tej bogatszej w znaczenie wersji, ryzykując tym samym, że polszczyzna uczona na emigracji stawać się będzie coraz to bardziej archaiczną?

Powyższy przykład, rodowity-natywny, nie jest jedynym. Z łatwością znaleźć można inne słowa, które wnikają do polszczyzny niosąc jedynie ładne, angielskie brzmienie. Brak im zakorzenienia i odwołania do szerokiego tła polszczyzny i jej pojęć. Słowo „równolegle” łączy w sobie dwa inne, które wskazują na to, że coś leży względem siebie równo. Oczywiście przekazać można to samo znaczenie mówiąc „paralelnie”, ale tym samym wydziera się temu pojęcie cały źródłosłów (czyż jakiekolwiek inne słowo mogło tu bardziej pasować?), całą pamięć o procesie układania i docierania się polszczyzny. Zagrożeniem jest tu jednak sam mechanizm, a nie pojedyncze przykłady. Mechanizm ten szczególnie jest niebezpieczny dla tych, którzy języka uczą się w ograniczonym otoczeniu. O ile w Polsce język polski dominuje w chyba każdej możliwej przestrzeni, tak na emigracji bardzo często jedynym środowiskiem, w którym następuję jego nauka i przyswajanie, jest dom rodzinny. Możliwe, że nad Wisłą legitymizowanie takich od-angielskich słów w języku polskim ma jedynie funkcję przejściowej mody i snobizmu. To samo zjawisko dla uczącego się za granicą dziecka może mieć skutki bardziej nieprzyjemne. Odbierze mu w jakiejś części możliwość dostrzeżenia powiązań między słowami, pojęciami, ich wzajemne relacje, a w związku z tym – możliwość odkrycia „między wierszami” ogromnych pokładów historii i kultury.

Autor: Andrzej Smoleń

Część 1: O języku polskim na emigracji – część 1 – język “żywy” i zapożyczenia

One thought on “O języku polskim na emigracji – część 2 – język emigracyjny, staropolski”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.