Day, ut ia pobrusa, a ti poziwai. Ten niepozorny zlepek liter to równocześnie jeden z najważniejszych zabytków polskiej kultury. Jest to pierwsze zapisane zdanie w naszym ojczystym języku. Umieszczono je w księdze henrykowskiej opactwa Cystersów, spisanej w XIII wieku. W transkrypcji zapisać to zdanie można dziś w sposób następujący: „Daj, ać ja pobruszę, a ty pocziwaj”, co tłumaczy się na język współczesny jako: „Daj, niech ja pomiele, a ty odpocznij”. Słowa te wypowiedział, według kronikarza, czeski rycerz Boguchwał do swojej żony, która pracowała przy żarnach. Są tacy złośliwcy, którzy twierdzą, że zdanie, skoro wygłoszone przez Czecha to padło w języku czeskim. W takim wypadku pierwszym znanym, zapisanym po polsku (przez Jana Długosza, dwieście lat później) zdaniem byłoby: „Gorze się nam stało!”, które padło z ust księcia Henryka Pobożnego, przed bitwą pod Legnicą. I gdyby uwzględnić jedynie ostatnie trzysta lat naszej historii, byłaby to całkiem zgrabna wróżba, lub klątwa wypowiedziana przez piastowskiego księcia, podsumowująca napór sił ze wschodu.

Zostawiając złośliwości na boku, ze zdania „Daj, ać ja pobruszę, a ty pocziwaj”, wyciągnąć można, nawet na szybko, kilka wniosków. Po pierwsze – doskonale widać tutaj podział prac domowych, mąż przyglądał się pracy małżonki przy żarnach. Po wtóre – cytowany rycerz był godzien swego miana, jak prawdziwy dżentelmen wyręczył damę przy ciężkiej pracy. Musiało być sytuacją tak niezwykłą, że aż godną odnotowania, i prawdopodobnie taki był zamysł kronikarza. Nie wskazywał jednak na szlachetność mężą, a raczej na pewien rodzaj średniowiecznego pantoflarstwa. Po trzecie, kończąc już żarty – analizując samo zdanie możemy być pewni, że słowa takie jak: day(daj), ia (ja), pobrusa(pobruszę), czy poziwai(pocziwaj) wchodziły w skład języka polskiego w 1274 roku. Analogicznie, dając palmę pierwszeństwa księciu Henrykowi Pobożnemu przed panem Boguchwałem, odnotować możemy, że XIII-wieczna polszczyzna zawierała w sobie słowa: „nam”, „gorze”, „stało się”. Nawet tak krótka analiza potwierdza słuszność twierdzenia prof. Bralczyka, że język nigdy nie ubożeje. Wystarczy dane słowo zapisać (zapis musi oczywiście przetrwać w choć jednej kopii), by stało się częścią języka polskiego. Z jednej strony to chłodzący okład na rozgrzane głowy tych, którzy załamują ręce nad współczesną polszczyzną i stopniem wpływu języka angielskiego. Z drugiej jednak… Nie wypada dyskutować z takimi autorytetami jak prof. Bralczyk komuś, kto źle, stawia, przecinki, a wręcz niebezpieczne jest brać się za bary z tak logicznymi stwierdzeniami, ale źle stałoby się, gdyby piękną polszczyzną mówili jedynie profesorowie polonistyki. Gorze nam też, gdyby takie na wskroś polskie słowa, jak dziąsło, źdźbło, trząść, przęsło, szargać, i wiele innych, stało się jedynie ciekawostką, zapisanym zabytkiem i historycznym elementem naszego języka w wyniku „wygładzania” naszych słów łatwiejszymi do wymówienia zapożyczeniami.

Nie jest to rzucona na wiatr przestroga. W artykule analizującym współczesny typ uzbrojenia, znalazłem taki fragment: „Z definicją walki, a przede wszystkim walki zbrojnej związane jest pojęcie niszczenia, czyli działania, którego cel jest destrukcyjny.” Proszę zauważyć, że polskie słowo „niszczyć” jest wyjaśniane za pomocą słowa, które weszło do polszczyzny jako zapożyczenie – z łaciny, dziś via angielski. Wskazywać to może, że rodzime słowo przestaje być intuicyjnie rozumiane przez odbiorcę, wymaga już podparcia nowszym pojęciem, przy okazji łatwiejszym do wymówienia, nie „szeleszczącym” po naszemu.

Argumentu, który wskazuje na ciągłe uzupełnianie języka przez dodawanie nowych pojęć, nie da się obalić z logicznego punktu widzenia. Nie jest to zresztą cecha przypisana jedynie polszczyźnie. Z dokładnie tego samego powodu, językiem, który jest obecnie najbardziej pojemny i który wytwarza największą ilość nowych słów jest język angielski. Związane jest to z faktem, że angielszczyzna stała się podstawowym, międzynarodowym językiem nauki, techniki i biznesu. Każde odkrycie, każde poszerzenie ludzkiej wiedzy i wprowadzanie nowych rozwiązań rodzi konieczność tworzenia nowych słów, czy pojęć w języku angielskim. Ten nieustanny dopływ nie przekłada się jednak w życiu codziennym na coraz to mocniejsze uplastycznianie języka. Nowe twory językowe używany w wąskim gronie specjalistów rzadko przebijają się do głównego nurtu angielszczyzny. W życiu codziennym, z zwykłych sytuacjach, gdzie mówi się o pogodzie i drożyźnie, nie ma potrzeby ciągłej nauki nowych słów. Podczas gdy cyfrowy słownik pojęć technicznych gromadzi przeszło 120 tysięcy pozycji angielsko-polskich, możliwość prowadzenia prostej, komunikatywnej rozmowy w języku obcym wymaga znajomości około 2-4 tysięcy słów. To doskonały przykład pokazujący różnicę między teoretycznym i praktycznym zbiorem słów. Pierwszy z nich zawierają różne formy utrwalania ludzkich myśli: gliniane i kamienne tablice, biblioteczne zbiory książek i dokumentów, twarde dyski komputerów. Ten drugi jest częścią tworzywa również bardzo pojemnego, ale nie wiecznego i przeznaczonego również do wielu innych zadań. Z tego właśnie powodu, zbiór zapisany w ludzkim mózgu, używany jest w języku żywym, służącym do komunikacji codziennej i opiera się na skromniejszym zasobie.

Rzymski cesarz Klaudiusz, był ostatnią, znaną w historii osobą, która władała językiem etruskim. Nie był nigdy przewidywany jako następca tronu, dlatego też młodość spędził na badaniach historycznych. Można sobie jedynie wyobrażać satysfakcję, jaką odczuwał ze świadomości, że jest jedyną osobą na świecie mówiącą po etrusku. Ale język ten skazany musiał być na zapomnienie, był już martwy wtedy, gdy cesarz Klaudiusz mógł prowadzić po ertusku dialogi jedynie z samym sobą. Teoretycznie jednak, dopóki żył, mógł jeszcze uratować ten język. Żona Klaudiusza trując go popełniła zbrodnię w trójnasób. Popełniła mężobójstwo, zabiła cesarza rzymskiego i ostatecznie pogrzebała znajomość języka etruskiego. Dlatego też język ma szansę trwać wtedy, gdy używany jest przez ludzi z krwi i kości, w sytuacjach codziennych i zwyczajnych. Wskrzeszanie co jakiś czas języków historycznych to zwykle reanimacja rozpaczliwa i dająca chwilowe efekty. Między innymi też z tego powodu, że tak jak i życie organiczne, język również potrzebuje rozwoju, dostosowania się do kolejnych epok i powolnych przemian. W odpowiedniej skali jest to dobry proces, świadczączy o żywotności języka. Jednak niekontrolowane namnażanie się złych komórek powoduję nowotwory, czasami nawet złośliwe.

Słowo „poziwai” – „poczywaj” (odpocznij) jest elementem nie tylko polszczyzny, ale i naszego dziedzictwa kulturowego. Ale używane jest tylko i wyłącznie w tym kontekście – jako zabytek. I jak wiele innych zabytków nie służy do wykorzystywania na co dzień. Ma przypominać o ciągłości dorobku, który naród wytworzył swoim wysiłkiem przez całe wieki. Pojęcie „polszczyzna” ma dość szerokie granice. Zawiera ona zabytki naszego języka, w postaci cytatów z księgi henrykowskiej, kroniki Długosza, czy tekstu Bogarodzicy. Ale obejmuje też język literacki i poezję wielu wieków, zachowuje pamięć o historii rozwoju języka, jego gramatyki i ortografii. To oczywiście nie koniec, bo składa się też z dziesiątek regionalizmów, gwar, slangów, języków branżowych. W tym ujęciu, współczesny, żywy język polski to zaledwie wycinek szerokiej całości. Dlatego też, pojedyncze zapożyczenia czy przekształcanie słów z obcego języka nie czynią wielkiej krzywdy całej polszczyźnie. Inaczej sprawa może się przedstawiać, gdy weźmiemy pod uwagę jedynie współczesny język, który używany jest w mediach, czy przestrzeni publicznej. Tutaj zakres zawęża się. Zwykła rozmowa, debata, felieton, czy wpis w mediach społecznościowych nie wymagają użycia dziesiątek tysięcy słów. Limit jest tu postawiony znaczenie niżej, ale zarazem powoduje to, że zapożyczenia mogą stać się bardziej zauważalne. To, co nie ma wpływu na polszczyznę całościowo, może ważyć o wiele więcej w codziennym, zwykłym posługiwaniu się językiem.

Nie jest to oczywiście sprawa nowa i dotykająca jedynie współczesnych Polaków. Przez długie lata uniwersalnym językiem Europy była łacina. To w niej pisano, prowadzono korespondencję, spisywano dokumenty. Wspomniana księgą henrykowska zawiera jedno zdanie po polsku dlatego, że pozostała część wypełniona została łaciną. Po łacinie traktaty wojskowe pisali polscy hetmani. Sięgając po „Pamiętniki” Jana Chryzostoma Paska, czasami porażać może nagromadzenie makaronizmów, czyli wtrąceń wprost po łacinie. Ma to skutki do dziś, bo niebagatelna część łaciny przeniknęła do języka polskiego, jak zresztą do każdego języka z naszego kręgu kulturowego. Mniejszy, choć też zauważalny wpływ miała greka, najczęściej w obrębie nauk. To z greckiego słowotwórstwa wywodzą się wszystkie nauki: -logie, ale też i nasze strachy; -fobie. Niemiecki język miał wpływ na słownictwo w obszarze kształtowania się miast (dzięki prawu magdeburskiemu), np. ratusz wywodzi się z niemieckiego słowa Rathaus, lub w obszarze techniki i rzemiosła. Jest to kolejna, charakterystyczna cecha języka, który ma szczęście pozostawać w użyciu. Jego forma nie pozostaje skostniała i nienaruszalna, bo używają go ludzie, którzy potrzebują dynamiki do samego życia. Potrzebują interakcji z innymi, nowych doświadczeń, wymiany myśli. Przenikanie i wrastnianie się obcych form językowych jest nieuniknione. Jest to wręcz zjawisko pozytywne, świadczy o trwaniu języka w obiegu. Negatywna natomiast może być skala zaszczepiania w polszczyźnie języka angielskiego. Ale jeszcze bardziej negatywny może być sposób, w jaki jest ten proces przeprowadzany – bezmyślnie i barbarzyńsko wręcz kaleczący język, nie tylko na poziomie jego formalnej warstwy. Bo raniona zostaje też więź między jego formą, a treścią. A to już ma konsekwencje bardzo poważne.

Autor : Andrzej Smoleń

Ten i inne teksty autora na stronie: http://emigraniada.com

2 thoughts on “O języku polskim na emigracji – część 1 – język “żywy” i zapożyczenia”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.