Język żywy

Day, ut ia pobrusa, a ti poziwai. Ten niepozorny zlepek liter to równocześnie jeden z najważniejszych zabytków polskiej kultury. Jest to pierwsze zapisane zdanie w naszym ojczystym języku. Umieszczono je w księdze henrykowskiej opactwa Cystersów, spisanej w XIII wieku. W transkrypcji zapisać to zdanie można dziś w sposób następujący: „Daj, ać ja pobruszę, a ty pocziwaj”, co tłumaczy się na język współczesny jako: „Daj, niech ja pomielę, a ty odpocznij”. Słowa te wypowiedział, według kronikarza, czeski rycerz Boguchwał do swojej żony, która pracowała przy żarnach. Są tacy złośliwcy, którzy twierdzą, że zdanie, skoro wygłoszone przez Czecha to padło w języku czeskim. W takim wypadku pierwszym znanym, zapisanym po polsku (przez Jana Długosza, dwieście lat później) zdaniem byłoby: „Gorze się nam stało!”, które padło z ust księcia Henryka Pobożnego, przed bitwą pod Legnicą. I gdyby uwzględnić jedynie ostatnie trzysta lat naszej historii, byłaby to całkiem zgrabna wróżba, lub klątwa wypowiedziana przez piastowskiego księcia, podsumowująca napór sił ze wschodu.

Zostawiając złośliwości na boku, ze zdania „Daj, ać ja pobruszę, a ty pocziwaj”, wyciągnąć można, nawet na szybko, kilka wniosków. Po pierwsze – doskonale widać tutaj podział prac domowych, mąż przyglądał się pracy małżonki przy żarnach. Po wtóre – cytowany rycerz był godzien swego miana, jak prawdziwy dżentelmen wyręczył damę przy ciężkiej pracy. Musiało być sytuacją tak niezwykłą, że aż godną odnotowania, i prawdopodobnie taki był zamysł kronikarza. Nie wskazywał jednak na szlachetność męża, a raczej na pewien rodzaj średniowiecznego pantoflarstwa. Po trzecie, kończąc już żarty – analizując samo zdanie możemy być pewni, że słowa takie jak: day(daj), ia (ja), pobrusa(pobruszę), czy poziwai(pocziwaj) wchodziły w skład języka polskiego w 1274 roku. Analogicznie, dając palmę pierwszeństwa księciu Henrykowi Pobożnemu przed panem Boguchwałem, odnotować możemy, że XIII-wieczna polszczyzna zawierała w sobie słowa: „nam”, „gorze”, „stało się”. Nawet tak krótka analiza potwierdza słuszność twierdzenia prof. Bralczyka, że język nigdy nie ubożeje. Wystarczy dane słowo zapisać (zapis musi oczywiście przetrwać w choć jednej kopii), by stało się częścią języka polskiego. Z jednej strony to chłodzący okład na rozgrzane głowy tych, którzy załamują ręce nad współczesną polszczyzną i stopniem wpływu języka angielskiego. Z drugiej jednak… Nie wypada dyskutować z takimi autorytetami jak prof. Bralczyk komuś, kto źle, stawia, przecinki, a wręcz niebezpieczne jest brać się za bary z tak logicznymi stwierdzeniami, ale źle stałoby się, gdyby piękną polszczyzną mówili jedynie profesorowie polonistyki. Gorze nam też, gdyby takie na wskroś polskie słowa, jak dziąsło, źdźbło, trząść, przęsło, szargać, i wiele innych, stało się jedynie ciekawostką, zapisanym zabytkiem i historycznym elementem naszego języka w wyniku „wygładzania” naszych słów łatwiejszymi do wymówienia zapożyczeniami.

Nie jest to rzucona na wiatr przestroga. W artykule analizującym współczesny typ uzbrojenia, znalazłem taki fragment: „Z definicją walki, a przede wszystkim walki zbrojnej związane jest pojęcie niszczenia, czyli działania, którego cel jest destrukcyjny.” Proszę zauważyć, że polskie słowo „niszczyć” jest wyjaśniane za pomocą słowa, które weszło do polszczyzny jako zapożyczenie – z łaciny, dziś via angielski. Wskazywać to może, że rodzime słowo przestaje być intuicyjnie rozumiane przez odbiorcę, wymaga już podparcia nowszym pojęciem, przy okazji łatwiejszym do wymówienia, nie „szeleszczącym” po naszemu.

Argumentu, który wskazuje na ciągłe uzupełnianie języka przez dodawanie nowych pojęć, nie da się obalić z logicznego punktu widzenia. Nie jest to zresztą cecha przypisana jedynie polszczyźnie. Z dokładnie tego samego powodu, językiem, który jest obecnie najbardziej pojemny i który wytwarza największą ilość nowych słów jest język angielski. Związane jest to z faktem, że angielszczyzna stała się podstawowym, międzynarodowym językiem nauki, techniki i biznesu. Każde odkrycie, każde poszerzenie ludzkiej wiedzy i wprowadzanie nowych rozwiązań rodzi konieczność tworzenia nowych słów, czy pojęć w języku angielskim. Ten nieustanny dopływ nie przekłada się jednak w życiu codziennym na coraz to mocniejsze uplastycznianie języka. Nowe twory językowe używany w wąskim gronie specjalistów rzadko przebijają się do głównego nurtu angielszczyzny. W życiu codziennym, z zwykłych sytuacjach, gdzie mówi się o pogodzie i drożyźnie, nie ma potrzeby ciągłej nauki nowych słów. Podczas gdy cyfrowy słownik pojęć technicznych gromadzi przeszło 120 tysięcy pozycji angielsko-polskich, możliwość prowadzenia prostej, komunikatywnej rozmowy w języku obcym wymaga znajomości około 2-4 tysięcy słów. To doskonały przykład pokazujący różnicę między teoretycznym i praktycznym zbiorem słów. Pierwszy z nich zawierają różne formy utrwalania ludzkich myśli: gliniane i kamienne tablice, biblioteczne zbiory książek i dokumentów, twarde dyski komputerów. Ten drugi jest częścią tworzywa również bardzo pojemnego, ale nie wiecznego i przeznaczonego również do wielu innych zadań. Z tego właśnie powodu, zbiór zapisany w ludzkim mózgu, używany jest w języku żywym, służącym do komunikacji codziennej i opiera się na skromniejszym zasobie.

Rzymski cesarz Klaudiusz, był ostatnią, znaną w historii osobą, która władała językiem etruskim. Nie był nigdy przewidywany jako następca tronu, dlatego też młodość spędził na badaniach historycznych. Można sobie jedynie wyobrażać satysfakcję, jaką odczuwał ze świadomości, że jest jedyną osobą na świecie mówiącą po etrusku. Ale język ten skazany musiał być na zapomnienie, był już martwy wtedy, gdy cesarz Klaudiusz mógł prowadzić po ertusku dialogi jedynie z samym sobą. Teoretycznie jednak, dopóki żył, mógł jeszcze uratować ten język. Żona Klaudiusza trując go popełniła zbrodnię w trójnasób. Popełniła mężobójstwo, zabiła cesarza rzymskiego i ostatecznie pogrzebała znajomość języka etruskiego. Dlatego też język ma szansę trwać wtedy, gdy używany jest przez ludzi z krwi i kości, w sytuacjach codziennych i zwyczajnych. Wskrzeszanie co jakiś czas języków historycznych to zwykle reanimacja rozpaczliwa i dająca chwilowe efekty. Między innymi też z tego powodu, że tak jak i życie organiczne, język również potrzebuje rozwoju, dostosowania się do kolejnych epok i powolnych przemian. W odpowiedniej skali jest to dobry proces, świadczący o żywotności języka. Jednak niekontrolowane namnażanie się złych komórek powoduję nowotwory, czasami nawet złośliwe.

Słowo „poziwai” – „poczywaj” (odpocznij) jest elementem nie tylko polszczyzny, ale i naszego dziedzictwa kulturowego. Ale używane jest tylko i wyłącznie w tym kontekście – jako zabytek. I jak wiele innych zabytków nie służy do wykorzystywania na co dzień. Ma przypominać o ciągłości dorobku, który naród wytworzył swoim wysiłkiem przez całe wieki. Pojęcie „polszczyzna” ma dość szerokie granice. Zawiera ona zabytki naszego języka, w postaci cytatów z księgi henrykowskiej, kroniki Długosza, czy tekstu Bogarodzicy. Ale obejmuje też język literacki i poezję wielu wieków, zachowuje pamięć o historii rozwoju języka, jego gramatyki i ortografii. To oczywiście nie koniec, bo składa się też z dziesiątek regionalizmów, gwar, slangów, języków branżowych. W tym ujęciu, współczesny, żywy język polski to zaledwie wycinek szerokiej całości. Dlatego też, pojedyncze zapożyczenia czy przekształcanie słów z obcego języka nie czynią wielkiej krzywdy całej polszczyźnie. Inaczej sprawa może się przedstawiać, gdy weźmiemy pod uwagę jedynie współczesny język, który używany jest w mediach, czy przestrzeni publicznej. Tutaj zakres zawęża się. Zwykła rozmowa, debata, felieton, czy wpis w mediach społecznościowych nie wymagają użycia dziesiątek tysięcy słów. Limit jest tu postawiony znaczenie niżej, ale zarazem powoduje to, że zapożyczenia mogą stać się bardziej zauważalne. To, co nie ma wpływu na polszczyznę całościowo, może ważyć o wiele więcej w codziennym, zwykłym posługiwaniu się językiem.

Nie jest to oczywiście sprawa nowa i dotykająca jedynie współczesnych Polaków. Przez długie lata uniwersalnym językiem Europy była łacina. To w niej pisano, prowadzono korespondencję, spisywano dokumenty. Wspomniana księgą henrykowska zawiera jedno zdanie po polsku dlatego, że pozostała część wypełniona została łaciną. Po łacinie traktaty wojskowe pisali polscy hetmani. Sięgając po „Pamiętniki” Jana Chryzostoma Paska, czasami porażać może nagromadzenie makaronizmów, czyli wtrąceń wprost po łacinie. Ma to skutki do dziś, bo niebagatelna część łaciny przeniknęła do języka polskiego, jak zresztą do każdego języka z naszego kręgu kulturowego. Mniejszy, choć też zauważalny wpływ miała greka, najczęściej w obrębie nauk. To z greckiego słowotwórstwa wywodzą się wszystkie nauki: -logie, ale też i nasze strachy; -fobie. Niemiecki język miał wpływ na słownictwo w obszarze kształtowania się miast (dzięki prawu magdeburskiemu), np. ratusz wywodzi się z niemieckiego słowa Rathaus, lub w obszarze techniki i rzemiosła. Jest to kolejna, charakterystyczna cecha języka, który ma szczęście pozostawać w użyciu. Jego forma nie pozostaje skostniała i nienaruszalna, bo używają go ludzie, którzy potrzebują dynamiki do samego życia. Potrzebują interakcji z innymi, nowych doświadczeń, wymiany myśli. Przenikanie i wrastanie się obcych form językowych jest nieuniknione. Jest to wręcz zjawisko pozytywne, świadczy o trwaniu języka w obiegu. Negatywna natomiast może być skala zaszczepiania w polszczyźnie języka angielskiego. Ale jeszcze bardziej negatywny może być sposób, w jaki jest ten proces przeprowadzany – bezmyślnie i barbarzyńsko wręcz kaleczący język, nie tylko na poziomie jego formalnej warstwy. Bo raniona zostaje też więź między jego formą, a treścią. A to już ma konsekwencje bardzo poważne.

Emigracyjny staropolski

Henryk Sienkiewicz nowelę „Latarnik” oparł na prawdziwych zdarzeniach. Istniał pierwowzór postaci latarnika, polski emigrant, który podobnie jak jego literacki odpowiednik, stęskniony za ojczystą mową, zaczytał się w polskiej książce, zapomniał o bożym świecie i swoich obowiązkach. Piękny to przykład, zarówno w „oryginale”, jak i w Sienkiewiczowskiej wersji, emocjonalnej więzi łączącej język z szerszym pojęciem ojczyzny. Mniej znane, ale nie mniej ciekawe, jest opowiadanie „Wspomnienia z Maripozy”. Jest to historia opowiedziana Sienkiewiczowi przez innego emigranta, który przekazał ją pisarzowi już po lekturze „Latarnika”. W tej opowieści pojawia się inny polski emigrant, starszy człowiek, który przez wiele lat nie miał kontaktu z mówionym językiem polskim. Posiadał jednak Biblię Wujka, czyli pierwsze, polskie tłumaczenie, wydane w XVI wieku, którą regularnie czytał. Nie mając styczności z żywym językiem przez wiele lat przyswoił sobie styl i składnię zaczerpniętą z Biblii. Mówił stylem, podniosło-anarchicznym, niczym Piotr Skarga, co początkowo drażniło jego rozmówcę, a na końcu wzruszyło, gdy wyszedł na jaw powód tego prorockiego stylu.

Wielokrotnie już przypomniało mi się to opowiadanie, gdy słyszałem co potrafią wyprawiać rodacy nad Wisłą z naszym językiem. Wystarczyło 10 lat poza krajem, podparte minimalną wręcz dbałością o poprawną polszczyznę, by mieć czasami wrażenie, że mówię już w innym języku. „W ziemi dalekiej stężał język mój i związały się wargi moje…” – chciałbym niejednokrotnie powiedzieć, gdy używając też przecież na co dzień angielskiego, nie umiałbym tak mocno wtrącać zapożyczeń, i bezpośrednich, i przeinaczonych, do ojczystego języka. Ta dbałość zresztą ma bardzo przyziemne źródło; zależało mi, by dzieci mówiły poprawną polszczyzną. Zdając sobie sprawę, że to głownie w domu nasiąkną językiem, musiałem sam uważać, by nie przekazać im złych nawyków. Może to dlatego, podświadomie wręcz, uniknąłem takich dróg na skróty, które kaleczą dotkliwie język polski. Dlatego też „stężniał język mój” i przerażanie wielkie mnie ogarnia, gdy słyszę i czytam współczesne potworki językowe.

To nie przypadek, że pojawił się tutaj żal skierowany do polszczyzny wzorcowej – tej z Polski. Polonia na wyspach brytyjskich, jak i w każdym innym kraju na świecie, znajduję się w innej sytuacji, choć tutaj też wrażliwe ucho może drażnić przeplatanie wypowiedzi spolszczoną angielszczyzną. Emigrant, który chce się odciąć od korzeni, to zjawisko choć przykre, to jednak zrozumiałe. Gorzej, jeżeli jednak ktoś pragnie zachować ten element swojego dziedzictwa, a nie chce mu się nad nim popracować, lub nie czuję wagi zagadnienia. Taki błąd, popełniony mimochodem, jest tragiczniejszy w swoich skutkach niż świadomie podjęta decyzja o rezygnacji z korzystania z języka polskiego. Przy niezależnej, przemyślanej decyzji o odcinaniu więzi z Polską i polskością efekty takiego działania muszą być założone już na początku. Odpowiedzialność za skutki jest też wynikiem wyboru. Akcja – reakcja. Jeżeli jednak te same skutki są rezultatem zwykłego niedbalstwa, to może okazać się, że kolejne pokolenie straciło możliwość mówienie po polsku, tylko przez niefrasobliwość i błędy rodziców. Usłyszałem kiedyś zwrot, w którym wezwano do uspokojenia się zwrotem „skalmował”. I jakkolwiek nie rani to ucha, to jednak nie da się zabronić nikomu używania takich dziwacznych łamańców, polingliszowego słowotwórstwa, podobnie jak nie można zabronić, w ramach kuchni fusion, mieszkania kiszonej kapusty z mlekiem kokosowym. Trzeba skalmować. Dziecko jednak, osłuchane w takiej „polszczyźnie”, również – w najlepszym wypadku – skalmuje, wątpię, że się uspokoi.

Zakładam, że każdy czytający niniejszy esej, będzie osobą, która używa polszczyzny w taki sposób, który mieści się w ramach przyzwoitości, a w ostateczności będzie to ktoś umiejący czytać cokolwiek dłuższego niż tweety. Takich osób owo pomieszanie z poplątaniem raczej nie dotyczy, bo nie mowa tutaj o jednostkowych wtrąceniach, czy wynikających z pośpiechu błędach. Bezmyślne i natarczywe mieszanie obu języków, hurtowe spolszczanie angielskich słów nie jest najczęściej problem tych, którzy chcą języka używać nie tylko jako środka komunikacji, ale tez transmisji kulturowej. Na szczęście te wstawki, przekręcone słowa, polskie końcówki w angielskich wyrazach, nasze, nadwiślańskie i tutejsze wulgaryzmy łączone dowolnie i przemiennie używane są zwykle na tyle śmieszne w odbiorze, że nie stanowią większego zagrożenia. Problemem natomiast jest lekkie, czasami nawet słabo zauważalne przemycanie angielszczyzny w języku polskim, i to tym używanym w Polsce. Postępowanie takie jest niebezpieczne dlatego, że w pewien sposób „legitymizuje” owe wtrącenia i zmiany. Gdzie w końcu szukać najlepszego wzorca języka, jak nie w Polsce? Na emigracji musi przecież z czasem się on musi zniekształcić, albo przez niedbałość, albo przez naturalną erozję spowodowaną używaniem na co dzień języka obcego. Patrząc w stronę Polski, niczym na Paryż z jego wzorcem długości metra, widzę jednak ten wzorzec zmieniony. Zmiany są dyskretne, ale można je dostrzec z odpowiedniej perspektywy. Nie da się zauważyć, że dziecko rośnie z dnia na dzień. Po roku jednak, kreska zaznaczona na framudze jest w zupełnie innym miejscu. A zmieniony wzorzec języka każe postawić pytanie. Kto przesadza? Czy ja, oczekując, że pozostanie on mniej rozchwiany? Czy rodacy, którzy tak lekkomyślne go rozcieńczają?

Dla osób z naszego kręgu kulturowego, które pragną nauczyć się orientalnego języka, często pierwszą przeszkodą, na której jedynie widok się wycofują jest alfabet. Szczególnie przerażające mogą być te rodzaje pisma, które nie operują dźwiękami, jak nasz alfabet łaciński, a są pewną formą piktogramów, które reprezentują pojęcia. Tak wygląda pismo w językach azjatyckich, gdzie należy wyszkolić się w znajomości tysięcy znaków, by móc posiąść umiejętność czytania i pisania. Taki system ma oczywiście swoje plusy. Jednym z nich jest możliwość czytania pojęć, bez konieczności przekładania ich z dźwięków. To powoduje, że pismo chińskie, przyswojone przez inne narody, mogło być przez nie używane i odczytywane bez znajomości samego chińskiego! Dlatego przez pewien czas we wschodniej Azji pełniło rolę(samo pismo, nie język) uniwersalną, podobną do roli łaciny w średniowiecznej Europie. Samymi znakami można też tworzyć delikatnie bardziej złożone struktury, które połączone oznaczają kolejne pojęcia. Na przykład chiński znaczek kobiety połączony ze znaczkiem dziecka oznacza dobrze, co jest zrozumiałe pod każdą szerokości geograficzną. Znaczek świni pod znaczkiem dachu oznacza z kolei dom, i tu już chyba do intuicyjnego zrozumienia tego połącznie należy wzrosnąć bardziej w kulturę chińską.

W języku polski – w naszym piśmie – nie ma podobnych składanek, które na wzór klocków czy puzzli pozwalają na tworzenie struktur ze struktur, tzn. znaczków ze znaczków. Są jednak mechanizmy tworzenia słów, które łącza ze sobą pojęcia, wywodząc je z jednego źródła. Być może trzeba chęci, by je dostrzec, ale będąc używane, tworzą nawet w podświadomości, logiczne ścieżki łączące pojęcia. Kiedy mówię synowi, że jest rodowitym Polakiem, jest duża szansa, że połączy to słowo i jego znaczenie z „rodziną”, z „rodem”, „rodowodem”, z „narodzinami”. Samo słowo niesie już tutaj dość ważny przekaz. Fakt jego narodowości wynika z przynależności do rodziny, do szerszego zbiorowiska (rodu), w której znalazł się przez to, że się urodził. Nie musi to oznaczać, że jest to warunek jedyny i konieczny, by sam uznał się za Polaka, ale samo nazwanie go „rodowitym” pozwala ukazać szersze tło pojęciowe. Co jednak – gdy w tym samym czasie – widzę, że w samej Polsce, coraz szerzej używany jest zwrot „natywny”? Tu też widzę pewien ciąg przyczynowo-skutkowy. Wiem, że ktoś używający podobnego sformułowania jest dość dobrze obeznany z angielszczyzną i że milej mu w uchu brzmi zwrot „natywny”, zamiast „rodowity”. Dla wychowywanego na emigracji dziecka być może i nawet łatwiej byłoby przyswoić sobie słowo tak bliskie języka angielskiego. No i co zrobić w takiej sytuacji, gdyby to nieszczęsne „natywny” tak ubogaciło język polski, że wypierałoby skutecznie „rodowity”? Iść na łatwiznę i jednocześnie okrajać ojczysty język? Czy przeciwnie, uczyć tej bogatszej w znaczenie wersji, ryzykując tym samym, że polszczyzna uczona na emigracji stawać się będzie coraz to bardziej archaiczną?

Powyższy przykład, rodowity-natywny, nie jest jedynym. Z łatwością znaleźć można inne słowa, które wnikają do polszczyzny niosąc jedynie ładne, angielskie brzmienie. Brak im zakorzenienia i odwołania do szerokiego tła polszczyzny i jej pojęć. Słowo „równolegle” łączy w sobie dwa inne, które wskazują na to, że coś leży względem siebie równo. Oczywiście przekazać można to samo znaczenie mówiąc „paralelnie”, ale tym samym wydziera się temu pojęcie cały źródłosłów (czyż jakiekolwiek inne słowo mogło tu bardziej pasować?), całą pamięć o procesie układania i docierania się polszczyzny. Zagrożeniem jest tu jednak sam mechanizm, a nie pojedyncze przykłady. Mechanizm ten szczególnie jest niebezpieczny dla tych, którzy języka uczą się w ograniczonym otoczeniu. O ile w Polsce język polski dominuje w chyba każdej możliwej przestrzeni, tak na emigracji bardzo często jedynym środowiskiem, w którym następuję jego nauka i przyswajanie, jest dom rodzinny. Możliwe, że nad Wisłą legitymizowanie takich od-angielskich słów w języku polskim ma jedynie funkcję przejściowej mody i snobizmu. To samo zjawisko dla uczącego się za granicą dziecka może mieć skutki bardziej nieprzyjemne. Odbierze mu w jakiejś części możliwość dostrzeżenia powiązań między słowami, pojęciami, ich wzajemne relacje, a w związku z tym – możliwość odkrycia „między wierszami” ogromnych pokładów historii i kultury.

Modne słowa i idiomy

Jeżeli można stopniować krzywdy wyrządzane językowi to opisane w poprzednich częściach przykłady są grzechami lekkimi. Pozostają takimi dopóki podmieniane słowo wyraża to samo, dopóki nie zostaje zachwiana semantyczna więź pomiędzy słowem, a opisywaną rzeczywistością. Wystarczy znać znaczenie wyrazu paralelnie, by zrozumieć, że chodzi tu o to samo pojęcie, które wyraża się słowem „równolegle”. Podobnie zresztą jest tu z innym przykładem użytym poprzednio: rodowity – natywny. Ale tak samo sprawa ma się z szacowaniem zastąpionym estymacją. I predykcją lub antycypacją zamiast przewidywań lub założeń. Rekomendacje w miejsce zaleceń? Też przecież nie sprawiają problemu. Do tego zastrzyki, które stają się iniekcjami, lub szczepienie wakcynacją. I tak dalej… Oprócz samego problemu wszczepiania nowego słowa, nie zachodzi tu zjawisko, które docelowo (finalnie?) wywołać może dezorientację (konfuzję?), co do zawartości (kontentu?). Próby wtrąceń, które tą granicę przekraczają są już grzechem śmiertelnym względem polszczyzny.

Jednym z praźródeł wielu nieporozumień jest wspólne zakorzenienie narowów europejskich we wspólnej kulturze. Choć Europy nie udało się nigdy zjednoczyć w pełni, istniały takie prądy, które zbliżały europejskie narody do tego celu. Okresem takim było np. średniowiecze, łączące chrześcijańskie narody w uniwersalizmie wiary i języka, ale też i w dużym stopniu w politycznej równowadze. Dominującym językiem kultury była wtedy łacina, która wsiąknęła do chyba wszystkich języków europejskich, pozostawiając w niej swój trwały ślad, tym bardziej że jeszcze długo odbijała się swoich echem w kolejnych epokach. A echo to nie wybrzmiewało jedynie w katedrach, ale odzywało się też i na uniwersytetach i w budynkach urzędowych. Przedwojenna matura obejmowała również egzamin z łaciny, do niedawna jeszcze była wymagana w nauce zawodu lekarza, czy prawnika. To, że łacina (ale też i w pewnych dziedzinach greka, lub dziś język angielski) zostały zaadoptowana w mniejszej, lub większej mierze przez narody cywilizacji – nomen omen – łacińskiej, powoduje że w ich językach pojawiają się podobnie brzmiące słowa. Jest to zwykle duże ułatwienie, pozwalające na szybszą naukę. Czasami jednak ten sam schemat potrafi sprowadzić na manowce, gdyż to samo słowo wrośnięte w dwa rożne języki, może z czasem lekko zmienić swoje znaczenie. Jest to kolejna cecha charakterystyczna żywego języka. Słowo „pasja”, wywodzące się z łaciny początkowo opisywało wielkie cierpienie. Do dziś przecież jest to słowo określające mękę Chrystusa, tytuł filmu Mela Gibsona nie jest wynikiem przypadkowej zbieżności. Nie tracąc do dziś tego znaczenia, z czasem zaczęło też oznaczać stan bardzo gwałtownych emocji. Dlatego też jeszcze sto lat temu „pasjonat” w języku polskim, był kimś gwałtownym i porywczym. Dziś pasjonat to człowiek oddający się pasji, czyli swojemu wielkiemu zainteresowaniu, albo sięgając po dawne idiomy – posiadający konika. Czy to ostanie przekształcenie jest wynikiem wpływu języka angielskiego? Tego nie wiem. Ale się domyślam.

O ile słowo pasja przeszło ewolucje, tak wiele innych słów, które mają podobne brzmienie w języku polskim i angielskim, podlega zmianom rewolucyjnym. W niektórych przypadkach są to zmiany, które usuwają grunt spod nóg i zrywają kontakt z logiką. Kilka lat temu, na fali ataków terrorystycznych w zachodniej Europie do polszczyzny próbowało wtargnąć (czy może nawet wtargnęło) nowe pojęcie słowa „incydent”. Bardzo podobne w brzmieniu i pisowni, gdzie wystarczy zamienić „y” na „i”, wywołuje silną pokusę by przekładać je bezmyślnie z jednego języka na drugi. Problem niestety w tym, że nasz incydent to coś błahego, nieważnego, nie posiadające wielkiej wagi. W języku angielskim oznacza coś, co tłumaczyć lepiej jako „zdarzenie”. I jakkolwiek zdarzenie terrorystyczne nie brzmi najlepiej i można poszukać lepszego odpowiednika, tak incydent terrorystyczny woła o pomstę do nieba. Jest to wyrażenie wewnętrznie sprzeczne, oksymoron (tu z greki, pięknie się to wszystko rymuje, prawda?). A jeżeli mówimy o tak poważnych sprawach, nie ma tu miejsca na poetyckie chwyty. Takie wyrażenie byłoby usprawiedliwione w przypadku, gdyby atak terrorystyczny obejmował ostrzelanie z procy w okna urzędu, nigdy, gdy mówimy o zamachach bombowych w których giną ludzie.

Podobnie sprawa ma się ze słowem destynacja. Tu również jego źródła wybija w łacinie, określając dziś cel (koniec drogi). Do niedawna jeszcze oznaczało jednak przeznaczenie, jako cześć ludzkiego losu. Zmiana, pochodząca już nie z łaciny, ale z angielskiego destination sprawiała, że dziś używa się tego samego słowa do opisania celu podróży. „Ulubione destynacje Polaków” – brzmi zwrot wymieniający kraje, w których Polak chętnie spędza wakacje. Gdyby jednak wybudzić kogoś z dłuższej śpiączki, lub znaleźć takiego osobnika, który przeoczył ową zmianę słowa „destynacja”, to powyższe zdanie zabrzmiało by w jego uszach zupełnie bezsensownie. Przeznaczenie, los, który czeka na każdego, zakryty pod osłoną przyszłości nie może być ulubiony i modny, jak wakacje w Turcji, czy Egipcie. Oznacza to, że czasami warto zastanowić się nad częstotliwością dokładania do języka ładnie brzmiących wyrazów. Może się okazać, że brzmiało to już ładnie naszym przodkom i zamiast tworzyć nowe, kopiujemy z błędem. Zamiast ubogacać język, wprowadzamy niepotrzebne zamieszanie. Jest to w jakimś sensie czepianie się szczegółów. Ale w szczegółach tkwi diabeł.

Powyższe stwierdzenie to przykład idiomu, czyli frazy która nie może być brana dosłownie. Formy takie, można również nazywać związkami frazeologicznymi. Opisują one rzeczywistość „nie wprost”, ale przez pewną formę porównania i przenośni, nierzadko związaną z miejscową kulturą i historią. W związku z tym tłumaczenie idiomów na język obcy jest czynnością skrajnie bezsensowną, bo najczęściej nie pada ostrzeżenie przed pułapką językową. Kiedy mowie lub słyszę, że „diabeł tkwi w szczegółach” to zdaje sobie sprawę, że nie chodzi tu o egzorcyzmy i strach przed mocami piekielnymi, a o zwrócenie uwagi na detale. Ktoś, kto posiadł umiejętność mówienie w języku polskim tak dobrze, że rozumie frazeologię, nawet nie zastanowi się nad powiązaniem dokładnego znaczenia z samym przekazem. Automatycznie przejdzie dalej, rozumiejąc „o co chodzi”. Wtrącając ten sam przykład w rozmowie po angielsku czeka nas lekka gimnastyka, żeby wyjaśnić o jakiego diabła, do diabła!, chodziło.

Nie jest to sprawa jedynie polegająca na prostym rozkodowaniu ukrytych znaczeń. Język obciążony jest czasami ogromnym bagażem wypełnionym przez historię i kulturę. Odkryty kilka lat temu, w fizyce cząstek elementarnych bozon Higgsa wszedł do szerokiej świadomości, dzięki nazwaniu go „boską cząstką”. Nie chodziło oczywiście tutaj o żadne nawiązanie teologiczne, czy znalezienie odcisku palca Stwórcy w budowie materii, ale skojarzenie było bardzo jednoznaczne. A mogło takie być właśnie dzięki znaczeniu słowa „boska”, które ma uniwersalny przekaz i bardzo mocny wydźwięk, odzywający się w ludziach od początku ich istnienia. Niektórzy bardzo wyraźnie łączyli cząstkę elementarną z metafizyką, a chwytliwe tytuły sugerowały, że naukowcy zaglądają panu Bogu do skrzynki narzędziowej. A samo określenie „boska cząstka” powstało zupełnie przypadkowo, bez związku z genesiss. Nazwano ją tak tylko dlatego, żeby złagodzić pierwotną nazwę – diabelska(!) cząstka, która została tak nazwana z powodu jej nieuchwytności. Z irytacji badawczej i łagodzenia przekazu powstała nazwa, która tak mocno przyciągała uwagę. Gdyby pozostała jedynie i tylko „bozonem Higgsa” prawdopodobnie nie mogłaby zrobić tak wielkiej kariery.

Również bardziej przyziemna frazeologia opiera się na podobnej zasadzie i mocnych związkach z kulturą. A, że kultury są różne, choć powierzchownie bardzo nawet do siebie podobne, jest tu miejsce na pomyłki. Jeżeli ktoś podsumuje swoją wypowiedź „na koniec dnia..” (at the end of a day..) to nie jest to jeszcze ten przypadek. Pomimo, że fraza to obca, to jednak przecież słońce zachodzi i tu, i tu. Ale co nasz naród ma wspólnego z żeglarskimi tradycjami, że coraz częściej mobilizuje się wołając: „wszystkie ręce na pokład!”(all hands on deck!)? Nie licząc krótkich epizodów, nie mieliśmy nigdy nawet solidnej floty, nie mówiąc o całej tradycji morskiej, odkryciach geograficznych itd. Brzmi to równie bezsensownie, jak mogłoby brzmieć, gdyby Anglik niezdecydowanie swojej żony określił powiedzeniem from Sas to Las –„od Sasa do Lasa”, zaczerpniętym z historii I Rzeczpospolitej. A, że jest to historia ciekawa, nie ulega to wątpliwości, jednocześnie jednak, nie jest szeroko znana, na czym potknął się były prezydent, Bronisław Komorowski, który przemawiając w Waszyngtonie, mówił o „bigosowaniu” na sejmach szlacheckich, przez zmusił się do dygresji i podania przepisu na bigos, by zostać zrozumianym.

Język jest bardzo plastycznym tworzywem, który przekształcamy i dostosowujemy w sposób ciągły. Działać to jednak może i w druga stronę, gdy wprowadzamy nowe pojęcia do starych słów. Jest to dość delikatna gra łącząca w sobie potrzeby żywego języka, wpływy współczesne i historyczno-kulturowy bagaż. Dobrze jest wtedy, gdy wynik nie wykoślawia przekazu. Podany przykład używania słowa incydent w sprawach naprawdę poważnych, jest obarczone ryzykiem zdeprecjonowania samego wydarzenia. Bronić się przed takimi efektami można w dwójnasób. Pierwszym sposobem obrony może być ogólna dbałość o to, by nie wprowadzać na siłę pojęć, które brzmią podobnie, lecz mają inne znaczenie. Niestety jest to zadanie, które można postawić sobie indywidualnie. Nie można, i chyba nie powinno się nawet mieć takich ambicji, by zmuszać cały naród do podążania taką drogą. Drugim wyjściem jest zaakceptowanie zmian, przyjęcie definicji incydentu jako zdarzenia, wydarzenia, wypadku, tak jak w języku angielskim. Dołączyć do tego można modne słowa (predykcje, iniekcje, natywny itp.), frazeologię, tłumaczyć przysłowia, a nawet składnie (zaczynanie zdań od „ja” na wzór „I…”, czy zaprzeczanie pojedynczym przeczeniem) i… w konsekwencji uznać, że język polski nie jest już nikomu do niczego potrzebny.

Języki wymarłe

Powyższa przestroga nie jest rzucona bezmyślnie na wiatr. Języki nie są wieczne i wiele potwierdzających to stwierdzenie dowodów dostarcza nam historia. Część języków przepadła, gdyż wymierały ludy, które się nim posługiwały. To zagrożenie, w odpowiedniej skali czasowej, dotyczy i nas, ale groźniejsze jest rugowanie języka przez silniejsza kulturę. Ta część świata, w której położone jest państwo polskie, zapewnia wystarczającą ilość przykładów, które mogą stanowić przestrogę. Północno wschodnia część naszego kraju, to w połowie historyczne Prusy, podzielone pomiędzy Polskę i Rosję po II wojnie światowej. Prusacy, ci „prawdziwi”, przez długi czas opierali się chrystianizacji swoich ziem, czego szczególnym dowodem była misja św. Wojciecha. To, nie udało się dokonać w pokojowy sposób czeskiemu biskupowi, a później patronowi Polski, siłą wymusił zakon krzyżacki – ogniem i mieczem podporządkowując tereny Rzymowi. Napór niemieckiej kultury wzdłuż Bałtyku sprawił, że cywilizacyjnie słabsze ludy zatracały fundamenty swojej tożsamości. Język pruski został zastąpiony niemieckim, a same Prusy po wielu latach stały się siłą napędową zjednoczenia Niemiec. Podobnie sprawa miała się z Jaćwingami, plemieniem bałtyckim sąsiadującymi z Prusami, i ze Słowianami, również posiadającymi odrębny język. Tutaj również napór sąsiedniego, silniejszego organizmu państwowego dokonywał stopniowej erozji i narodu, i języka.

Nie zawsze jednak zanik języka musiał wiązać się z jedynie siłą i zaborem. O ile upadek Prusów i Jaćwingów dokonywał się w czasach Piastów, tak w za Jagiellonów, i za wolnych elekcji następowała stopniowa, pokojowa polonizacja Litwy. Korona zaniosła na Litwę organizację państwa i życia społecznego na wzór zachodni, ale w konsekwencji sprawiając, że elity Wielkiego Księstwa ciążyły ku kulturze Polskiej. Po wielu pokoleniach, potomkowie zarówno wielkich litewskich rodów, jak i pomniejsza szlachta, stali się gorącymi patriotami polskimi, czego nie zniszczyły nawet lata zaborów. Litwa biła się w powstaniach, traciła dorobek pokoleń, ginęła na Syberii dla sprawy Rzeczpospolitej. Litwini zresztą nie byli wyjątkiem, tak samo polonizowały się elity białoruskie i ukraińskie. Najlepszym przykładem jest tu ród Wiśniowieckich, Rusinów z krwi i kości. Książe Jeremi, znany z „Ogniem i mieczem”, potężny magnat kresowy przeszedł nawet z prawosławia na katolicyzm, by podkreślić gdzie bliżej mu kulturowo. I co ciekawe, w wyniku wolnej elekcji to Rusini (mowa tu o synu Jaremy – Michale Korybucie) doczekali się pierwsi króla, przed koroniarzami. Wskazuje to jak nici plątane przez możnych trzech narodów plątały się w wielki węzeł kulturowy i tożsamościowy.

Języki narodowe kresów Rzeczpospolitej zostały jednak wparte z życia publicznego, obowiązywał język polski i łacina. Gdy po wielu latach państwa te pojawiły się na mapach, musiały zarysować swoją tożsamość i znalazły ją, wraz z językiem w chłopskich chatach. Litewska, białoruska i ukraińska wieś były jedynymi miejscami, gdzie przetrwały narodowe języki. To na tym fundamencie musiano się oprzeć tworząc je niejako od nowa, bo przecież nie było zachowanej literatury, poezji, traktatów politycznych i filozoficznych. Przetrwał za to język żywy, ludowe pieśni, czy modlitwy. Z języka litewskiego zresztą, usuwano wielkie nagromadzenie polskich (lub od polskiego pochodzących) słów, zastępując je rodzimymi. To pokazuje jak daleko zaszedł proces osłabiania się języka litewskiego. Przetrwał, udało się go skutecznie reanimować, nie został z niego jedynie zbiór kilku tysięcy słów (jak to stało się w przypadku języka pruskiego), dziś jest językiem, którym posługuje się kilka milionów ludzi. Ale jest to przykład wyraźnie wykazujący, że wpływowa kultura, niesie ze sobą szeroki wpływ na wiele dziedzin ludzkiego życia, stopniowo zmienia rzeczywistość, przekształcając ludzi i ich zachowania.

Język nie jest wolny od takiego naporu. Dzisiejszy napór kultury anglosaskiej, który nie wynika z podboju, lub scalenia się państw, ale z globalizacji, kroczy tymi samymi, udeptanymi ścieżkami. Dzieła kultury, również te w wersji pop, to tylko piana na grzebiecie fali podmywającej brzeg. Książka, film, czy muzyka siłą rzeczy niesie ze sobą szerszy przekaz, rozumienie świata, czy normy postępowania. To wnika w odbiorce, czasami niedostrzegalnym, ale jednak ciągłym nurtem. Spotkać przecież można ludzi, którzy wyroki polskich sądów interpretują niczym orzecznictwo anglosaskie, opierające się na zasadzie precedensu. Łatwość z jaką zwracamy się do siebie na „ty”, też może być wynikiem adoptowania zasad wykształconych przez społeczeństwo odrzucające formalizmy. To wszystko przenika też do języka, szczególnie jeżeli język wpływowej kultury obsługuje cały aparat pojęciowy nowych technologii, nauki i pracy. To ogólne uwagi, które dotyczą w równej mierze Polaków na emigracji, jak i tych w kraju. Dla nas niestety, język jest czymś zauważalnie ważniejszym, gdyż pozwala na budowę tożsamości. Dlatego, nawet gdy na emigracji jest to trudniejsze, należy zdobyć się na jeszcze większy wysiłek w próbach zachowania tego dziedzictwa.

Pułapki tłumaczeń

Do tej pory padło kilka przykładów, pokazujących okaleczanie języka polskiego. Zastąpienie, zarówno poprawne, jak i błędne polskiego słowa zapożyczaniem z angielskiego da się w dość łatwy sposób zidentyfikować. Podobnie sprawa ma się z pożyczonym idiomem, lub koślawą składnią. Wszystkie te przykłady łączy jedno zjawisko, które w skrócie sprowadzić można do błędnych tłumaczeń. Słaba umiejętność jednego języka połączona ze słabą znajomością kolejnego, nie oznacza, że suma tej niewiedzy daje całkiem dobry wynik ogólny. Równocześnie jest to dobry przepis na koślawe, błędne, lub bezsensowne tłumaczenia. Dodatkowo, niewiedzy tej nie można sprowadzić tylko do samych zasad formalnych, gramatyki, składni itp. Język rozwija się w określonych warunkach. Dokładnie te same prądy, które wpływają na kształt narodu, obrabiają też swoim wpływem język, którym się ten naród posługuje. Ma tu znaczenie historia, geografia, religia, zwyczaje, kontakty z narodami sąsiednimi, i setki innych czynników. Z tego powodu słowo, które nawet oznacza dokładnie to samo, może nieść w sobie inny ładunek emocjonalny. Aby władać dobrze językiem należy choćby wyczuwać ten cały bagaż historyczno-kulturowy. W momencie, gdy dobry wojak Szwejk idzie do knajpy „Pod kielichem”, to jest to nawiązanie do średniowiecznych ruchów husyckich w Czechach, czyli puszczenie oka do czytelnika – Praga pamięta dalej ten zryw religijny, zwłaszcza będąc pod berłem Habsburskim. Dobrze, gdy tłumacz umieszcza tą informację w przypisie, ale żeby mógł to zrobić musi swobodnie poruszać się w kulturze, którą przekłada. Dlatego też najczęściej słaba znajomość rodzimego języka połączona jest z niewiedzą ogólną, brakiem świadomości o korzeniach swoich i swojego narodu.

Przetłumaczenie kilku prostych komunikatów czy zwrotów nie wymaga tak dogłębnej wiedzy i wyczucia. Im dalej jednak w las, tym gęściej od drzew. Oddanie książki o skomplikowanej tematyce tłumaczowi, który jej tematu uczy się równolegle z tłumaczeniem nie jest dobrym pomysłem. Natknąłem się wielokrotnie na przekłady, który obarczone były błędami wynikającymi z ewidentnej niewiedzy tłumacza w danej dziedzinie. Bywa, że w wyniku błędnego tłumaczenia drukowane są bzdury, łatwe do wychwycenia przez tych, którzy znają daną dziedzinę, oraz język obcy, z którego tłumaczono treść. Czasami ciężko wręcz mieć o to pretensję, nie można wymagać od ludzi wiedzy kompletnej i absolutnej, ale jest to forma przestrogi przed zbyt lekkomyślnymi tłumaczeniami „ze słownika” i bez kontekstu. W życiu codziennym można wpaść w dokładnie te same pułapki, co przy tłumaczeniu książek lub artykułów.

Tematyka samych tłumaczeń nie jest sprawą drugorzędna, czy tylko akademickim problemem. Jakość przekładu odpowiada za poprawne zrozumienie myśli autora. Dodatkowo, język w swojej funkcji nie służy jedynie do przekazywania najprostszych komunikatów typu: „zielone – jedź, czerwone – stój”. Za jego pomocą można budować struktury daleko wychodzące poza samą bezpośrednią treść. Wie to każdy, kto choć raz w życiu zachwycił się poezją. Często bywa tak, że już pojedyncze słowo wywraca, wykrzywia, lub podkreśla ogólny wydźwięk treści. W pierwszym, polskim tłumaczeniu Biblii pojawiło się ciekawe tłumaczenie łacińskich słów vir i virgo (mężczyzna i kobieta, lub mężczyzna i niewiasta [słowo kobieta było w dawnej polszczyźnie obraźliwe]). Autor chcąc oddać teologiczną prawdę o związaniu mężczyzny z kobietą, gdzie w łacinie odbija się to w podobieństwie obu słów, użył tłumaczenia mąż – mężyna. Słowo mężyna nie istniało w polszczyźnie tamtych czasów. Tłumaczowi jednak zależało tak mocno na pokreśleniu tej łączności, która przejawia się w łacinie, że posłużył się neologizmem. Uznał, że nawet odejście od poprawności synkretycznej (czyli od norm tworzących język) jest warte tego, by być wierniejszym semantyce oryginału (powiązaniu języka z treścią). Tekst religijny i zawarta w nim treść teologiczna to dość wysoka półka. Nie oznacza to jednak, że schodząc kilka poziomów niżej można zrezygnować z rozwagi przy tłumaczeniach, nawet takich dokonywanych w życiu codziennym, na potrzebę obsługi zwykłych aktywności.

Jedną z głównych różnić, które dzielą naród polski od angielskiego jest społeczne nawiązanie do historycznych wzorców. Równina środkowoeuropejska oraz ogrodzone morzem wyspy dawały zupełnie inne fundamenty pod budowę państwowości i organizacji społecznej. Budowa imperium opartego na kolonizacji i handlu, sprawiła że społeczeństwo przejęło etos mieszczański. Polskie społeczeństwo nie oparło się na filarach postawionych przez kupców, czy fabrykantów. Początkowo, byli oni spychani na margines życia politycznego przez ziemiaństwo, cieszące się pełnią swobód i przywilejów. Następnie, po utracie niepodległości, za broń złapała szlachta, a tamte lata dały bardzo mocne podwaliny pod budowę nowoczesnych narodów. Skutki są odczuwalne po dziś. Brak u nas tradycji i etosu w tych dziedzinach, którymi zajmowało się mieszczaństwo, nie budowano u nas pokoleniowych fortun, old money, nie mamy tradycji przemysłowych. I choć wszystkie grupy społeczne bardzo mocno się przetasowały w XX wieku, to dawne zasady i przyzwyczajenia do dziś mocno rezonują w społeczeństwach. W Polsce, szlachtę zastąpiły inne grupy społeczne, przejmując część jej norm i zasad. Oczywiście ma to swój wpływ też w samym języku, dlatego grzeczność wymaga, by zwracać się do rozmówcy per pan/pan, nawet jeżeli rozmówca nie panuje nad nikim i niczym, nawet nad swoim życiem. Tytuł „pana” należał się osobie o określonym statusie społecznym. Do chłopa mówiono per ty, lub wy. Wśród mieszczaństwa angielskiego (nie mowa tutaj o arystokracji) zasady te były mniej napięte. Dlatego w języku angielskim nie bulwersuje nikogo używanie formy you, nawet między przełożonym a pracownikiem. Powinno się jednak pamiętać, że wynika to z innego źródła, niż z ziemiańskiego folwarku i dlatego nawet tłumaczenie sobie takich zwrotów metodą słowo-słowo na język polski wcale nie oznacza braku szacunku. Do niedawna jeszcze w tłumaczeniach przekładano te bezpośrednie zwroty you na pani/pan. I wcale nie był to błąd. Równocześnie, nie ma potrzeby tłumaczenia na siłę naszych tytułów grzecznościowych na angielski. Nawet w sytuacjach formalnych mister/sir najczęściej zabrzmi zbyt pompatycznie. Równowaga tutaj jest bardzo delikatna, ale odpowiedni balans pomiędzy dosłownym (literalnym?) tłumaczeniem, a oddaniem sensu jest możliwy. Podparty musi być jednak świadomością tego skąd wywodzą się dane zwroty i jakie zasady ich użycia wykształciła dana kultura.

Z tego samego źródła, z kultury ziemiańskiej, wypływa i taka odnoga tradycji, w której samo pani/pan czasami nie wystarcza. Wiąże się to „tytułomanią” jaka była udziałem sarmackiej szlachty. Dziś często bywa dużym utrapieniem dla historyków, gdy w dokumentach widnieje długa lista tytułów i nazw piastowanych urzędów, a brak w nich samego nazwiska. Echa tych wymogów przebrzmiewają przecież i dziś w języku polskim, gdyż dla wielu ważne jest bardzo to, co widnieje przed nazwiskiem. Dyrektor, prezes, przewodniczący, minister, i tak dalej, żeby nie wspominać już o całej korporacyjnej, wizytówkowej hierarchii nazw stanowisk, czasami nawet bardzo zwykłych w swojej istocie. Stanowiska naprawdę poważne, takie jak szef rządu, lub głowa państwa swoją powagą wypierają nawet „pana”. O ile naturalnie brzmi „pan prezes”, czy „pan kierownik”, tak premier lub prezydent jest najczęściej tytułem jednoczłonowym. W publikacjach pada zwykle premier + nazwisko lub premier + imię + nazwisko, czasami samo imię i nazwisko, jakby sugerując, że zarówno powaga jak i nazwa urzędu jest powszechnie znana. W publicystyce angielskiej polska tytułomania nie wyznaczyła zasad, dlatego często pojawiają się określenia mniej formalne. I tutaj również, pojawia się pole do niezgrabnych tłumaczeń, nie oddających kulturowych i zwyczajowych norm.

W czasie długiej telenoweli negocjacji Brexitowych, temat ten był wracał co jakiś czas, jako główne wydarzenie danego okresu, w zależności od kolejnych tur i zwrotów akcji. Sprawa dotykała bezpośrednio wielu krajów, nic więc dziwnego, że Brexit komentowany był i oceniany w wielu stolicach europejskich. Na jednym z polskich portali internetowych pojawił się w czasie negocjacji artykuł; analiza i opis bieżącej sytuacji. Piszący, dla uproszczenia spawy i podania treści w sposób przyswajalny, przyjmują często pewne konwencje. W tamtym artykule cały proces zredukowano do przeciągania liny pomiędzy UE, a ówczesną premier Wielkiej Brytanii, Teresą May. Z tym, że „premier Wielkiej Brytanii” to już mój zapis. W artykule, kilka razy na akapit padało „pani May”. „Pani May negocjuje”, „pani May szuka poparcia”, „pani May..”, „pani May…”. To gryzło, ale zagadka tej koślawej formy, która mogła kłuć przewrażliwione oczy, została rozwiązana na końcu artykułu. Mianowice, znalazła się tam informacja, że artykuł został początkowo opublikowany na stronach Politico. Tłumacz bezrefleksyjnie tłumaczył anielskie sformułowanie Mrs May, jako pani May. Z formalnego, słownikowego, puntu widzenia, najzupełniej poprawnie. Ale niestety nie dodał do tłumaczenia specyfiki naszego języka, która urzędu premiera nie przedstawia samym tytułem „pani”. Mrs May jako premier May nie byłoby tłumaczeniem, które przekłada słowo do słowa. Byłby jednak tłumaczeniem bardziej naturalnym dla polskich zmysłów.

Innym, pokrewnym błędem, jest tłumaczenie nazw zawodów czy stanowisk. O ile w słowniku angielskie engineer tłumaczy się na inżynier, to te dwa słowa nie są sobie tożsame. Znów trzeba uwzględnić specyfikę obu krajów. Sam prestiż tytułu inżyniera uległ w Polsce pewnemu zdeprecjonowaniu, ale wciąż trzeba podjąć określony wysiłek, by uzyskać dyplom. Nie da się wstawić znaku równości między inżynierem Karwowskim, a dzisiejszym, świeżo upieczonym absolwentem Politechniki. Rzecz jednak w tym, że Politechnikę trzeba skończyć, a są to studia, które jednak zmuszają do wysiłku nauki dziedzin ścisłych i przekazują teorię z różnorakich rejonów nauk przyrodniczych. Angielski engineer to z kolei profesja wykonywana z powodzeniem po przeszkoleniu zawodowym, najczęściej w wąskiej, potrzebnej do skutecznej pracy, dziedzinie. W przypadku, gdy w Anglii do naprawy pralki wzywany jest engineer, z wielkim prawdopodobieństwem, nie chodzi tutaj o człowieka który spędził kilka semestrów na obliczaniu całek i kreśleniu rysunków technicznych, a już na pewno nie chodzi o konstruktora rakiet, czy samochodów. Naprawiający pralkę odpowiada bardziej polskiemu technikowi, specjaliście łączącemu krótszy wycinek wiedzy z dobrą praktyką i doświadczeniem.

Podobnie sprawa ma się ma oficerem. Polskie przysłowie: „nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera” jakiś czas temu się zdezaktualizowało. Dziś chęć szczera nie wystarczy. Po raz kolejny, tak jak w przykładzie powyżej, należy poświecić semestry nauki, by zdobyć oficerski patent. Powiedzenie to jednak bez problemu można odnieść do warunków angielskich. Osoba pracująca w ochronie może mieć za sobą odpowiednie szkolenie, ale tłumaczenie jej zawodu na polskie „oficer” jest bezsensowne. Po raz kolejny, by unikać pułapek, należy dość swobodnie poruszać się nie tylko w sferze samej semantyk językowej, trzeba również znać warunki przypisane językowi przez codzienne życie i zwyczaje. Sam język jest narzędziem, które wymaga podparcia i nakreślonego tła kultury. Ale jest to narzędzie wspaniałe, gdy jest opanowane bardzo dobrze, daje wielkie możliwości. Jednocześnie też karze zbytnią nonszalancję i głupotę. O tym poniżej.

Kawałek lodu w kształcie topora

Podane w poprzednich częściach przykłady, pozornie poprawnych tłumaczeń, są niczym nierówny bruk – narażają na potknięcie się i zachwianie równowagi. Ale ta sama nierówność, pozostając przy tej przenośni, prowadzić może do końca bardziej spektakularnego, do wywrotki i bolesnego obicia sobie twarzy. O ile na opisane wcześniej błędy można wzruszyć ramionami i przedstawić argument, że „najważniejsze to się dogadać”, i nie roztrząsać czy „pan” to mister, sir, czy może you, tak na koniec podany zostanie przykład spektakularny. Przykład, w którym znajomość języka angielskiego (czy może raczej angielskich słów) nie wystarczyła, by poprawnie dokonać tłumaczenia. Dodając do tego zwykłą, ludzką głupotę, stworzono hybrydę – śmieszną, koślawą i bezpłodną.

Gdy minęły w Polsce długie lata szarości i na polskich ulicach pojawiły się kolory szyldów, reklam, bilbordów, ogólnie – pstrokacizna, kolejnymi falami docierały za towarami i inne elementy zachodniego życia. Nazwy niektórych marek, dziś zwyczajny element nadwiślańskiego krajobrazu, miały wymowę silniejszą, niemal symboliczną. Symboliczną wymowę miały też słowa, które usłyszałem przeszło 20 lat temu, wypowiedziane z pewną dozą dumy i powagi: „czytuję Newsweeka”. Nie był to zwyczajny komunikat, a raczej prezentacja otoczeniu swoich aspiracji do wyższej świadomości politycznej i społecznej.

Swoją drogą, ciekawą drogę przeszło też nazewnictwo podobnych wydawnictw, bo przecież na rynku pojawiło się wiele tytułów newsweeko-podobnych. Nazywane były początkowo „tygodnikami opiniotwórczymi”, co powodowało niemały zgrzyt. Człowiek, który szczycił się lekturą tygodnika opiniotwórczego, mógł odczuwać dyskomfort, że jego opinia jest urabiana przez dziennikarzy. Jeżeli kupował go z myślą wyróżnienia samego siebie ponad plebs sięgający po Fakt, czy Super Express, to zapewne nie chciał być jednocześnie postrzegany jako ktoś, komu światopogląd kształtuje czasopismo. To spowodowało, że nazewnictwo w powszechnym obiegu przeszło ewolucje. Tygodniki opiniotwórcze stało się tygodnikami opinii. Nowe określenie brzmi już lepiej, sugeruje że na łamach ścierają się różne opinię, polemiki i łamy otwarte są dla autorów o odmiennych poglądach. Oczywiście jest to mrzonka, wystarczy dziś spojrzeć na tytuł by wiedzieć, jaka linia redakcyjna wyznacza kierunki tekstom. Ale określenie samo w sobie – proszę bardzo, palce lizać! Czyż może być coś bardziej wzniosłego i rozwijającego świadomość obywatelską niż sięganie po różne opinie?

Newsweek, jako pionier na polskim rynku miał łatwiej. Dodatkowo, był odbierany zupełnie inaczej przez tych, którzy pamiętali propagandowe twory PRL-u , mógł wciąż być traktowany niczym odświeżający przeciąg w zatęchłej atmosferze polskiej publicystyki. Ale nie mógł też, wzorem ucznia o dobrej opinii, polegać tylko na „nazwisku”. Rodzima konkurencja pojawiła się bardzo szybko, wprowadzając potrzebę dostosowania oferty do lokalnego rynku. Dlatego pojawiły się też dodatki, takie jak „Newsweek historia”, popularyzujące wiedzę historyczną. W jednym z numerów, w roku 2012, ukazał się artykuł o słynnych zabójstwach, gdzie przedstawiono też śmierć Lwa Trockiego.

Główni bohaterzy komunistycznych zakrętów historii wydają się być dzieleni przez współczesnych na dwie grupy. Pierwsza z nich jest zbiorem postaci o których ciężko, nawet przy dużych chęciach, opowiadać z sympatią. Stalin, Mao Tse Tung, Pol Pot, Dzierżyński nie dają w zasadzie żadnej możliwości manewru, by wygładzać ich życiorysy i dokonania. Mowa tu oczywiście o podstawowych normach i moralnych ocenach zdrowego człowieka. Zimna do bólu analiza politycznych skutków i długofalowych efektów państwowych ich działań to sprawa inna, nie o nią tu chodzi. W drugiej grupie komunistycznych postaci XX wieku znajdują się tacy ludzie, którzy w wielu potrafią wzbudzić pozytywne uczucia. Che Guevara stał się wręcz romantycznym symbolem dla wielu sympatyzujących z lewicą. Fidel Castro też nie jest postacią równoznaczne odbieraną jako wcielenie zła. Nie licząc Dzierżyńskiego, i może Bieruta, nasi komuniści (czy też może raczej soc-realiści) to łagodne baranki w porównaniu do tych z „ekstraklasy”. Do grupy tej, łagodniejszej, w powszechnym odbiorze należy też Lew Trocki, choć też pewnie z tego powodu, że nie udało mu się rozwinąć skrzydeł. Pamiętnikarze czasów rewolucji opisują zdarzenia, które jednoznacznie wskazują, że nie miał skrupułów. Na protest zagranicznych dyplomatów, którzy odnaleźli rosyjska rodzinę, w której zamordowano ojca i matkę, a małe dzieci zostały przybite za języki do stołu, miał obcesowo odpowiedzieć, że rewolucja to nie zabawa. Przysłużyło mu się zapewne wygnanie z kraju, a późniejszy odbiór jako wroga Stalina pomógł budować inny wizerunek, na zasadzie kontrastu typu: Stalin – zły, Trocki – dobry. Nawet i w samym Folwarku Zwierzęcym został dość łagodnie potraktowany, jego postać w tej alegorii reprezentuje wieprz Snowball, lub Biały – w zależności od tłumaczenia, który ma dobre intencje, ale przegrywa z bezwzględnym Napoleonem (Stalinem). Dodatkowo, przez romans z meksykańską malarką, Fridą, i przez śmierć w wyniku zamachu, wszedł w jakimś stopniu do pop kultury, co zawsze dość skutecznie ociepla wizerunek. Warto też dodać, że nie był tylko komunistą czynu, wzorem Stalina czy Castro. Wykorzystywał swój potencjał intelektualny, tworząc wewnętrzny ruch ideologiczny w marksizmie, nazwany od jego imienia trockizmem, a w jego wypowiedziach można już dostrzec zapowiedzi ideologii transhumanizmu.

Nic więc dziwnego, że został wybrany jako jeden z bohaterów artykułu, wszak postać to bardzo ciekawa i wieloznaczna. Każdemu, kto interesuję się historią, kilka podstawowych faktów, jak np. podane powyżej, są znakomicie znane. Spodziewać się zatem można nawet tak ogólnej wiedzy od autora redakcji historycznej w piśmie z renomą. Jedno złożone do drugiego powinno dać „samograj”, bezproblemowy, ciekawy, popularno – historyczny artykuł, gdzie warsztat pisarki autora może być jedynie dodatkowym atutem. Ludzka zdolność do komplikowania sobie spraw nawet najłatwiejszych i tu się jednak też przejawiła, w sposób naprawdę arcyciekawy.

Być może barwny życiorys Lwa Trockiego nie mógł zostać zakończony zwyczajnie. Może i autor artykułu doszedł do wniosku, że jego koniec musiał być wręcz nadmiernie widowiskowy i niepowtarzalny. Może to zauroczenie biografią marksisty, może zupełna ufność w źródła i swoje umiejętności? Niestety tego nie wiem, to tylko moje wymysły, podobnie jak wymysłem autora była przyczyna śmierci Trockiego. W wersji znanej historii padł on ofiarą zamachu sprokurowanego przez Moskwę. Do tego momentu wersja znana historykom zgadza się z wizją pana redaktora. W momencie jednak spotkanie zamachowca z ofiarą następuje rozjechanie się historii po dwóch ścieżkach. Jedna oficjalna, przekazywana przez historyków, druga to ścieżka fantazji. Według artykułu Trocki zamordowany został kawałkiem lodu w kształcie topora. Nie ma w tym metafory, lodowy opisuję materiał z którego wykonane było narzędzie zbrodni. Przypominam, że sytuacja wydarzyła się w Meksyku. Proszę sobie to wyobrazić: zamachowiec wyjmuje z zamrażarki topór, przebywa odpowiednią drogę w podzwrotnikowym klimacie Meksyku (pewnie topór z lodu ukryty jest w walizce, bo przecież chyba nie pod płaszczem) i Lew Trocki zostaje zamordowany takim narzędziem, podkreślę jeszcze raz: z lodu. Jeżeli brzmi to absurdalnie, to nie na tyle, by przeszkodziło to autorowi artykułu zasugerować takiej wizji czytelnikom.

A jak było naprawdę, co mówi o zamachu na Trockiego historia? Jeżeli w wizji dziennikarza zginął on w sposób niepospolity, to miał przynajmniej dobrą intuicję. Rzeczywiście, posłużono się narzędziem odmiennym od najczęściej spotykanych w aktach kryminalnych. Trocki przez zamachowca zamordowany został za pomocą czekana, czyli używanego w alpinizmie toporka. Ale skąd w artykule znalazł się kawałek lodu w kształcie topora”? Tego nie wiem, ale z wielkim prawdopodobieństwem, graniczącym z pewnością, pojawił się w wyniku tłumaczenia angielskiego tekstu. Otóż czakan po angielsku to nic innego jak ice axe. Stąd już prosta droga do historii alternatywnej. I tą drogą podążała autor, dzielnie omijając przeszkody. To tłumaczenie nie mogło być automatyzmem, chwilowym zaćmieniem umysłu. Koncepcja użycia topora z lodu musiała być przemyślana, bo w artykule pojawiło się zdanie, że dobór narzędzia zbrodni ułatwił zatarcie śladów. Topór rozpuścił się niczym kawałek lodu w meksykańskim słońcu.

To przykład bardzo wymowny z racji tego, jak daleko od rzeczywistości mógł odejść autor dzięki niechlujnemu tłumaczeniu, oraz przez fakt druku w prestiżowym, jakby nie było, magazynie. Nie oznacza to jednak, że błędy mniejsze i popełniane na nielicznym forum ważą proporcjonalnie mniej. Najłatwiej to widać właśnie na tłumaczeniach , które mógłby wykonać automat – słowo w słowo, wyciągnięte ze słownika, bez refleksji nad szerszym tłem, a jak wskazuje przykład powyższy, i nad samym nawet sensem. Argumenty wskazujące na niepoprawności, niezgodność z zasadami, oderwanie od dziedzictwa historyczno-kulturowego można łatwo zbić. Najłatwiej przez wzruszenie ramion. Pozostaje argument ostatni i zarazem pewna przestroga – w ten sposób można też się ośmieszyć.

Względy praktyczne dwujęzyczności dzieci

Podane w poprzednich częściach zagadnienia przypominają zbiór pułapek, pozastawianych przez purystów językowych i ludzi czepialskich z natury, którzy na poprawność używania języka nakładają warstwę snobizmu. Konieczność manewrowania pomiędzy takimi pułapkami, uważne stawianie kroków na grząskim gruncie, skutecznie może zniechęcać do nauki poprawnej polszczyzny. Z pewnością bardzo łatwo doprowadzić sprawę w rejony absurdu, atakować nawet najdrobniejsze błędy z zaciekłością fanatyka, pilnować przestrzegania zasad dla nich samych. Może to mieć jednak skutek dokładnie odwrotny, odstraszyć od wkładania wysiłku, zwłaszcza w otoczeniu, które dość nonszalancko traktuje język (w tym wypadku angielski), w podstawowej, powszechnej wersji, tratując zasady, gramatykę itd. jako dość ogólne, mgliste wskazówki, a nie jako ścisłe wytyczne. Łatwiej płynie się z takim nurtem, który nie wymaga, bądź co bądź, pewnych wyrzeczeń i pracy. By skutecznie wejść na drogę bardziej wymagającą, a szczególnie by w tą podroż zabrać za rękę dziecko, konieczna jest odpowiednia motywacja. Krótkotrwały zapał, jak w każdej dziedzinie życia, nie będzie wystarczający. Nauka języka, zwłaszcza z uwzględnieniem pobocznych wątków, z których kilka zostało wyżej wymienionych, to proces wymagający czasu i systematyczności. By podjąć taką pracę musi istnieć, choćby w mglistych zarysach, nawet odłożona w czasie, korzyść z włożonego wysiłku. Tą nieoczywistą nagrodę, każdy musi wyobrazić sobie sam, dostosować ją do własnych warunków. Spróbuje wymienić tu kilka, które jednocześnie są próbami odpowiedzi na banalne pytania, typu: „czy warto?”

Ponieważ pytanie jest konkretne, warto oderwać je od abstrakcji. Dlatego też argumenty umieszczone zostaną w określonym kontekście: języka polskiego na emigracji, przekazywanego dzieciom wychowywanych poza granicami ojczystego kraju. W takich warunkach oczywiste jest, że językiem „przewodnim” staje się tu język angielski. Jest to naturalny proces, w którym to otoczenie, zwłaszcza kontakt z rówieśnikami, wpływa na szybszy rozwój umiejętności językowych. W związku z tym, nawet w polskiej rodzinie, w domu, gdzie używa się jedynie języka polskiego, naturalne przyswajanie polszczyzny jest mniej efektywne. To język polski musi „gonić” angielski i tu zachodzi potrzeba wspierania, korygowania i zachęcania dziecka. A nie jest to zadanie tak łatwe, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Nauka języka, łatwiejsza i i bardziej naturalna odbywa się w „otoczeniu”. Środowisko domu może być za małe, gdy zachodzi potrzeba rozszerzania zbioru słów i pojęć. Tutaj może pojawić się pewna, ważna konieczność wyboru zorganizowania czasu, lub dodatkowych zajęć w taki sposób, by równocześnie zapewniać kontakt z językiem w innych okolicznościach, np. w sobotniej szkole. To realne wyrzeczenia i czasami nieprzyjemne obowiązki. Dodatkowo, jest to proces rozłożony na dłuższy czas, nie można tego zastąpić krótkotrwałym, intensywnym wysiłkiem. Co zatem można dostać w zamian za tą pracę i naukę języka?

Naturalną korzyścią z dwujęzyczności jest…dwujęzyczność. Postawmy kolejny krok dalej w banał – lepiej znać dodatkowy język, niż go nie znać. O wielkich zaletach równoległej, naturalnej nauki dwóch języków napisano osobne wydawnictwa. Jest w tym nawet coś niepokojącego, że w pewnym stopniu należy namawiać polskich emigrantów do nauczania dzieci języka polskiego. Korzyści ze znajomości drugiego języka narzucają się niemal same; przede wszystkim dają możliwość komunikacji z szerszą grupą ludzi, a w naszym przypadku, co zwykle najważniejsze – z rodziną. Często też umiejętność posługiwania się dodatkowym językiem ułatwia zawodową karierę. Nie oznacza to, że za kilkanaście lat ludzie z Wysp Brytyjskich emigrować będą za chlebem nad Wisłę, ale w powszechnym modelu międzynarodowych firm, z rozsianymi po całym świecie oddziałami, nawet tak „egzotyczny” język jak polski może być przydatny. Dwujęzyczność to także bezpośredni dostęp do bieżącej kultury – książek, filmów, czy gier (dziś już chyba należy je zaliczać do kultury, choćby w wersji popularnej). Znajomość języka polskiego daje dokładnie takie same korzyści, jak znajomość jakiegokolwiek innego języka obcego. Część języków oczywiście otwiera możliwości szersze (angielski, hiszpański, niemiecki itp.), ale co do zasady – posługiwanie się kolejnym językiem jest zawsze korzystne w kontekście samej komunikacji.

Język polski nie jest tak powszechny na kuli ziemskiej, jak chociażby hiszpański. Ale może być bardzo pomocny w nauce kolejnego, może bardziej „wpływowego” języka. Po pierwsze wspólne pra -korzenie większości języków europejskich, oraz ich późniejsze przenikane się, nasycanie wielu elementów uniwersalną łaciną i greką sprawiły, że część nauki opierać się może na podobieństwach. Ten mechanizm, ale i pułapki z nim związane, został opisany wcześniej. Każdy, kolejny, poznany język zwiększa pulę słów, z której, na zasadzie podobieństw można łatwiej przyswajać nowe. Podobieństwa i różnice są oczywiście stopniowalne i język polski może mieć mało wspólnego z np. szwedzkim, ale równocześnie daje dużo podczas nauki rosyjskiego, czy czeskiego, ogólniej – języków słowiańskich. W takim przypadku, ktoś mówiący płynnie po polsku, ma zadanie bardzo wymiernie łatwiejsze niż posługujący się jedynie angielskim. Szkoda rezygnować z tak oczywistej korzyści, gdy jej możliwości niejako narzucają się same.

Argument powyższy, o łatwiejszej nauce kolejnego języka w warunkach opanowanej już dwujęzyczności, zaprezentowany był pod kątem „technicznym”. Korzyści są tu niemal namacalne, pomoc opiera się na gotowej bazie słownictwa czy reguł gramatycznych. Istnieje też argument, który nie jest tak jednoznaczny do uchwycenia, a równocześnie bardzo ważny i atrakcyjny. Sama umiejętność mówienia (na odpowiednim poziomie, idealnie – w zakresie określanym z angielska native speaker), w dwóch językach, szybkiego tłumaczenia bezpośredniego pojęć, zasad pisowni i gramatyki, dostrzegania różnic, odpowiedniego operowania akcentami i ogólnie wymową, łatwością przechodzenia w rozmowie z jednego języka na drugi, daje korzyści i wzmacnia sprawność mózgu. Jest to taki organ w ludzkim organizmie, który na podobieństwo do mięśni, podtrzymuje swoją sprawność i potencjał wtedy, gdy jest do tego zmuszany. Ma to szczególne znaczenie wraz z upływającym czasem, bo i tutaj na wzór muskulatury, nietrenowany umysł najzwyczajniej się osłabia. Zauważyła to nawet mądrość ludowa, wplatając tą zależność w powiedzenie, że „mędrzec na starość mądrzeje, głupiec głupieje”. Jest to również prawidłowość doskonale znana tym, którzy do nauki języka obcego zabierają się w wieku dorosłym. Z każdą mijającą wiosną życia jest to zadanie coraz to trudniejsze. „Mimowolne”, naturalne opanowanie dwóch języków w wieku dziecinnym to jednak nie tylko korzyść wynikająca z uniknięcia przyszłych męczarni studiowania polszczyzny. Bardzo ważne jest tu również zaprzęgnięcie mózgu do wysiłku już od pierwszych lat. A przecież, z jednej strony nawet i „niedostrzegalny” wysiłek, jest wyzwaniem bardzo dużym. Dobra znajomość dwóch (minimum) języków, nawet i dziś, gdy wydaje się czasami że jest to zjawisko bardzo powszechne, nie jest niczym błahym. Mózg dziecka, zmuszony przez naturalną dwujęzyczność do tworzenia większej ilości połączeń między neuronami, staje się bardziej „plastyczny”, podatny do łatwiejszego przyswajania wiedzy, szybszego i bardziej kreatywnego myślenia. A taką bazę można wykorzystywać do kolejnych wyzwań, nauki gry na instrumencie, matematyki, manualnych umiejętności, czy choćby nauki kolejnego języka. Biorąc nawet pod uwagę wszystkie trudności związane z wychowywaniem dwujęzycznym jakże mały to koszt za tak duże, potencjalne korzyści! Przy odpowiedniej pracy i cierpliwości może się to odbyć niemal tak lekko i naturalnie jak nabieranie przez dziecko sprawności fizycznej w wyniku zabaw na świeżym powietrzu. Wymaga i to małych wyrzeczeń, trzeba je odpowiednio ubrać, poświęcić swój czas, uważać, by nie zrobiło sobie i innym krzywdy. Ale sprawność fizyczna, poprawa zdrowia, kontakt z rówieśnikami i wiele innych plusów z nawiązką rekompensuje małe niedogodności. Tak samo sprawa ma się z dwujęzycznością. Nie wchodząc nawet jeszcze w opis zjawisk kultury i narodowości, już te przyziemne korzyści powinny być czynnikiem mocno zachęcającym do równoległej nauki dwóch języków w warunkach emigracji.

Względy kulturowe dwujęzyczności dzieci

Poczucie własnej narodowości można budować na wiele sposobów. Każdy z nich jednak, w mniejszym lub większym stopniu, oprzeć się musi na punktach wyróżniających. W przypadku emigracji do krajów zachodniej Europy może nie być to zadanie tak oczywiste, szeroko rozumiana kultura współczesna, powszechność używanych technologii, mody itp. dość skutecznie rozmywa granice. Na pierwszy rzut oka, ale najczęściej też i na drugi, i na trzeci, nie da się jednoznacznie odróżnić polskiego dziecka od angielskich rówieśników. Sprawa narodowości i dziedzictwa kulturowego nie jest kwestią „odpowiedniego” urodzenia. Odziedziczyć po rodzicach można cechy wyglądu zewnętrznego, elementy charakteru, potencjalne talenty, czy podatność na choroby. Nie da się jednak tą samą drogą przekazać poczucia świadomości narodowej i ogólnie rozumianej polskości. Tutaj należy zaprzęgnąć do pracy długi i żmudny proces wychowania i wykształcania takich postaw, które mogą zaowocować utożsamianiem się kolejnego pokolenia z Polską, jej kulturą, historią itp. Są to zagadnienia o których najczęściej się nie myśli, sam mechanizm jest zwykle automatyczny, odbywa się przez przyswajanie odpowiednich pojęć i postaw „mimochodem”. Tradycje domowe, schematy postępowania, obchodzenie świąt rodzinnych, religijnych i narodowych to przykłady elementów tej szerokiej układanki, która wytwarza w człowieku jego własny obraz swojej odrębności.

W tym kontekście język narodowy jest składową pierwszoplanową. W sposób naturalny, a już szczególnie w warunkach emigracji jest czynnikiem, który wyróżnia i pozwala na pokreślenie odmienności. Odnosić się to może zarówno do jednostki, ale też do rodziny, do stowarzyszenie polonijnego, sobotniej szkoły, parafii itd., i wreszcie – do narodu. Nie ma chyba łatwiejszego sposobu na tak naturalne podkreślenie swojej tożsamości. Poszukiwanie podobnych czynników w cechach fizycznych jest niepoważne i nieuzasadnione, cała energia powinna być skierowana na odcinek kulturowy. Język jest to sojusznikiem wiernym i ważnym. W kraju ojczystym siła jego oddziaływania rozmywa się przez powszechność, pewien rodzaj naturalnego wrośnięcia w tkankę narodową, ale poza ojczyzną tym mocniej uwypuklane są jego zalety w procesie dziedziczenia narodowości. Już kilka zdań zamienionych z polskim rówieśnikiem, w języku niezrozumiałym dla większości otoczenia podkreśla bardzo wyraźnie odrębność i wzmacnia odczucie bycia Polakiem. A jak wspomniano wcześniej – jest to proces odbywający się naturalnie, bez związanego z nim patosu, wynikający niemal jako skutek uboczny bardziej namacalnych korzyści ze znajomości drugiego języka.

Istnieje niemała grupa ludzi na świecie, którzy przyznają się do polskich korzeni, i równocześnie mają duże trudności z używaniem języka polskiego, lub nie mówią w nim wcale. Oznacza to, że sam język nie jest jedynym wyznacznikiem narodowości i istnieje wiele innych czynników, które zawierają się w zbiorze pojęcia „polskość”. Język jest jednak jednym z ważniejszych i ludzie rozumieli to jeszcze wiele wieków przed utworzeniem się dzisiejszego pojęcia narodu. Gdy w początkach naszej państwowości mierzyliśmy się z nieustannym parciem plemion germańskich na nasze tereny (drag nach Osten), nazwaliśmy najeźdźców charakteryzując ich właśnie odmiennością języka. Niemcy – niemi, niezrozumiali dla nas. Istnieje też teoria, że nazwa Słowian wywodzi się od „słowa”, od wspólnoty języka, dzięki której identyfikowano ludzi sobie bliskich. Już w tych czasach, gdy struktura społeczna oparta była na rodach i plemionach, o państwie w dzisiejszym jego rozumieniu, czy narodzie nikt przecież nie słyszał, potrafiono postawić wyraźną granicę w miejscu, gdzie rozlegały się dwie różne mowy. Rozgraniczenie takie miało też później i swoje skutki praktyczne. W XIV wieku, podczas panowania Władysława Łokietka doszło do tłumienia buntu niemieckiego mieszczaństwa w Krakowie. Rozgraniczanie Polak – Niemiec na podstawie samego wyglądu zewnętrznego, czy ubioru mogło być tak samo trudne, jak czasami bywa i dziś na linii Polak – Brytyjczyk. Znaleziono inny sposób, każdy podający się za Polaka, przepytywany mieszczanin musiał odpowiednio wymówić zlepek słów: „soczewica, koło, miele, młyn”. Tych, którzy tego nie potrafili identyfikowano jako Niemców. To brutalny przykład. Ale historia średniowieczna zna także inny, bardziej konstruktywny. Podczas sporów z Zakonem Krzyżackim w sądzie papieskim argument Polski wyjaśniający prawa do zajętych przez zakon ziem opierał się właśnie na języku. Dowodzono, że ludność zamieszkująca sporne tereny jest ludnością polską, gdyż posługuje się językiem polskim. Te dwa przykłady sięgające aż średniowiecza są znakomitym dowodem na rozumienie roli języka w kontekście narodowości. Czas średnich wieków dodatkowo nawet ten czynnik potwierdza, należy tu pamiętać, że były to czasy, gdy pojęcie narodu było dość mgliste. Stosunki społeczne rozumiano wtedy bardziej pojeciami rodu, stanu, poddaństwa itp, dlatego tym bardziej warto docenić, nawet „intuicyjne” połączenie języka z narodem, którego doszukiwano się już przed wieloma wiekami.

Historia nowożytna również daje nam odpowiednie przykłady podkreślające wartość języka w samoświadomości narodowej. Polacy, którzy w wyniku zaborów stali się poddanymi trzech rożnych władców zachowali swoją tożsamość dzięki wielu czynnikom, ale jednym z ważniejszych był z całą pewnością język. Momentami był on celem ataków najcięższych, przecież i Prusak, i Moskal, w ramach prób wynaradawiania Polaków walczyli zaciekle z językiem polskim, i to na wielu frontach. O ile łatwo szło im usuwanie polszczyzny z urzędów, czy oficjalnych pism, tak ciężko było im zwalczać samą mowę, co jednak próbowali czynić. Ale tak jak oni wiedzieli o tym, że sam odrębny język ma ogromne znaczenie w budowaniu poczucia narodowości, tak samo dobrze wiedzieli o tym Polacy. Silny opór stał się wręcz symboliczny, zostając w naszej pamięci w historii dzieci z Wrześni, które zastrajkowały, gdy nakazano im kompletnie usunąć język polski ze szkoły. Chodziło o likwidację ostatniego bastionu polszczyzny w nauczaniu religii. Dzieci i ich rodzice uznali, że jednak „Vater unser” nie jest tym samym co „Ojcze nasz”. Zaborca próbował stłumić opór zgodnie z pruskim modelem postępowania, czyli brutalnością kar fizycznych. Wydarzenia te stały się głośne, protestował chociażby Henryk Sienkiewicz, a echa tamtych wydarzeń brzmią do dziś, protest dzieci z Wrześni jest jednym z lepiej znanych epizodów germanizacji polskich ziem. Dużą rolę w przypominaniu tamtych zdarzeń odegrała Polska Ludowa podsycająca niechęć do Niemców i uwypuklająca „piastowskość” ziem zachodnich. Ale podobnie sprawy miały się w zaborze rosyjskim, gdzie rusyfikacja, zwłaszcza po upadku powstania styczniowego postępowała w coraz to dalsze elementy życia. Widać to np. w księgach parafialnych, gdzie do 1866 roku wypisywano akty (wtedy uznawane również jako urzędowe) po polsku, by później przejść na rosyjski, który obowiązywał, z małą przerwą na rewolucję rosyjską, aż do 1919 roku. Dla tamtych ludzi język był jednym z ostatnich elementów, który pozwalał na przechowywanie pamięci. Walkę o niego podjęto na wielu płaszczyznach, w codziennych, skromnych w swojej skali, elementach życia. I udało się język polski ochronić pomimo dziesiątek lat zmagań. Opisywał to w „Syzyfowych pracach” Żeromski. Przetrwał język, literatura, przetrwał naród. To dobry przykład i dla dzisiejszych Polaków, oraz Polonii. Przykład wskazujący, że język może przetrwać nawet otoczony codziennością obcej mowy, oraz przykład na to jak bardzo może być w zachowaniu pamięci o dziedzictwie narodowym.

Tworzenie obrazu własnej odrębności przez posługiwanie się ojczystym językiem nie jest jedynym czynnikiem, który w szerszej perspektywie pomaga budować tożsamość narodową. Do pewnego etapu jest to proces kierowany i napędzany wolą rodzica. Naturalna jednak kolej rzeczy sprawia, że kiedyś kończy się wspólne recytowanie lub śpiewanie „wlazł kotek na płotek…” i sylabizowanie czytanek. Kolejne kroki, podejmowane wspólnym wysiłkiem ucznia, szkoły (np. polonijnej) i rodzica kończą się opanowaniem umiejętności czytania i pisania po polsku. To tak modelowo, bo istnieją przecież przypadki dzieci urodzonych w polskich rodzinach, potrafiące „się dogadać” w języku rodziców, ale mające duże problemy i z pisownią, i z czytaniem. Ale i nawet w przykładzie idealnym nadchodzi moment, gdy lektury wybiera sam zainteresowany, nie jego rodzic. Bezpośredni dostęp do kultury ojczystej może być czynnikiem bardzo spajającym z korzeniami. Tego oczywiście nie można założyć, ani zagwarantować, musi zaistnieć tu dobra wolna i chęć młodego człowieka. Zagwarantować można za to jedno – zaniedbanie nauki języka w zakresie czytania i pisania może takie próby osłabić, albo nawet skutecznie do nich zniechęcić. Należy to podkreślić szczególnie w przypadku tych osób, którym zależy na przekazaniu dzieciom „polskości”, a którzy zakładają że umiejętności językowe można ograniczyć do samego języka mówionego. Może być to błąd katastrofalny, bo na kowadle potencjalnego zainteresowania i chęci okrywania kultury polskiej wykuwać można trwałe dzieła jedynie przygotowanym wcześniej narzędziem. Tym narzędziem jest oczywiście taka znajomość języka polskiego, które pozwoli na przykład na przeczytanie książki historycznej o cichociemnych. Albo wierszy w oryginale, powieści, czy nawet artykułu publikowanego w sieci. Używanie języka polskiego i sięganie po polskie „treści” w wieku kilku lat jest (mówiąc w skrócie) uzależnione od rodziców. Później jest to kwestia samodzielnego wyboru i oczywiste jest, że równie dobrze wartość i języka, u kultury zostanie zakwestionowana i odrzucona. Ale bez wykształconej w wieku wczesnoszkolnym umiejętności czytania po polsku trudno zakładać, że jest to zadanie osiągalne. Nawet oparcie się na dzisiejszym przekazie obrazu i dźwięku, czego przejawem może być odsłuchanie wykładu, może nie być tak bogate, pouczające i wiążące z kulturą jak samodzielne studiowanie tematu.

Bywa i tak, że jedynym argumentem, branym pod uwagę jako zaleta dwujęzyczności, jest możliwość komunikacji z rodziną. Dziecko uczy się języka polskiego, by móc złożyć babci życzenia, opowiedzieć dziadkowi o szkole itd. Można ten argument rozszerzyć, bo nawet tak „zadaniowo” potraktowany język może być przecież używany poza spotkaniami rodzinnymi. Może być zarówno językiem pozwalającym na rozmowę z innymi Polakami na emigracji, ale i do komunikacji z rówieśnikami nad Wisłą. Dzisiejsze możliwości technologiczne i przeniesienie ogromu interakcji międzyludzkich w sieć internetu sprawia, że bariera odległości staje przeszkodą niemal pomijalną w wielu dziedzinach. A niekoniecznie musi to być kontakt „bezpośredni”, o ile taki może zaistnieć w przestrzeni internetu. Może to być kontakt z polskojęzyczną częścią internetu, dostęp do Twittera, blogów, YouTube. Samo odbieranie takich treści (oby jak najwyższych lotów) powodować może pogłębienie rozumienia wydarzeń w Polsce, mentalności ludzi, ich postrzegania świata itd. I znów, w kolejny, naturalny, sposób może pogłębiać więź z krajem pochodzenia rodziców. Takich możliwości nie miało wiele generacji Polaków, którzy emigrowali na długo przed nami. Ale po raz kolejny, by do podobnego zjawiska mogło dojść musi być zbudowana wcześniej podstawa. To na niej mogą później połączyć się równocześnie dwa zjawiska: jednoczesne poznawanie Polski i utrwalanie przez to umiejętności językowych. Jedno i drugie jest ze sobą powiązane i wzajemnie potrzebne.

Ten rodzaj sprzężenia zwrotnego wydawać się może niedoścignionym ideałem i utopijną wizją zwłaszcza w kontekście szarości dnia codziennego i zwykłych trudności, a już szczególnie, gdyby wziąć pod uwagę całą listę zastrzeżeń i uwag zawartych w całym eseju. A przecież to jedynie wycinek elementów składających się na poprawną polszczyznę, omówiona została jedynie mała część bezpośrednio powiązana z emigracją do kraju, gdzie wiodącym językiem jest język angielski. Ale już tych kilka przykładów może zniechęcać bardziej, niż skłaniać do pracy nad własną polszczyzną, oraz polszczyzną dzieci. Rzecz jednak w tym, że podobnie jak i w każdej innej dziedzinie życia zagadnienie nie sprowadza się do osiągnięcia ideału, bo jest to zadanie a priori skazane na niepowodzenie. Same próby, podjęcie wysiłku i systematyczna, nawet niewielka praca muszą stać się celem samym w sobie. Co w zamian? Tego nie wiem i gwarancji na pozytywny wynik, a nawet na satysfakcję nikt rozsądny dać nie może. Wierze jednak, że – znów, jak to w życiu – warto próbować. Warto mówić po polsku, warto starać się to robić w sposób poprawny, warto okrywać piękno polszczyzny w każdym jej przejawie i warto ją przekazać dzieciom. Szczególnie wtedy, gdy chce się im przekazać również poczucie polskości.

Autor: Andrzej Smoleń

https://twitter.com/andrzej_smolen

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.