FELIETON ANDRZEJA SMOLENIA

         W ostatnich dniach szeroko komentowany jest, ogłoszony przez polski rząd, plan nazwany „nowym ładem”. Zawierać ma odpowiedzi na wyzwania, które pandemią postawiła przed polską gospodarką, ale zakres propozycji jest szerszy, przykładem jest zapowiedź zwiększenia godzin lekcji historii w szkołach. Uznać go można więc za rodzaj wizji i drogowskazu wyznaczonego przez kierownictwo państwa polskiego. Już na podstawie powyższego można usprawiedliwić zajmowanie się tym tematem na emigracji, ale jest też inny powód, który choć w sposób pośredni, jest związany z Polakami poza granicami kraju. Postaram się to uzasadnić i zamierzam też zamieścić kilka cytatów z innych moich felietonów, napisanych w przeciągu ostatniego roku. Po pierwsze – z lenistwa, by nie musieć powtarzać tego samego po raz kolejny. Po drugie – by zaznaczyć, że niektóre zagadnienia są niezależne od codziennych wydarzeń i wymagają szerszej perspektywy, czasowej i mentalnej.

         Najwięcej emocji w rządowym planie budzi kwestia podatków. Od strony technicznej odsyłam do opracowań specjalistów. Na szczęście rzeczywistość tą opisuję się twardą matematyką i interpretacjom mogą podlegać intencję, ale nie skutki, a one są dość jasne. Bez wchodzenia w dyskusję, czy prawe to, i czy sprawiedliwe, zapowiadane zmiany zmniejszą zobowiązania podatkowe tym Polakom, którzy zarabiają najmniej, zwiększając je tym, których dochody są, jak na polskie warunki, średnie i wysokie. Impulsem do napisania niniejszego felietonu była moja próba znalezienia pozytywnych skutków, wynikających z „nowego ładu”. Znalazłem jeden, ale niestety jest to pozytyw słodko-kwaśny, bo traktować go jako wartość dodatnią można jedynie, biorąc pod uwagę pozycję polskiej gospodarki na światowym tle.

         W liczbach bezwzględnych, po wprowadzeniu zmian, więcej gotówki zostanie w kieszeniach osób mniej zamożnych. Pozytywne dla krajowego rynku jest to, że gotówka ta najpewniej zostanie puszczona w ruch i w dużej części pozostanie w lokalnym obrocie. Pozwoli ona na nabywanie rzeczy raczej pierwszej potrzeby, nisko-technologicznych produktów i lokalnych usług, a więc to, co produkuję polska gospodarka. Osoby bardziej zamożne, kierują swoją uwagę i nadwyżki zasobów w stronę dóbr, których nie jesteśmy w stanie wytwarzać. Mam tu na myśli nowoczesną elektronikę, samochody, czy usługi poza krajem (turystyka). Nie jest to oczywiście reguła i prawo dotyczące każdego, ale założyć można, że tak rozkładają się akcenty. Ponadto, lekka nadwyżka gotówki u osób mniej zamożnych nie spowoduję odruchu jej odłożenia, czy inwestowania, co mogłyby zrobić osoby bardziej zamożne, a zostanie przeznaczona na konsumpcje i zwiększy popyt wewnętrzny.

         Powyższe argumenty mogą być brane jako pozytywne tylko wtedy, gdy uznamy, że nie chcemy zmieniać obecnego stanu rzeczy, w którym Polak nie kupi nigdy wysoko-technologicznego produktu wytworzonego w Polsce. Nie mam tu na myśli „złożonego w Polsce”, bo w grę wchodzi tutaj cała otoczka wiedzy, półproduktów, dostawców i kapitału.

         Kilka miesięcy przed pandemią (jak to brzmi, prawda?) służbowo odwiedzałem targi dość szeroko pojętego przemysłu „jachtowego”. Trafiłem tam na stoisko polskiej, rządowej agencji, promującej polskie firmy, zajmujące się produkcją jachtów. Zaciekawiony pytałem o możliwości rodzimych producentów. Zapytany pracownik chętnie prezentował szeroki wachlarz jachtów produkowanych w Polsce: morskie i śródlądowe, małe i duże, drogie i bardzo drogie… „Bo wie Pan…”-w pewnym momencie powiedział mój rozmówca – „Mam czasami niemałą frajdę, gdy uświadamiam Brytyjczykom, Niemcom, czy Francuzom, że jesteśmy w czołówce produkcji jachtów. Bywają naprawdę zdziwieni widząc twarde dane.” -”Gdzie w takim razie polscy producenci?” – zapytałem – „Naszych firm na targach jest kilka, a angielskich, niemieckich, czy francuskich setki.” – „To dlatego, że to nie targi gotowych jachtów, a bardziej technologii i podzespołów.” – padła odpowiedź. Dotarło do mnie wtedy, że to co naiwnie rozumiałem jako polski przemysł stoczniowy, to nie rodzime konstrukcje opierające się na własnych podzespołach i rozwiązaniach, a jedynie końcowy etap produkcji.

         Ten przykład to tylko mała cegiełka dużej ściany do której doszliśmy przeze ostatnie 30 lata. Ciężką pracą udało się Polsce wyrwać z marazmu przestarzałej i niewydolnej gospodarki sprzęglonej z radzieckim blokiem. Jako podwykonawca zachodnich firm zbudowaliśmy i budujemy dobrobyt kraju, ale powoli zbliżamy się do miejsca, gdzie nie będzie przestrzeni na dalszy rozwój. Nie będzie go, jeżeli nasza gospodarka nie da rady wytwarzać własnej technologii i rozwiązań w dziedzinach naprawdę się liczących na świecie. Proszę zwrócić uwagę na jakich polach rywalizują współczesne potęgi gospodarcze: przemysł zbrojeniowy, automatyzacja i robotyka w produkcji, przemysł kosmiczny, motoryzacja, technik telekomunikacyjne, internet rzeczy, przemysł farmakologiczny i nowoczesne technologie medyczne. Czy w którejkolwiek dziedzinie próbujemy rozpychać się łokciami i wejść do pierwszej ligi? Przy szczerym szacunku dla ciężkiej pracy polskiego rolnika, górnika, producenta mebli, okiem, czy firm transportowych, nie są to niestety branże zmieniające reguły gry na światowej planszy.

         Powyższe słowa pisze jako człowiek, który przez wybór ścieżki zawodowej, odczuwa je na własnej skórze. Korzyści z dołączenia do świata atlantyckiego, w mojej małej, jednowymiarowej perspektywie są jednoznaczne. Możliwość pracy blisko najnowszych rozwiązań technologicznych i wdrażania ich nawet w malutką cześć rzeczywistości, jest przywilejem, którego w szerokiej perspektywie, pozbawieni byli polscy inżynierowie chyba już od początku rewolucji przemysłowej. Z drugiej strony znam bolączki i ambicję kolegów po fachu nad Wisłą, gdzie czasami wydaje się, że różnica sił, wywołana podziałem świata w czasie zimnej wojny, jest nie do przekroczenia, co potęguje sąsiedztwo tak mocnej gospodarki, jak niemiecka. Nie jest to wywołane naszą nieudolnością, a jest wynikiem splątania się wielu czynników, jak choćby potrzeba transformacji na początku lat 90-tych, niedobre naleciałości mentalne u części kadr zarządzających, brak zgromadzonego, własnego kapitału, czy wewnętrzna polityka państwa.

         W oczywisty sposób przebicie owego muru jest niewykonalne przez napędzanie wewnętrznej konsumpcji, bo choć zwiększenie zasobności portfela pojedynczej osoby jest zjawiskiem pozytywnym, nie zawsze pozwala na szerszy rozwój i długofalowe korzyści. „Nowy ład” obcina zasoby tej grupie społecznej o którą należałoby się oprzeć, mając ambicję budowania gospodarki wytwarzającej coś więcej, niż surowce, płody rolne i produkty montowane z gotowych podzespołów. A jak już nadmieniłem program ten pokazuję szerszą wizję dla kraju. Nie zabrakło miejsca na zwiększenie godzin historii w szkołach, a brakło dla wizji zwiększenia naszego potencjału techniczno-gospodarczego. Piszę to ze smutkiem. Nawet jako w pewnym stopniu niespełniony historyk, fascynujący się życiem ludzi w minionych wiekach, potrafiący urywać sobie godziny snu na szperanie po dostępnych online archiwach, naprawdę nie potrafię zrozumieć dlaczego kładziemy akcent na przeszłość, zaniedbując przyszłość.

         Przyszła mi na myśl pewna dygresja, w nawiązaniu do owej przeszłości. Ostatnimi laty jest to pewien zauważalny element polskiej polityki, nawet jeżeli wykorzystywany jedynie na użytek wewnętrzny. Kraj, który używa poczucia krzywdy po minionym wieku, którego przedstawiciele potrafią głośno wspominać o wystawieniu rachunku „za zniszczoną Warszawę”, równocześnie wprowadza zmiany gospodarcze, które – upraszczając – polegają na transferze gotówki, którą polska gospodarka wypracowuje jako podwykonawca gospodarki niemieckiej, i nie czuje z tego powodu dyskomfortu. Nie potrafię zrozumieć, choć wiem, że zadanie to niesłuchanie trudne, dlaczego nie podejmowane są choćby próby, plany, czy zapowiedzi zmiany tego stanu rzeczy. Gra toczy się tu nie o bieżące obciążenia podatkowe, a o długofalowe skutki. Mówiąc bardziej dosadnie: nie może zaspokajać naszej ambicji to, że Polak nie musi jeździć na zbiory szparagów do Niemiec, naszym celem powinno być równanie, a przynajmniej podjęcie gry o wejście na ten sam poziom techniczny i gospodarczy. Potrafiła to zrobić zniszczona wojną Japonia, zniszczone wojną Niemcy, biedna Korea Południowa i zniszczone komunizmem Chiny.

         Co to ma wspólnego z nami, polską emigracją? Po pierwsze, jest to bardzo często bezpośrednia przyczyna naszych wyjazdów, skutkiem czego, jako kraj, pozbywamy się rzeczy chyba najcenniejszej: naszych zasobów ludzkich.

         Różnica potencjałów wywołuje ruch, nie inaczej jest w przypadku Europy, jej silnego rdzenia i biedniejszych peryferiów. Można się nie zastanawiać nad tym w codziennym życiu, ale ta siła przyciągania ludzi i towarzyszących im pomysłów i ambicji jest bardzo łatwo wyczuwalna, zwłaszcza przez osoby, które tę podróż już odbyły. Przykładowo łatwiej  otworzyć firmę w miejscu, gdzie mieszka wielu potencjalnych klientów dysponujących gotówką. Oczywiście konkurencja jest proporcjonalnie duża, ale pomysł zakładania podobnej działalności na wyludnionych stepach Mongolii, czy w środku rosyjskiej tajgi, nie brzmi przecież jak doskonały pomysł. To tutaj potrzebne są siły ludzkie do utrzymywania w ruchu kół zamachowych ekonomii. To tutaj ktoś musi dbać o infrastrukturę, obsługiwać maszyny w fabryce, jeździć autobusem, leczyć zęby itd.  Niebieski banan (określenie na rozwinięty gospodarczo rdzeń Europy) wymaga także odpowiednich kadr do obsługi administracyjno-prawnej. Nie jest więc przypadkiem, że renomowane uniwersytety mają swoje siedziby w jego obrębie. Kultura i sztuka także ma łatwiej na obszarze, gdzie łatwiej jej o potencjalnych odbiorców. Niebieski banan z tych powodów jest miejscem atrakcyjnym dla Polaków, odkąd tylko otwarto możliwości swobodnego przekraczania granic i osiedlania się w dowolnym miejscu UE. W samej, najbardziej nas interesującej, Wielkiej Brytanii, przebywa, wg. różnych wyliczeń, ponad milion Polaków. Przyciąga nas praca, większe możliwości, swoboda działania, możliwość kształcenia się na uczelniach o setki pozycji wyprzedzających w rankingach rodzime, ambicja usadowienia się na wyższej grzędzie w światowym kurniku. Jakkolwiek nie nazwiemy kierujące nami motywacje i pragnienia, związane są jednoznacznie z różnicą, rozpisaną na różnych płaszczyznach, pomiędzy niebieskim bananem, a jego otoczeniem.

         Drugim czynnikiem łączącym nas, emigrację, z wizją rozwoju Polski jest rola Polonii w przypadku potencjalnego podjęcia rękawicy i próby rozbicia ściany średniego rozwoju. Zapewne elementem szerszej strategii byłaby próba odwrócenia skutków emigracji, choć w części odzyskanie kapitału ludzkiego rozproszonego dziś po różnych krajach Europy. Doświadczenia wynikające z życia w innych kraju i pracy w realiach, które dają długoletnie tradycje techniczne i kapitałowe, też mogłyby być bardzo wartościowe w szerokim planie budowania silnej państwowości. Ale na to, najprawdopodobniej, będziemy musieli jeszcze zaczekać.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.