Felieton to specyficzną forma publicystyki. Pozwala na wiele, z zasady jest osobisty, pokazuje subiektywne spojrzenie autora, nie ma utwardzonych ram ograniczając formę. Wydawać się może, że taki przepis to prosta droga do nieszablonowych treści i ciekawych zabaw słowem. Co jeszcze może chcieć autor po otrzymaniu pełnej swobody w doborze tematu, możliwości pisania „po swojemu” i dodatkowo, z samej definicji, pisząc o tym jak sam widzi rzeczywistość, i jak ją przeżywa? A jednak świetnych felietonów, mistrzów pióra, widowiskowej publicystyki jest jak na lekarstwo. Pisać, tak po prostu pisać, potrafi niewielu, to pokłosie stopniowego odchodzenia od pisma w ogólnym przekazie myśli i wiadomości. A pisać tak jak felieton zezwala, bez sztywnych reguł i z pełną swobodą do przelania na papier subiektywnych myśli – okazuje się, że to wyzwanie jeszcze większe. Osobisty ton felietonu powinien dawać możliwości do ciekawego operowania piórem, do lekkości myśli, do wykorzystania dużej części potencjału, jakie daje publicystyka. Rzeczywistość jest jednak najczęściej odmienna, to „osobiste” w felietonie ciąży najbardziej, a forma zazwyczaj staje się mocno kanciasta, wygładzana na siłę dodatkowymi przymiotnikami, co jeszcze bardziej pogarsza sprawę. Dlatego też, rozwiązaniem stosowanym przez wielu jest pisanie tak, jak „się mówi”, czyli spisywanie swoich myśli bezpośrednio z głowy, czasami nawet w formule wewnętrznego dialogu i dyskusji z wymyślonymi zarzutami.

To, że jest to prosty środek, wcale go nie deprecjonuje. Jego umiejętne wykorzystanie może prowadzić do celu jakim jest dobry felieton. Ale najczęściej połączenie wszystkich tych czynników sprawia, że felietony, ale też bardzo pokrewne im wpisy na blogach, czy posty w social mediach, pobrudzone są kleksami grafomanii. A kleks taki to niewymiernie przykra sprawa. Przyciąga uwagę, zaciemnia część tekstu, a czasami rozlewa się tak szeroko, że zupełnie przykrywa treść. Znam te kształty grafomańskich plam doskonale, w tekstach innych osób rzucają się w oczy, a w swoich tak kłują, że aż bolą. Książka wydana jako zbiór felietonów to potencjalne pole minowe. Nieodpowiednia maniera może pomnożyć się przez liczbę tekstów, sprawiając że odbiór całej książki zostanie przez nią zdominowany. „Mentalistka” Róży Wigeland jest wolna od takiej przypadłości. Są momenty, gdzie dany zabieg jest dość mocno wyeksponowany, np. szatkowanie zdań do jednego słowa, by później odbić w stronę zdań złożonych. Umiejętność dobierania stylu w poszczególnych partiach tekstu jest bardzo duża zaletą i odmianą w świecie zataczającego coraz szersze kręgi wtórnego analfabetyzmu.

Sama treść to 22 felietony dość szeroko rozłożone w czasie i w przestrzeni. Są to osobiste obserwacje lub wspomnienia, opisane wydarzenia z życia zawodowego lub prywatnego. Tutaj pojawia się kolejne pułapka w którą może wpaść każdy, kto próbuje pisać felietony nacechowane tak osobistym spojrzeniem i uczuciami. Jest nią infantylność samego opisu i wniosków, próba pogłębienia banału, złote myśli plecione na siłę z nieodpowiedniego materiału. Po raz kolejny jednak i ta bomba została rozbrojona przez autorkę z takim spokojem, że nawet nie widać miejsc, gdzie tekst mógłby być wygładzany z lejów po takich wybuchach. Każdy rodzaj twórczości wymaga łapania i korekcji balansu, by nie przeważyła groteska lub absurd. W zbiorze felietonów „Mentalistka” ta równowaga pomiędzy stylem, uczuciami, obserwacjami i wnioskami została zachowana.

Książka “Mentalistka” jest już dostępna do wypożyczania w naszym klubie książki. Wkrótce również odbędzie się spotkanie autorskie z panią Różą Wigeland

Polskie Merseyside

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.