Muszę się przyznać, że tekst ten planowałem już od dawna. Ważny był dla mnie czas jego publikacji, chciałem by ukazał się w momencie oddalonym od rocznicy co najmniej o kilka miesięcy. Zależało mi na tym, by dało to możliwość na spokojne i chłodne podejściu do tematu, na nieskrzywiony obchodami odbiór faktów. Plany, jak zwykle to bywa, wzięły w łeb. W momencie kiedy kreślę wstęp trwa już lipiec, co oznacza że artykuł ujrzy światło dzienne w okolicach 1 sierpnia. Skoro już tak być musi, może to akurat nie przypadek? Być może nawet to szczególne, emocjonalne napięcie towarzyszące Polakom początkiem sierpnia, paradoksalnie będzie mi pomocne? Wiąże się to z niezapisanymi i raczej luźnymi założeniami, które sobie wyznaczyłem, gdy tylko podjąłem pierwsze próby pisania felietonów. Motywacje zresztą by to zrobić były bardzo osobiste, a cele niewygórowane, nie o Pulitzera tu chodziło. Z tego powodu jednak ograniczenia i ramy konstruowania przekazu mogły pozostać dość sztywne, a niewielkie zasięgi moich tekstów wywoływały bardzo szczególny rodzaj odpowiedzialności. Przed samym sobą.

         Ta samokontrola dość dobrze sprawdzała się do tej pory, jeżeli jakiś mój przeszły tekst budzi grymas niesmaku, to jedynie ze względu na styl, nie z powodu treści, lub formy przekazu. Dziś jednak te zasady nie będą obowiązywać i nie będę unikał uciekania się do emocji, próby zagrania na uczuciach czytelnika. Do tej pory starałem się nie nadużywać tego zabiegu, a jest on tak bezczelnie często stosowany, że przekracza to granice dobrego smaku i uczciwości. Próba poruszania czułych strun w duszy odbiorcy jest dziś powszechną taktyką w chyba każdej możliwej dziedzinie przekazu. Przybiera to formy czasami prymitywne, czasami wyrafinowane, ale to na tym polu toczy się walka o uwagę, o czas, o jakość rozrywki, o siłę argumentów. W moich założeniach starałem się uciekać od takich metod, próbując ewentualnego czytelnika zachęcić raczej do refleksji, niż do odruchu. Nie wynika to wcale z mojej krystalicznie czystej natury, taki trop byłby błędny. To właśnie, wcześniej już wspomniane, osobiste motywacje do pisania, wymogły taki, a nie inny paradygmat. Oczywiście podobne chwyty pojawiały się w poprzednich tekstach, ale raczej jako uzupełnienie ich konstrukcji  próba uatrakcyjnienia. Dzisiejszy temat wymógł częściowe zawieszenie tych zasad. Częściowe dlatego, że przed atakiem emocji, uczuć i wzniosłych odruchów można się bronić tarczą argumentów, i taki też mam zamiar. Ale to nie wystarczy. Żeby się zza tej tarczy wychylić i uderzyć w samo sedno wariackiej, szalonej, obłąkanej wręcz narracji należy użyć broni emocjonalnej. Inna metoda, moim zdaniem, nie ma najmniejszych szans powodzenia.

         Ofiarą emocjonalnego przekazu padła pamięć o powstaniu warszawskim. W latach powojennych na emigracji próbowano rozliczać jego skutki i robiono to raczej w sposób stonowany. Lata 90-te również były wolne od coraz mocniej wzrastającej legendy powstania i charakterystycznego od kilkunastu lat, coraz mocniejszego wpływu na patriotyczną świadomość i postawę Polaków. Symbol Polski walczącej, kojarzonej przez niektórych tylko z powstaniem lądował coraz częściej na przedmiotach codziennego użytku, a nawet w miejscach absurdalnych i uwłaczających „kotwiczce” dla każdego, kto miał szacunek do wszystkich wartości i dzieł, które ten znak reprezentują. Obchody stawały się zaraz to bardziej uroczyste, a szacunek dla żyjących jeszcze, walczących w postaniu osób, zamienia się w rodzaj kultu, podobnego do tego, który kształtował młode pokolenia w XX-leciu międzywojennym, czczących żyjących bohaterów powstania styczniowego. Trudno nie odnieść wrażenia, że przypomina to obrót dziejowego koła i przerażająca jest w tym myśl, że cykl ten mógłby się zamknąć znów w tym samym punkcie, że kolejny punkt startu ze zgliszcz i znad mogił mógłby mieć początek w drodze po łuku, gdzie znalazło się wszystko co szlachetne w pamięci historycznej, a zabrakło jedynie refleksji i odwagi do podparcia tego łuku cięciwą refleksji. Wszystko powyższe powoduję, że powstanie warszawskie zyskało status niemal świętości, miasto relikwii, a męczeństwo Warszawy zostało fundamentem nowoczesnego patriotyzmu. Te religijne porównanie nie jest tutaj przypadkowe, wystarczy zwrócić uwagę na zaciętość ataków w stronę osób o krytycznych poglądach dotyczących powstania – przypominają te, które wywoływane są naruszeniem cienkiej granicy, chroniącej tabu dla wielu najcenniejsze. Wystawienie się na zalew epitetów i oszczerstw nie jest przyjemną sprawą, a trudności dodaje fakt, że przyjęcie polemicznej pozycji wymaga też, przynajmniej u niektórych, nagięcia zakorzenionego w duszy, polskiego postrzegania dziejów i narodu, oraz wynikających z tego postaw. To spadek po czasach, gdy formowały się nowożytne państwa, a naród nie posiadający swojej trwałej, materialnej i wojskowej siły do zarządzania, zaufał sile ducha i oddał przywództwo poetom.

         Łatwo ulec temu urokowi. Wers „Tramwajem jadę na wojnę” oddaje wiele i jest na tyle piękny, że przysłania – biorąc pod uwagę cały kontekst – kompletny absurd sytuacji. Tak nawiasem mówiąc – przepraszam za dygresję – ten sam wers mógłby być użyty do opisania innych zdarzeń i miałby zupełnie przeciwstawną wymowę. Mam na myśli wyprawę kijowską z roku 1920. Jeden z polskich oddziałów otaczających Kijów, pojechał tramwajem z przedmieść do centrum miasta, wziął w niewolę rosyjskiego oficera i wrócił do swoich. Spotkałem się kiedyś nawet z wersją, że „nasi”, z prawdziwie ułańską fantazją, zapłacili wtedy za przejazd! Po przeszło dwudziestu latach przejazd tramwajem z „zimnem lufy visa w nogawce spodni” jest inny, i każdy kto odczytuję lub słucha tych słów, wie czego zaczątkiem jest ta podróż i jaki będzie koniec powstania. Pomimo tego w zbiorowej świadomości nie jest to powód do refleksji nad wydarzeniami, które zburzyły państwu stolicę i odebrały setki tysięcy jej dzieci, ale wywołuje niezdrowe emocje romantycznej dumy z ofiary tamtych ludzi. Jak wspomniałem, jest to nasza przypadłość i łatwo przyswoić sobie ten punkt widzenia, który podpierany jest przez rozkładnie akcentów w nauczaniu polskiej historii, literatury, przez interpretację faktów historycznych, przez traumę utraty państwowości i ciągłe odczuwanie napierających ze wschodu i zachodu sił.

         Złożyło się u mnie tak, że w Warszawie zacząłem bywać dopiero po wyjeździe na stałe na emigrację. Dodatkowo zawsze były to wyjazdu służbowe, co sprawiało, że zamiast stolicy widziałem jedynie wnętrza. Wnętrze zakładu pracy, wnętrza hoteli, lokali, taksówek. Raz jednak zdarzyło się, że przez dwa popołudnia, mając do dyspozycji dosłownie kilka godzin, mogłem po Warszawie pospacerować. Nie znając miasta, chodząc bez planu po starówce, razem z moim towarzyszem, trafiliśmy nagle na znany bardzo dobrze chyba każdemu polakowi pomnik małego powstańca. Wykonany jest on wprost wspaniale, jakby materializując ducha zawartego w naszym dziejopisarstwie i literaturze! Idealnie wpisując się w poetycką, emocjonalną, uduchowioną narrację uzasadniania szeregu idiotycznych decyzji, tragicznych pomyłek i zbrodni na własnym narodzie. Kilkuletni chłopiec stoi z przewieszonym pistoletem maszynowym na szyi. Ubrany jest w „za duże”. Za duże ma buty, za dużą bluzę „panterkę”, przewiązaną pasem, za duży w końcu jest jego hełm, niepasujący zupełnie do małej, chłopięcej główki. Na hełmie oczywiście powstańcza, biało-czerwona opaska. Wszystko nastawione na efekt, na wywołanie emocji, na zestawienie niewinności malca z grozą rynsztunku bojowego. W realnych warunkach nie dostałby raczej karabinu do ręki, uzbrojenie powstańców było tak słabe, że broń maszynowa nie mogłaby zostać oddana do obsługi kilkulatkowi. Pomijam tu kwestię przeszkolenia, możliwości utrzymania karabinu w rękach, wytrzymałości malca na odrzut przy strzelaniu itd. Prawdopodobnie liczyć mógł jedynie na butelkę z benzyną, istniały przecież całe drużyny chłopców tak uzbrojonych, tzw. butelkarzy. Ubranie, które ma na sobie spowodowałoby jednie, że ciężki hełm, za duże buty i za duża bluza krępowałaby mu ruchy. Dziecko, zwłaszcza tak małe, wysłane do walki na barykadach powinno być raczej lekko ubrane w dopasowane ubrania, by nic nie krępowało mu ruchów. Będąc w zbyt dużym mundurze, przez brak  mobilności, mógł stać się łatwym celem i nie miał dużej wartości  bojowej. Te wątpliwości wychodzą jedynie po krótkiej chwili namysłu W pierwszej chwili jednak pomnik doskonale spełnia swoją rolę – przykuwa uwagę i budzi emocje. „Co przedstawia pomnik” – zapytał wtedy mój towarzysz, a mi przez głowę przebiegało galopem tysiące myśli. Jak człowiekowi, pochodzącemu z kompletnie innej kultury, z  innego kontynentu, poruszającego się w ramach obcych dla europejczyka niepisanych kodeksów i zwyczajowych praw, wytłumaczyć dziecko, walczące z regularną, zaprawioną na froncie armią? Nie pamiętam już dokładnie co wtedy odpowiedziałem, ale chyba po raz ostatni wygrała we mnie próba przełożenia szaleństwa na emocjonalną dumę.

         Jeżeli komuś nie zazgrzytał niemile poprzedni wykaz punktów wskazujących na to, że przedstawiony na pomniku chłopiec nie mógł być wartościowym żołnierzem, to odpowiadam, że to właśnie on przedstawia. Obrońca Warszawy. Bojownik za wolność moją i twoją. Dziecko w mundurze, stające do walki z pełnoprawną armią.

         Powstanie warszawskie pochłonęło 200 tysięcy istnień. To więcej, niż ofiary bomb atomowych w Hiroszimie i Nagasaki. To więcej niż liczba poległych w całej kampanii wrześniowej. To liczby, które jednak nie trafiają mocno do sumienia narodu. Oddając hołd poległym walczącym, zapomina się często o zabitych cywilach. Wspominając bój bez broni pomija się odpowiedzialność tych, którzy do tej walki wydali rozkaz. Mówiąc o niezłomności polskiego ducha, które powstanie dowiodło, nie dodaje się o politycznej jego klęsce. Wskazując na mury podziurawione kulami, łatwo też zapomnieć o tych murach, które zburzono już na zawsze. To wszystko powyżej to scheda po powstaniu. To także części składowe naszej wiedzy o tych wydarzeniach, którymi zajmują się historycy. O tym, że mają bardzo niewdzięczne zadanie już pisałem. Niemniej jednak, dzięki ich pracy poznajemy fakty, które dzieżko ignorować. Znamienne jest to jednak, że i one potrafią być omijane w masowym odbiorze powstania, przemilczane, albo przeinterpretowane na taką stronę, by załagodzić ich wydźwięk.

         Powstanie wybuchło na określonym tle historycznym. Wydarzenia poprzedzające walki nie są owite nieprzenikniętą mgłą wojny. Wiemy co działo się na froncie, w gabinetach polityków i wiemy co działo się w sztabach. Znamy nastroje wśród Armii Krajowej, wiemy jaki przyszły kształt świata wyłaniał się w zbiorowej świadomości Polaków i polskich polityków. Na tle tym postanie wywołano mając sprecyzowany cel. Innymi słowy: nie chodziło o to, żeby tylko zabijać Niemców, chodziło o to, by zabijanie Niemców przyniosło zakładane korzyści. Decyzja zapadała w dwóch tandemach: kierownictwo cywilne – armia oraz Londyn – Warszawa. Zryw powstańczy nie był oddolnym, spontanicznym aktem konspiracyjnej młodzieży. Spotkałem się kiedyś z argumentem, że nawet bez rozkazu rządni odwetu młodzi warszawiacy i tak by powstanie wywołali. Ten argument wywołał złość u żyjącego uczestnika powstania, który odpowiedział, że Armia Krajowa była formacją wojskową, zdyscyplinowaną i słuchającą rozkazów, nie była bandą, której nie można było ujarzmić w jej chęci walki. Powstanie miało cel i cel ten miał być zrealizowany przez armię na rozkaz cywilnego dowództwa. Było nim wyzwolenie miasta przed wkraczającymi Sowietami, co miało przynieść korzyści polityczne, lub „moralne” wobec świadomości o przegranej polskiej sprawie, o oddaniu Polski w krąg wpływów Stalina. Środowisko Londyńskie doskonale wiedziało, że polityczny cel jest nie do zrealizowania. Błędem „Londynu” było brak jednoznacznego, kategorycznego, nagłośnionego rozkazu zabraniającego walk. Decyzję pozostawiono Warszawie, gdzie sprawa rozstrzygała się w gronie wojskowych. Delegat rządu formalnie ową decyzje jedynie zatwierdził. Nie ma tu miejsca na kreślenie bardzo szerokiego tła historycznego. Odsyłam jedynie do poszukania informacji o przebiegu akcji „Burza”, która daję odpowiednie światło o wiedzy wysokich szarżą oficerów AK o zamiarach i intencjach Sowietów. Być może należałoby w części usprawiedliwić ich, biorąc poprawkę na to, że jako wojskowi mogli zupełnie przestrzelić z politycznymi rachubami. Problem polega jedynie na tym, że w takim scenariuszu ich postrzeganie rzeczywistości było co najmniej naiwne. Najmocniej obciąża to generała Bora-Komorowskiego, który wydał rozkaz. Jego umiejętność odczytywania realiów geopolitycznych wskazuję nagrany a latach 50-tych wywiad dla amerykańskiej telewizji, w której zapowiada nieunikniony w najbliższym czasie wybuch III wojny światowej. Swoją drogą jego spokój i brak rozstroju nerwowego wskazują na to, że ludzie tacy ulepieni są z zupełniej innej gliny. Człowiek, który rzucił do walki tyle wartościowych, młodych istnień i walkę tę przegrał, zostawiając ich szczątki pod gruzami stolicy spokojnie rozwodzi się nad potencjalną, kolejną, światową rzezią. Co gorsze jednak, wojskowi biorąc na siebie kompetencję polityków i podejmując decyzję o powstaniu, nie wykonali dobrze też swojej pracy. Ich rachuby wojskowe były chybione, a głosy rozsądku przekrzykiwane absurdalnymi odpowiedziami. W kolejnym akapicie znajdzie się na nie miejsce. Decyzję podjęto mimo wiedzy o bardzo słabym uzbrojeniu powstańców i o brakach w wyszkoleniu. Liczono na desant brygady spadochronowej generała Sosabowskiego, co było mrzonką ze względu na odległość od Anglii i logistykę takiego planu. Podobnie sprawa miała się z uzbrojeniem, które dotarło zrzutami w śladowych ilościach dokładnie z takiego samego powodu! Co najgorsze jednak, widząc bardzo szybko dysproporcję sił i brak szans na powodzenie powstania nie podjęto decyzji o kapitulacji by ratować co tylko się da. Pozwolono na rzeź. A ginęli przecież nie tylko powstańcy! Mordowano cywilów, brano odwet na niewinnych osobach. Obciąża to sumienie Niemców, ale odpowiednio wczesna decyzja o przerwaniu walk, gdy było doskonale wiadomo, że zakończą się one tylko klęską, mogła uratować wiele tysięcy istnień.

         Jak wspomniano, główna odpowiedzialność ciąży na Borze-Komorowskim, jako na głównodowodzącym AK i generale, który wydał rozkaz wszczęcie powstania. Był on człowiekiem niezdecydowanym, bojącym się ciężącej na nim odpowiedzialności w takim stopniu, że zarządzał w sztabie głosowania. Niestety uległ on presji frakcji do powstania dążącej. O ile na Borze-Komorowskim można złożyć odpowiedzialność wynikającą z jego funkcji, która go przerosła, tak moralna wina ciąży na innym generale – spiritus movens decyzji o powstaniu – generale Leopoldzie Okulickim. Jest to powstać na wskroś niejednoznaczna i ciekawa, osobiście mnie tez bardzo interesująca, gdyż Okulicki urodził się kilka kilometrów od miejsca w którym spędziłem większość życia w Polsce. Życiorys do czasów okupacji miał wręcz piękny i inspirujący. Urodzony w chłopskiej rodzinie walczył jako młody chłopak w legionach. W wojnie polsko – bolszewickiej odznaczył się odwagą i męstwem tak bardzo, że zasłużył na Virtuti Militari, którym odznaczył go sam marszałek Piłsudski. Kampanię wrześniową rozpoczął jako podpułkownik, walczył w obronie Warszawy. Działał w konspiracji, najpierw na ziemiach okupowanych przez Niemców, później we Lwowie zajętym przez Sowietów. Tam został ujęty, uwięziony w Moskwie i torturowany. W ramach amnestii po układzie Sikorski-Majski formował z generałem Andersem polski korpus w Iranie. Przed samym wybuchem powstania wysłany został z misją do Warszawy przez generała Sosnkowskiego. Napisałem wcześniej, że niestety zabrakło ze sztabu generalnego jednoznacznego, głośnego rozkazu zabraniającego powstania. Nie oznacza to wcale, że taki rozkaz nie padł wcale. Przywiózł go właśnie Okulicki, który miał przekazać go w dowództwie AK. Problem w tym, że z niewiadomych przyczyn rozkaz ten…zignorował. Mało tego, zaczął przeć wszystkimi siłami do powstania! Jest to doprawdy fascynująca zagadka, co kierowało tym człowiekiem, by postąpić dokradnie odwrotnie do postawionego zadania. Opisywano go jako „chojraka” z silnym charakterem. Prawdopodobnie dlatego wybrano go do misji zapobieżenia powstaniu. Być może też właśnie to „chojrakowanie” stało się przyczyną niesubordynacji. Jego biograf opisując te dni próbował tłumaczyć go wolą walki warszawiaków, która go ujęła i zaczął działać „wbrew sobie, wbrew rozsądkowi.” Bardzo łagodne to określenie tamtego szaleństwa. Okulicki zarzucał swoim oponentom, świadomym dysproporcji sił i osamotnieniu Warszawy, tchórzostwo i sianie defetyzmu. Tchórzostwo zarzucił też swojemu przełożonemu, Borowi-Komorowskiemu. Jego plan i założenia powstania dobrze podsumowuje wypowiedź: „Musimy stoczyć wielką bitwę w Warszawie, i to niezależnie od ceny. Niech się walą mury, niech płynie krew. Tylko nasza walka, nasza śmierć, nasza ofiar może zmienić stanowisko wielkich mocarstw.” Chciał w ten sposób wstrząsnąć sumieniem świata. No to krew się lała strumieniami, doprawdy poświęcono imponującą liczbę ofiar na wzruszenie opinii publicznej zachodu. Mury waliły się też  odpowiednio do wizji Okulickiego, sprawiając, że w kraju któremu z czterech najważniejszych dla jego historii i kultury miast, po wojnie odebrano dwa, dodatkowo jeszcze zniszczono stolicę. Najciekawsze jest też to, że w czasie pracy w konspiracji po kampanii wrześniowej Okulicki miał zgoła inne podejście, to on wydał rozkaz mjr. Dobrzańskiemu – „Hubalowi”, by rozwiązać oddział, motywując to troską o życie polaków. Kilka lat później parł do tego, by życia te rzucać bezmyślnie, by zabijani młodzi ludzie stali się wyrzutem sumienia dla innego narodu. Z zachowanych relacji wynika, że również nie poruszała go ta wielka ofiara po zakończonym powstaniu, nie czuł odpowiedzialności za przelaną w tak wielkich ilościach polską krew. Dodatkowo ofiara ta nie zmieniła nic na zachodzie. Poniżej wypowiedź Adama Doboszyńskiego, emigracyjnego polityka, który obserwował reakcję Anglików:

                   „Byłem podczas powstania w Londynie i będę powtarzał to do końca świata, że powstanie i ogrom jego ofiary zaszkodziły nam w opinii świata, a nie pomogły. Przez pierwsze dwa dni powstania Anglicy zastanawiali się nad jego celowością, a poczynając od trzeciego, taktowniejsi spośród nich  przestali w ogóle rozmawiać na ten temat z Polakami. Nie mówi się z nikim o siostrze, choćby najcnotliwszej i urodziwej, która w przystępie nagłego obłędu wyskoczyła z piątego piętra.”

         Piszę o powstaniu dla Polaków na emigracji. Nie widzę potrzeby wyjaśniania tej reakcji Anglików ludziom, którzy tak jak i ja, żyją wśród nich. Jest to charakterystyczny rys wyspiarskiego charakteru, w którym o sprawach trudnych dla bliźniego rozmawiać jest wręcz niegrzecznością. Nie wyklucza to wcale osobistego odczucia pogardy dla zdrady Albionu, dla tego nieskończonego cynizmu i obłudy, nie usprawiedliwia polityków Angielskich z moralnego punktu widzenia. Słowa te zapisuje już blisko północy. Zarówno temat jak i nastrój nocy nie pozwala na pracę z tekstem zupełnie bezdusznie, cynicznie – ot, jak nasi sojusznicy. Po przepisaniu cytatu Doboszyńskiego nie mogłem oprzeć się otwarciu wierszy Herberta, by odszukać „Raport z oblężonego miasta”

„tedy wieczorem uwolniony od faktów mogę pomyśleć
o sprawach dawnych dalekich na przykład o naszych
sprzymierzeńcach za morzem wiem współczują szczerze
ślą mąkę worki otuchy tłuszcz i dobre rady
nie wiedzą nawet że nas zdradzili ich ojcowie
nasi byli alianci z czasów drugiej Apokalipsy
synowie są bez winy zasługują na wdzięczność więc jesteśmy wdzięczni

[…]

patrzymy w twarz głodu twarz ognia twarz śmierci
najgorszą ze wszystkich – twarz zdrady

[…]

               Ja też, wieczorem mogę pomyśleć o sprawach dawnych, dalekich. Na przykład o naszych sprzymierzeńcach. Tylko, że robię to z perspektywy emigranta, mającego wpływ na maleńki wycinek rzeczywistości. Człowiekowi, który kładzie na szali istnień setek tysięcy ludzi, nie wolno myśleć w tych kategoriach; poezji i emocjonalnych odruchów. Generał i polityk nie może składać ofiar ze swoich rodaków, by poruszyć sumienia obcych narodów. Czy potomni mogą stawiać takim postaciom pomniki, zostawię każdemu do indywidualnej oceny.

                  Rozpisałem się o generalicji, na której sumieniach ciąży największa odpowiedzialność za decyzję, za klęskę i za konsekwencje powstania. Wysiłek zbrojny wzięli na siebie jednak żołnierze. Sama Armia Krajowa była organizacją bez precedensu, pod względem liczebności, struktur i morale. Znany w zachodniej kulturze francuski ruch oporu nie miał szans na osiągnięcie tak wielkiej skali, choć działał w warunkach mocno dogodniejszych. Tym niemniej jednak AK nie była armią o sile porównywalnej z Wermachtem, czy Armią Czerwoną. W momencie wybuchu powstania, do czego też przysłużył się chaos organizacyjny, bardzo często bywało, że powstańcy z gołymi rękami zazdrościli tym, którzy mieli jakąkolwiek broń. Stanęli naprzeciw dobrze wyposażonej armii, mającej wsparcie lotnicze i zapewnione zaopatrzenie. Ta dysproporcja sprawiła, że choć stan liczebny obu stron liczony jest tak samo  – na 50  tysięcy walczących– straty polskie były pięciokrotnie większe, około dwóch tysięcy zabitych Niemców i 10 tysięcy Polaków.  Dwukrotnie więcej wśród powstańców było rannych, 20 tysięcy do 10 tysięcy. Dodatkowo, po stronie strat polskich około 150 tysięcy zabitych cywilów i 600 tysięcy mieszkańców wypędzonych z miasta po powstaniu. Biorąc pod uwagę dysproporcję sił jedynie siła ducha walczących powstańców sprawiła, że proporcje te nie były bardziej tragiczne.

                  Ciekawym fenomenem części wspomnień walczących z powstaniu jest opisywanie tego okresu jako szczęśliwych, pięknych chwil. Być może poczucie zagrożenia, ciągłe zaglądanie w oczy śmierci, napięcie i  adrenalina powodowały wyostrzenie wszystkich możliwych zmysłów, doznań i uczuć. Miasto waliło się w gruzy, ginęli ich bliscy, w każdej chwili mogli sami polec, a pomimo tego młodzi ludzie zakochiwali się, walczyli, czuli szczęśliwi. Nie jest to w żadnej mierze zarzut. Bardziej żal o to, że wielu z nich nie było dane przeżyć powstania, dalej kochać, walczyć przez codzienną pracę i wychowywanie kolejnych pokoleń, oraz na szukanie szczęścia poza wojną. Bardzo wyświechtane stało się już powiedzenie, że w postaniu zginął kwiat polskiej młodzieży. To, że jest ono być może nadużywane nie przekreśla jego prawdziwości. Czy mogli bardziej przysłużyć się ojczyźnie nosząc w sobie i przekazując dalej wartości w które wierzyli i o które chcieli walczyć, czy może konieczna była ich śmierć dla samych tylko fundamentów pięknej historii o straceńczej walce? Mi bliższa jest odpowiedź pierwsza, mocno wierzę w systematyczną i ciągłą pracę, przekładam ją nad nagłe zrywy i spontaniczne wyskoki. Tak samo widzę w tym metodę na ulepszanie indywidualnego życia, rozwój rodziny, ale i uważam że jest to metoda dla całego narodu, także i tej części, która uważa się za jego część i na emigracji. Nasza historia bardzo dobrze dowodzi, że niestety nie jest to zwykle pierwszy wybór polskiego narodu. Oczywiście, rozumowanie to można sprowadzić bardzo łatwo po linii prostej do absurdu. Oznaczałoby one, w swojej ekstremalnej wersji, brak podejmowania walki w jakiejkolwiek sytuacji. Skazałoby to bardzo szybko każdy naród na łaskę i niełaskę zewnętrznych sił, które nie napotykały by żadnego oporu. Jest jednak wielka różnica między ofiarą, którą złożyli Polacy ze swoich synów w 1920 roku a tą z 1944. W obu przypadkach entuzjazm i chęć do walki młodych pokoleń była potężną, patriotyczną siłą. Tym większy można mieć żal do wojskowo-politycznego kierownica państwa, które w lato 1944 roku, nie ochroniło tej siły, nie wykorzystało w adekwatny sposób, lecz bezmyślnie szafowało krwią.

                  To, że w konfliktach zbrojnych najczęściej walczą młodzi ludzie jest niestety prawidłowością od początków istnienia ludzkości. Przeglądając listy poległych żołnierzy w ostatnim konflikcie Ormiańsko – Azerskim, dosłownie przeraża widok roczników urodzenia. Doświadczenia zebrane w minionym tylko wieku dostarczyły wiele interesujących różnic, które wynikały z metryki i stanu cywilnego walczących. Ciekawy jest opis rozważań kapitana niemieckiego u-boota, który relacjonował autorowi książki Das boot, że „starzy” – czyli żonaci mężczyźni około 30-tki – częściej psychicznie nie wytrzymywali stresującej służby i zagrożenia, nerwowo pękali. Jednocześnie jednak w sytuacjach podbramkowych, np. jako rozbitkowie, o wiele dłużej walczyli o życie niż „młodzi”. Pewne prawidłowość nasuwa się tutaj sama: żołnierze, którzy założyli już rodziny mieli cel, mocną chęć przeżycia, zobaczenie swoich bliskich. To determinowało niejednokrotnie ich decyzje i postawy. Ten mechanizm jest znany i wykorzystywany w wielu armiach. Np. do dyżurnej obsługi wyrzutni rakietowych z pociskami nuklearnymi są wyznaczani jedynie kawalerowie. Znamienne, prawda? 

                  We wspomnieniach jednego z powstańców natknąłem się na opis scen, gdy wracał on z barykad i na walczących czekał posiłek przygotowywany przez sanitariuszki. Ów powstaniec pisał, że czuł się wtedy jak „głowa rodziny”, jak „ojciec witany obiadem po powrocie do domu.” Pokazuję to pewną wyrwę, która być może rzutowała na podejmowane decyzję. Mam na myśli to, że młodzi powstańcy decydowali czy rzucić na szalę swoje życie, czy ruszyć zabijać innych, w momencie gdy byli dopiero na progu tego życia! Opisywany powstaniec miał dwadzieścia lat. Bez względu na to, czy miał możliwość podjąć decyzję w pełni świadomy, znając różne i ważne aspekty życia, z pewnością miał do takiej decyzji prawo. Miałby do niej prawo też, gdyby miał lat dziewiętnaście. Albo osiemnaście. Gdyby miał siedemnaście, też założylibyśmy, że miał na tyle doświadczenia życiowego, że mógł zgłosić się dobrowolnie do walki. Szesnaście? Miałby też? A piętnaście? Czternaście? A jeszcze mniej? Gdzie kończy się granica, gdzie powstydzilibyśmy tamę dobrowolnego rozporządzania swoim losem w miejsce ochrony tego życia, które nie tylko wypracowywana stuleciami kultura, ale i prymitywny instynkt, wręcz odruch, każe chronić za wszelką cenę? Jak do tego się ma pomnik małego powstańca? Przedstawia on przecież, zupełnie świadomie, małego chłopca! Nie mężczyznę czy młodzieńca. Kwiaty kładziemy u stop rzeźby, która oddaje pamięć o walczącym dziecku! Cisną się tutaj różne słowa, których nie wypada użyć. Napiszę zatem jeszcze raz: pomnik małego powstańca to wizerunek uzbrojonego, w domyśle – walczącego – dziecka! Czyż nie wywołują we współczesnym człowieku odruch złości i żalu, materiały przedstawiające szkolone do walki dzieci przez islamistów lub afrykańskich watażków? Czyż nie jest to szaleństwo i pranie mózgu dziecku, które przecież nie jest w stanie pojąć do końca, co się wokół niego dzieje? A pomnik małego powstańca? Ludzie, którzy kładą tam kwiaty i w których pomnik ów wywołuje uczucia patriotyczne i wzniosłe z pewnością widzą znaczące różnicę między tymi sytuacjami.

                  Jeżeli mały chłopiec, walczący w afrykańskim buszu, robi to będąc fizycznie wręcz zaprogramowany do reakcji, do ideologicznych odruchów, to czy to wystarczy do postawienia tu wyraźniej kreski, oddzielającej go od małego powstańca? Proszę pamiętać, że istniało szerokie tło czynników, które widniało za sceną powstania. Czy chłopcy Ci byli w stanie ocenić i przeanalizować skompilowaną układankę na świecie, przesiać esencję przez sito ideałów, które im wpajano, zważyć ją na szali możliwości, a na koniec podjąć odpowiedzialną decyzję? Przecież najmłodsi z nich pamiętać mogli zaledwie krótki okres przed wojną. W najlepszym wypadku mogli podjąć decyzję o walce przeciwko, nie o walce za. Dojście do pełnego zrozumiana pojęć abstrakcyjnych do długoletni proces, który bardzo ciężko przyspieszyć. Na ile  najmłodsi powstańcy potrafili zrozumieć pojęcia państwowości, samostanowienia narodu, społeczeństwa, polskości, czy wagi przyszłych lat? Nie wydaje się zupełnie niemożliwe, że na cześć z nich działała bardziej zwykła niechęć do Niemców, podsycana doświadczeniami okupacji, niż tęsknota za IIRP.

                  Chciałbym w tym miejscu przypomnieć, że AK kierowała się zasadami wojskowymi i choć wypełniała rozkaz o powstaniu, wydany formalnie przez kierownictwo polityczne, tak w jej szeregach istniała hierarchia i podlegano rozkazom wyższych szarż. W oddziałach walczyli oczywiście ochotnicy, ale ktoś musiał wyrazić zgodę, na to żeby do powstania przystąpił nastolatek! Chłopcom ze zdjęcia powyżej ktoś zezwolił na wstąpienie w szeregi powstańców, ktoś przyjął od nich przysięgę, a na koniec wydał rozkaz, lub przyjął ochotnicze zgłoszenie do walki! Jakkolwiek dwudziestolatek, choć być może nie mający odpowiedniego tła na odpowiedzialną decyzję, miał święte prawo do hazardu własnym życiem, to nie miał takiego prawa w stosunku do swojego młodszego kolegi. Często zestawia się Wermacht i jego zbrodnie z Armią Krajową, która walczyła z honorem, po rycersku, atakując wyselekcjonowane cele niemieckich wojskowych, zdrajców czy elementy infrastruktury. Niemcy dali okropne przykłady niehonorowej walki zabijając cywilów w masowych egzekucjach i niszcząc miasto. Powstańcy w tej samej bitwie, zamiast ochraniać dzieci wszystkie dzieci, niektóre z nich wysłali do walki. To poważny cień na rycerstwo AK w tamtej bitwie.

    

                  Cytat poniżej (z moimi podkreśleniami) będzie bardzo dobrą ilustracją do kilku akapitów powyżej.

                  Ponieważ stolica została praktycznie podzielona na szereg odrębnych ognisk walki, w wielu przypadkach niemożliwe było dotarcie do macierzystych oddziałów. Powstańcy przyłączali się w tej sytuacji do najbliżej stacjonujących oddziałów, tam byli rejestrowani i podejmowali walkę. Obok dorosłych do walki stanęły warszawskie dzieci. Chłopcy w wieku 11-18 lat zgłaszali się do dowódców oddziałów powstańczych żądając wręcz, aby pozwolono im podjąć walkę ze znienawidzonym najeźdźcą. Część z nich była odpowiednio przeszkolona w harcerskich Szarych Szeregach lub konspiracyjnych podchorążówkach. Większość zdobywała doświadczenie w ulicznych walkach. Dowódcy poszczególnych oddziałów ulegali presji ochotników przyjmując od nich przysięgę żołnierza AK i włączając ich do powstańczych szeregów. Kilkunastoletni chłopcy pełnili służbę jako łącznicy, przewodnicy w kanałach, niszczyli butelkami z benzyną niemieckie czołgi, z bronią w ręku pełnili służbę liniową na barykadach. Zasłynęli z szalonej odwagi i determinacji przewyższającej wielokrotnie postawę dorosłych żołnierzy. Wielu z nich w uznaniu zasług bojowych zostało awansowanych na wyższe stopnie wojskowe: st. Strzelca, kaprala, plutonowego, sierżanta a nawet podporucznika. Trzech z nich zostało kawalerami Krzyża Virtuti Militari, a kilkudziesięciu było odznaczonych Krzyżami Walecznych i Krzyżami Zasługi z Mieczami. Wielu z nich zostało rannych lub zapłaciło najwyższą cenę – polegli na polu chwały.

                  Jest to fragment ze strony Stowarzyszenia Pa mięci Powstania Warszawskiego o najmłodszych powstańcach. Trafiłem na niego przypadkiem szukając zdjęć i przyznam, że czułbym cyniczną satysfakcję, że w jednym akapicie ktoś aż tak się podkłada pod tezy pisane wyłącznie niemal z pamięci i z minimalnym wykorzystaniem źródeł, jedynie dla sprawdzenia cytatów, liczb itp., gdyby nie fakt, że temat jest smutny, a z cytatu nie przebija żadna refleksja. Piszę, że najmłodsi żołnierze, nie mając za sobą odpowiedniego bagażu życiowego mogli podejmować złe decyzję, ale z tego samego powodu wykazywali się brawurą większą, niż starsi walczący, a w cytacie odnajduje „zasłynęli z szalonej odwagi i determinacji przewyższającej wielokrotnie postawę dorosłych żołnierzy”. Pisze, że istnieje ryzyko, że u tych najmłodszych motywację do walki mogła wywołać niechęć do Niemców, a w cytacie czytam: „pozwolono im podjąć walkę ze znienawidzonym najeźdźca.” Pisze, że ktoś – oficer, dowódca – musiał ich przyjąć i posłać do walki, a we fragmencie znajduje: „dowódcy poszczególnych oddziałów ulegali presji ochotników przyjmując od nich przysięgę żołnierza AK.” Itd. Itd. Każdy, kto umie czytać, dopasuje z łatwością moje zdania do opisu SPPW. Kilka fragmentów dalej jest jeszcze lepiej:

Przed długie szeregi stojących jeńców, na komendy polskich oficerów, zaczęli występować kolejno 11-letni, 12-letni, 13-letni, 14-letni, 15-letni, 16-letni, 17-letni żołnierze AK, bohaterowie powstańczych walk, kawalerowie Krzyża Virtuti Militari, Krzyża Walecznych. W miarę powiększania się grupy występujących przed szereg chłopców hitlerowców opanowała wściekłość i przerwali filmowanie. Zrozumieli, że nakręcony przez nich materiał ma zupełnie inny wydźwięk, rozsławia bohaterstwo i męstwo najmłodszych żołnierzy Powstania Warszawskiego. Przekonali się naocznie, że w Polsce wszyscy stawali do walki zbrojnej ze znienawidzonym okupantem oraz, że takich chłopców-żołnierzy nie miała żadna inna armia.

                      Zaiste, powód to do dumy. Na wielu frontach zdarzało się tak, że w sytuacjach podbramkowych walczono „totalnie”, wykorzystywano pomoc cywilów i dzieci np. do wznoszenia barykad. W postaniu warszawskim próbowano osiągnąć inny cel, ale argument o istnieniu takich praktyk na innych frontach mógłby być potencjalnym puntem zaczepienia w obronie tych, którzy dzieciaki posłali do walki. Autor cytatu ucieka od takiego pomysłu w najdalszy możliwy kąt, takich walczących dzieci jak nasze, nie było przecież nigdzie!

                  Wśród programistów komputerowych istnieje ponoć praktyka sprawdzania czytelności swojego kodu za pomocą kąpielowej kaczuszki. Programista „tłumacząc” gumowej zabawce swoją pracę, sprawdza, czy jest w stanie wyjaśnić w zrozumiały sposób program, który napisał. Pracę gumowej kaczki podczas pisania tego tekstu pełniła złośliwa część mojego charakteru, która próbowała wyszukiwać argumenty przeczące temu, co napisałem. Nie miała łatwego zadania. Jak już pisałem – przeważająca część artykułu powstała z pamięci. Natknąłem się jednak na kilka opracowań, które udział dzieci w powstaniu warszawskim przedstawiały z zupełnie innej strony, jako zjawisko marginalne na pierwszej linii, a pojawiające się częściej na tyłach. Dzieci miały pomagać tam w opatrywaniu ran, być przewodnikami w kanałach i roznosić meldunki jako łącznicy. Spotkałem się nawet ze stwierdzeniem, że szeroki udział chłopców-żołnierzy to „mit”, a większość zdjęć jest pozowanych. To, że mały chłopiec na fotografii stoi w hełmie i z granatem, czy butelką z benzyna w ręku, nie musi oznaczać jego udziału w walce, podobnie jak w dzisiejszych czasach zdjęcie jego rówieśnika w sportowym samochodzie, nie oznacza, że samochodem tym jeździ do szkoły. „I co teraz?!” – zawołał mój wewnętrzny polemista. „Nic” – odpowiedziałem po krótkiej chwili, wracając do pisania.

                  To moje „nic” nie wynika z ignorowania faktów. Badanie tamtych wydarzeń to zadanie historyków, ale przecież zachowane relacje wskazują jednoznacznie, że nie da się wykluczyć udziału młodocianych w walkach. Gdyby nawet przesunąć zupełnie akcenty i założyć, że nie było ich na barykadach, to jednak nikt nie próbuje podważać ich udziału w powstaniu jako łączników. Wykorzystywano ich tak ponieważ znali miasto, byli mali, zwinni i szybcy. Te cechy były kluczowe. A dlaczego? Dlatego, że do łączników, przenoszących rozkazy i meldunku strzelano. Niemieccy snajperzy nie mieli skrupułów, o czym doskonale widziano. Pomimo tego wydawano dzieciom polecenia przedostania się na inną ulicę z rozkazem. Ktoś musiał zdecydować się przekazać, czy wręczyć dziecku meldunek i rozkazać, lub zezwolić na bieg pod kulami. I to kulami nie przypadkowymi, tylko przeznaczonymi dla tych dzieci! Powiem więcej. Gdyby nawet i to okazało się  zupełnym mitem dalej nie zmieniłoby to nic. Problem wynika oczywiście z samego faktu takich wydarzeń, ale pogłębiany jest jeszcze mocniej przez naszą interpretację. To, jak bardzo bezmyślnie podchodzimy do opowieści o dzieciach w postaniu, jak bardzo skrzywiono w nas umiejętność odczytywania wydarzeń, rezonuje w tekstach takich, jak cytowany powyżej, czy w pomniku małego powstańca. Przecież wzmianka o walczących dzieciach, lub wykorzystywanych jako łącznicy powinno budzić odruch, którzy zarzuca kłamstwo, lub wywoływać złość na tych, którzy do takich sytuacji doprowadzili. Zamiast tego, czy to prawda, czy nie prawda, czy też prawda częściowa, opowieść ta wbija nas w…No co właśnie? Dumę? Patriotyczne uniesienie?

                  Nie jest to jedyna sytuacja w której jako naród reagujemy – żeby napisać delikatnie – przedziwnie. Podczas kampanii wrześniowej niemiecka propaganda rozpowszechniała fałszywe informacje o polskich kawalerzystach atakujących niemieckie czołgi. Miało to przedstawić polską armię jako zacofaną, którą porywa się z prymitywną bronią na ciężkie uzbrojenie. Pomimo zupełnego bezsensu takich twierdzeń, zostało to w naszej zbiorowej świadomości, i to jako dowód męstwa i poświęcenia! Odczytuje się ten mit w naszym przekazie jako przykład ułańskiej fantazji, zamiast samobójczej, bezsensownej śmierci. Japońscy kamikadze potrafili wyrządzić realne szkody przeciwnikowi. Co mógł zrobić polski kamikadze-ułan z lancą w dłoni? Szanujmy naszą historię i pamięć o tamtych ludziach…

                  Wydaje się, że jest to zadanie bardzo ważne i pilne, by odpowiednio poukładać wszystkie te mity, przeinaczenie i błędne interpelacje. Nie odbiera to oczywiście indywidualnego prawa do przeżywania i odbierania na swój sposób wydarzeń historycznych. W wymiarze społecznym i narodowym opieranie się na mitach i emocjach przynosi jednak na dłuższa metę dużo złego. Dobrze byłby, gdyby poeta zajmował się szukaniem piękna w wersach, a nie wyznaczał kierunek narodowi. Dobrze byłoby, gdyby generał analizował przed walką jedynie aspekty wojskowe, a nie próbował wzruszać świat tragedią. Dobrze byłoby, gdyby każdy z nas rozróżniał siłę ducha od siły realnej. Dobrze byłoby, gdybyśmy umieli wyciągać wnioski, podobnie jak autor rzeźby małego powstańca, który po latach powiedział o niej tak:

Prowadzę z samym sobą spór o tę rzeźbę. Zaraz po wojnie uległem sentymentalnej potrzebie spłacenia długu walczącym dzieciom, potem jednak zacząłem się wstydzić tej rzeczy. Wyrzucałem sobie, że – choć nieświadomie – dokonałem manipulacji na najbardziej intymnych uczuciach, zaniedbałem formę na rzecz treści, zrobiłem knota.

                  Nas czeka jeszcze wyciągnięcie wniosków. Na razie jednak poddajemy się manipulacji na najbardziej intymnych uczuciach i bardzo nam się to póki co podoba. Dowodem na jest chociażby przedstawiony poniżej, kolejny knot. Inspirację widać na pierwszy rzut oka.

                  Podwójna dawka emocji. Chłopcy są jeszcze mniejsi, wydaje się, że dopiero co raczkowali, a już muszą iść do walki. Jest ich dwóch, są w ruchu, pochyleni zapewne w obawie przed kulami. Jeden z nich rozgląda się wypatrując wroga. Ich postawa, chociaż w ruchu wyraża napięcie i skupienie na swoim zadanie. Braterstwo walczących malców, którym brakuje jedynie smoczków w ustach. O ile autora oryginalnej rzeźby można usprawiedliwić momentem w którym tworzył swoje dzieło, aktualnością jego przeżyć i traumą powstania, tak nie wiem jak wytłumaczyć można autora dzieła powyżej. Wulgaryzmów nie chcę używać. Koniec akapitu.

                  Ten rodzaj hipnozy łatwo ukryć wśród ludzi, którzy reagują na rzeczywistość w podobny sposób. To pewnie powód dla którego tak łatwo w Polsce przejść obok faktów i rzucić się w objęcia emocji. Nikogo to nie razi, skoro każdy zna naszą dziejową misję, potrzebę winkelriedyzmu, mesjanizm naszego narodu. Każdy z nas zna bolączki naszej historii, każdy wie, że rany muszą boleć, że krzywdzono nas programowo, że dzieci z opaską powstańczą są ofiarami Niemców, nie naszej głupoty. Wyjście jednak spoza tego kręgu powoduje zmianę optyki. Możemy wzruszyć ramionami, nie przejąć się puntem widzenia innych społeczeństw, zwłaszcza tych narodów, które nas w przeszłości skrzywdziły lub zdradziły. Problem w tym, że wśród tych narodów dorastają setki tysięcy polskich dzieci. Ich postrzeganie świata nie będzie zakrzywione dokładnie do tej samej matrycy, którą wytworzyliśmy sobie przez ostatnie dwa stulecia i która wygodnie wyjaśnia trudne sprawy. Siłą rzeczy te pokolenia, urodzone poza granicami Polski przejmą w części i zaimplementują dorobek innych narodów. To przeniknie do ich myślenia i wpłynie na wyciąganie wniosków. Nie obcując w pełni na co dzień z polską historią, literaturą, zabytkami i wynikających z tego dziedzictwa postaw, mogą spojrzeć inaczej na fakty. Pomimo tego i tak próbujemy docierać do nich „po naszemu”. Na stronie Fundacji Edukacji Polonijnej, której celem jest wspieranie nauczania polskich dzieci za granicami kraju, można znaleźć podstronę z informacjami jak uczyć dzieci o powstaniu warszawskim. Oczywiście wg fundacji można to robić mówiąc o walczących dzieciach. Znalazło się tam tez zdanie  charakterystyczne: „Mimo że powstanie warszawskie zakończyło się klęską, to patriotyczne wystąpienie jest jednym z najważniejszych momentów w polskiej historii.” W proponowanych zajęciach związanych z powstaniem jest między innymi: Poszukać informacji o małych powstańcach: Jerzym Bartniku i Witoldzie Modelskim. Może to zadziałać na wrażliwość młodego Polaka, nawet urodzonego na emigracji. Na dłuższą metę jednak ich charakter będzie też kształtowany przez inne prądy, które karzą im się też zastanowić nad tym przekazem. Wtedy zaistnieje ryzyko, że z duchowym spadkiem przekazywanym przez pomnik małego powstańca, z walczącymi dziećmi, nie będą chcieli mieć do czynienia.

Andrzej Smoleń

„Wstęp” do powyższego eseju ukazał się jako osobny tekst

One thought on “Jaka piękna katastrofa”
  1. Bardzo ciekawa analiza, osobiscie uwazam, ze celebracja wszystkich historycznych porazek to nasza narodowa cecha. Tym samym, my jako spoleczenstwo mamy niejako zakodowane w dna poczucie nizszosci, a co za tym idzie brak mozliwosci rozwoju jako narod. Stad tyle emigracji i fakt ze nasz kraj zostal wyprzedany. Dluzszy temat….

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.