Od kilku lat w polskiej debacie publicznej coraz głośniej przebija się głos środowiska geopolitycznego. Osobiście rozwój i rozpychanie się geopolityki w świadomości polskiego społeczeństwa obserwuje od 2015 roku. Urzekł mnie wtedy wręcz sposób mówienia o ważnych sprawach językiem i pojęciami, które – wydawało się tak wtedy – zupełnie się zdezaktualizowały. Opowieść o blokowaniu marynarki rosyjskiej w cieśninie fińskiej przypominała rozłożenie na stole nowego rodzaju szachownicy i manewrowanie na niej pionkami, zgodnie z zasadami każdej gry strategicznej. Oczywiście był to model. A model, jak to model, ma taką właściwość, że można go dobrać odpowiednio do własnego widzimisię iomijać elementy niepasujące do założonej konstrukcji. W tamtej opowieści pominięto, uczciwie zresztą o tym ostrzegając, wagę świadomości o rosyjskim potencjale nuklearnym. Wystarczyło to jednak, by haczyk został połknięty. Nie na tyle, by geopolityką się zajmować, by poruszać się swobodnie na szerokiej planszy światowej mapy, nie tak, by przyznawać się do wiedzy w tej dziedzinie. Ale ta przynęta wystarczyła, by przez owe lata debatę śledzić i obserwować rozpychanie się geopolityki w mainstreamie.

         Jednym z początkowym zarzutów stawianych geopolityce było to, że nie jest dyscypliną naukową. Był to zarzut – nomen omen – akademicki. Z punktu widzenia kogoś, kto odczytuje stworzone przez innych geopolityczne modele świata zupełnie nieodstraszający. Odbiorcę niekoniecznie interesuję formalna zgodność z metodą, czy oceną naukową. Zarzuty takie miały cel oczywisty, który polegał na próbie podkopania prestiżu środowiska geopolitycznego. Traciły jednak swoją moc wraz z upływającym czasem, z niemal każdym miesiącem, który potwierdzał skuteczność takiego modelowania obrazu świata. O ile byłem skłonny przyznać rację tym, którzy geopolityce odmawiali naukowości (wraz z takimi konsekwencjami, jak jednoczesne wykreślenie z tej listy choćby politologii), tak niezrozumiałe dla mnie było negowanie wpływu geografii, lub bardziej ogólnie: otoczenia, na kalkulacje polityczne. Bo i takie lekceważące głosy się pojawiały. Alternatywę stanowiła wiara w moc intencji, deklaracji, a przede wszystkim woli i osobistych sympatii rządzących. Do dziś nadal jest to zauważalne podejście, które polega na oczekiwaniu, że poszczególni ludzie (najczęściej politycy), po prostu się „dogadają”. Czy jest to obraz bardziej prawidłowy? Ostatnie miesiące sugerują co najmniej to, że „dogadać” się im jest ciężko.

         Pod górkę niejednokrotnie geopolityce robią też ci, którzy chcą używać jej do przewidywania przyszłości. Jest to woda na młyn dla tych z kolei, którzy zarzucają geopolityce determinizm, wywodzący się z zajmowanego przez państwo obszaru na ziemskim globie. Takich ambicji, przewidywania przyszłości, przynajmniej głośno wypowiedzianych, geopolityka nie anonsowała, choć zdarzają się jednostkowe próby kreślenia prognoz. Swoją drogą – w ramach dygresji – to bardzo ciekawe jak ludzkość i społeczeństwa podążają podobnymi schematami. Niepewność i obawa zmieniającego się świata rodzi potrzebę opanowania sytuacji. To popycha do pragnienia poznania przyszłości, by przygotować  się do niej, złapać przewagę nad tymi, którzy nie mają dostępu do wiedzy tajemnej. Przewidywanie przyszłych zdarzeń powierza się jednostce, której się wierzy w zdolność do wykonania tego zadania. Na przestrzeni wieków mógł to być szaman, kapłan, wróżbita, mędrzec, astrolog, futurolog, geopolityk. Każdy z nich korzystał z aktualnie dostępnych metod: kości lub krew zabitego, ofiarnego zwierzęcia, fusy, szklane kule, gwiazdy, metoda naukowa, analogie historyczne, kobieca intuicja. To porównanie nie jest próbą zdyskredytowania geopolityki per se. Ma pokazać, że nawet poważne analizy i  dorobek intelektualny można sprowadzić do absurdu przez własne oczekiwania. Geopolityka nie przewiduje przyszłości i nie narzuca narodom przeznaczenia wynikającego z warunków zewnętrznych. Tworzy jedynie model, pewien rodzaj matrycy przez który odczytywana jest rzeczywistość, w tym wypadku rzeczywistość wielkiej, światowej polityki i strategii. Ale model może być stworzony błędnie lub źle interpretowany, a dodatkowo uwzględniać przecież musi choć minimalny wpływ czynnika ludzkiego. To powoduje, że geopolityka jest fascynująca, ale nie wynika z niej wcale, że bieg historii toczy się jednym, utartym torem, którego nie sposób zmienić.

         Samo pojęcie geopolityki, złożone z dwóch członów sugeruję, że opiera się ona na interpretacji świata polityki przez pryzmat geografii. To nie wyczerpuje jednak zagadnienia i skłaniać może do refleksji, czy taka terminologia jest odpowiednia. Przecież w modelach geopolitycznych nie rozważa się jedynie wpływu ukształtowania Ziemi. Jest to ważne, szczególnie w aspektach wojskowych, ale równocześnie bada się siły wynikające z innych źródeł, a mianowicie z ekonomii, z technologii, z demografii, a nawet z kultury i bagażu historycznego. W swojej najlżejszej formie, przeznaczonej dla przeciętnego odbiorcy, a nie dla małego grona fachowców, geografia jest wręcz tłem, który służy do pokazania prawideł światowego handlu czy transferów technologii. W strywializowanej, lekko absurdalnej formie można powiedzieć, że geopolityka uczy o tym, że statek płynący z Azji do Europy przebyć musi daleką drogą, że karawana musi ominąć górę, że za kupcami zawsze podążają armie. Sam rozumiem geopolitykę, na własne, skromne, potrzeby, jako element przypominający, że zewnętrzny świat stawia życiu warunki. To może wydawać się aż nazbyt banalne. Ale może właśnie dziś jest to konieczne, by sobie to przypominać? Zresztą ostatnie miesiące wydatnie w tym pomagają. Przecież każdy wiedział, że paliwo trzeba najpierw dowieść na stację. A niedawno dowiedzieliśmy się o tym jeszcze raz. Każdy wie, że zabawka z Chin przebywa długa drogę, zanim trafia pod choinkę dziecka. A przecież co rusz pojawiają się obawy o to, że przed najbliższymi Świętami ta droga będzie jeszcze bardziej wydłużona. Do niedawna kwestia zakupu sprzętu elektronicznego była problematyczna tylko wtedy, jeżeli ktoś nie miał gotówki (lub zdolności kredytowej). Dziś okazuje się, że dostępność i cena może wkrótce zależeć od czynników zupełnie od nas niezależnych, od dostępu do surowców i półfabrykatów. Przykłady można mnożyć, każdy niemal dzień dodaje kolejne. Każdy z nich to w jakiejś mierze geopolityka. Nawet, jeżeli to pojęcie przedstawione przeze mnie jest zbyt trywialne i uproszczone, to i tak chyba istnieje ryzyko, że wielu uczy się dziś geopolityki „na żywca”, stojąc w kolejkach na stację benzynową, czy słuchając niepokojących komunikatów.

Andrzej Smoleń

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.