Proszę wybaczyć mi koślawy rym w tytule. Od razu wyjaśnię, że nie jest to zapowiedź porównania bitwy o Atlantyk z dzisiejsza wojną, ale wyciągnę z obu kampanii jeden wspólny szczegół, ważny i w kontekście naszej armii. Będzie to jednocześnie głos w dyskusji, jaka przetacza się przez część środowisk, dotyczącej reform naszego systemu obrony. Nie będzie to głos ekspercki, ani oczekiwany, ale dla mnie ważny – bo mój.

Urodziłem się w miejscu oddalonym, w przybliżeniu, w podobnej odległości od trzech mórz. Niestety, od każdego z nich równie daleko, co uczyniło mnie potrójnym szczurem lądowym. Życie lubi jednak paradoksy i w pewnym momencie zainteresowałem się historią walki morskiej z czasów ostatniej wojny światowej. Kolejnym paradoksem stało się to, że w końcu nad morzem zamieszkałem – jeszcze innym niż poprzednie trzy i z całej tej grupy najzimniejszym. Ale to właśnie porty tego morza był bazami, z których wychodziły statki do walki w jednej z najważniejszych bitew II wojny światowej – bity o Atlantyk. Pasjonująca to historia, zwłaszcza z puntu widzenia kogoś, kto z marynistyką nie ma nic wspólnego. Dla kogoś takiego ten rodzaj walki, na falach zimnego, wrogiego oceanu, jest wtedy jeszcze bardziej groźny, tajemniczy i wymagający.

Obie strony tej bitwy walczyły w warunkach niepojętych dla kogoś, kto od dziecka twardo stąpa po ziemi. Jednocześnie, walka na Atlantyku była okrutna, ale nie bestialska, jak na wielu innych teatrach II wojny światowej. To powoduje, że można spoglądać na te zmagania z szacunkiem i podziwem dla odwagi i wytrzymałości psychicznej obu stron. To też nie przypadek, że Niemcy gdy odważyli się na nakręcenie wojennego filmu, wybrali właśnie tematykę walki o morzu i film ten nie budził jednoznacznego niesmaku, a uznanie.

Do większości okrętów podwodnych z czasów II wojny światowej bardziej pasowałoby określenie „okręty z możliwością zanurzenia”. Nie były to jednostki tak technicznie zaawansowane jak dziś, zdolne do przebywania tygodniami pod wodą. Operowały głównie na powierzchni, schodziły pod wodę jedynie na czas akcji bojowej i ucieczki. Nie oznacza to bynajmniej, że były to konstrukcje prymitywne. Polecam każdemu zwiedzenie muzeum „U-Boot Story” w Birkenhead, gdzie wystawiony jest cały, wydobyty z dna niemiecki okręt podwodny. Jest on najbardziej zaawansowany z wszystkich typów, które stworzyli Niemcy, ale daję pewien pogląd na techniczny kunszt konstruktorów, wykonawców i marynarzy wszystkich typów okrętów podwodnych.

W powszechnym obrazi można natknąć się na na pewne uproszczenia dotyczące samych okrętów, jak i sposobu walki. W opisie takim za atak odpowiada jedynie jedna osoba, zwykle dowódca, załoga pełni rolę „zapchajdziur”, odpowiedzialnych za naciśniecie w odpowiednim momencie przycisku, pociągnięcie za dźwignie, czy obrócenie pokrętła. Jak każde uproszczenie, nawet to najbardziej absurdalne, ma w sobie elementy prawdziwe. Tak można rozumieć i widzieć okręt podwodny, ale jedynie podczas samego ataku. A ta nie była codziennością, czasami okręt krążył długo po oceanie, musiał być utrzymywany w sprawności, a co najważniejsze – w momencie, gdy próbował wymknąć się eskorcie, zamknięty pod falami Atlantyku stanowił większe zagrożenie dla własnej załogi, niż dla alianckich statków. Z tego powodu każdy marynarz, od oficera po kucharza musiał mieć wykształcenie techniczne. Było to kluczową kwestią w warunkach gdzie sprawność statku i możliwość szybkiej naprawy nawet błahych elementów decydowała o życiu i śmierci. Nawet, jeżeli rola załogi podczas ataku sprowadzała się do „bycia cicho” to nie oznacza wcale, że podwodniakiem mógł być ktokolwiek. Byli to ludzi przeszkoleni, z odpowiednimi umiejętnościami jeszcze z cywila i psychicznie mocni.

Co mają niemieccy podwodniacy wspólnego z ukraińskimi obrońcami? Wbrew pozorom – sporo. Wojna przebiega na wielu płaszczyznach, a jedną z bardziej ważnych jest ta informacyjna. Umiejętne zarządzania przez Ukraińców tą domeną mogło wywołać wrażenie u wielu, że uzbrojona w odpowiednie gadżety piechota, zryw narodowy na wzór kosynierów z powstania styczniowego, swoim morale i twardym oporem jest w stanie odeprzeć ciężkozbrojne jednostki. Ukraińscy rolnicy, odholowujący ciężki sprzęt rosyjski, stający się niemal osobną, liczącą się w Europie siłą zbrojną to bardzo łatwo do zapamiętania obraz. Cała kampania jednak obejmuje wiele innych elementów, którym ciężko się przebić do głównego nurtu.

Ostatnimi dniami toczy się w Polsce (w przestrzeni ludzi, którzy interesują się tym tematem) dość burzliwa dyskusja o odpowiedniej ścieżce reform polskiej armii. Przywoływany często jest przykład wojny na Ukrainie, niestety równie często obraz dość mocno spłycony, właśnie przez propagandę ukraińską, starającą się pokazać, jak Dawid stawia czoła Goliatowi. Ludzie, którzy zakładają, że tylko lekka piechota, uzbrojona w wyrzutnie przeciwpancerne oraz drony stawia czoła całej armii rosyjskiej. To bardzo romantyczny obraz, działający szczególnie na nas z tradycjami powstań i wyzwoleńczych zrywów. Jeżeli pojawiają się głosy, które chcą naszą armię modelować w taki właśnie sposób, błędnie odczytując zarówno realia wojny ukraińskiej, jak i proponowane przez znany think-thank zmiany to są to głosy co najmniej nieprzemyślane. Po stronie Ukraińskiej walczą jednostki ciężkie a sama armia jest rozbudowana, oraz ostrzelana przez tlący się od 2014 roku konflikt w Donbasie. Problemem Ukraińców jest, jak się wydaje, właśnie niewystarczająca ilość takich jednostek, które mogłyby być użyte do kontrataków. Do masowych ataków na Rosjan nie dochodzi i w moim odczuciu, dzieje się dlatego, że Ukraińcy zwyczajnie nie mają na to tak licznych sił. A przecież aż prosi się o kontrataki, w sytuacji gdzie przeciwnicy wyraźnie złapali zadyszkę i czekają na podciągnięcie uzupełnień i logistyki. Broń przeciwpancerna czy drony służyć mogą jednak w obronie, nie da się nimi wypierać umocnionych, ciężkich jednostek. Potrzebny jest tu inny sprzęt; czołgi, artyleria, lotnictwo. Zresztą o ten rodzaj broni (czołgi i samoloty) apelują ukraińscy politycy, którzy jak zapewniają, sprzętem i odwagą swoich żołnierzy odepchną Rosjan bez żadnej, zewnętrznej interwencji.

W każdej z wymienionych powyżej sił nie da się służyć, biorąc z magazynu Javelina czy Pioruna i pójść w pole na ruskie tanki. Do sprzętu takiego potrzebne jest odpowiednie przeszkolenie i wyrobienie automatyzmów działania, taktyki itp. Idealnie też byłoby, gdyby żołnierz znał dobrze swój sprzęt tak jak niemiecki podwodniak. Oprócz woli walki i wysokiego morale potrzebne są tu umiejętności i wiedza. Żeby wsiąść za kierownice zwykłej cywilnej ciężarówki trzeba przejść szereg procedur i szkoleń, a później nabrać doświadczenia. To teraz trzeba to pomnożyć razy X w skali broni pancernej, a X do potęgi X w lotnictwie. „Jakość” żołnierza jest w tym wypadku tak samo ważna jak morale. Dlatego hipotetyczna reforma w głowach tych, którzy chcieliby polskie siły „zadronować” nie unowocześni naszych sił, ale je osłabi. Od podwodniaka wymagano oprócz odporności psychicznej i umiejętności czysto praktycznych. Na okręcie trzeba było obsłużyć silniki spalinowe, elektryczne, uzbrojenie, odpowiednio sterować balastem, obsługiwać radio i dziesiątki pomniejszych, ale bardzo ważnych rzeczy, zwłaszcza w metalowej puszce dziesiątki metrów pod powierzchnią wody. Nie dało się skompletować załogi „z łapanki”, musieli być to ludzie co najmniej przeszkoleni, a najlepiej doświadczeni. Podobnie sprawa się ma z zaawansowanym sprzętem i dziś. Nowoczesna broń wymaga od obsługi wiedzy i praktyki. Przerzucenie większości sił na szkolenie lekkiej piechoty z gadżetami, jak chcieliby niektórzy, jednocześnie osłabi potencjał w innych siłach. Ale, o ile stosunkowo łatwo przeszkolić piechura (nawet partyzanta) z obsługi nowoczesnej wyrzutni przeciwpancernej, tak nie da się zrobić tego samego z obsługą ciężkiego sprzętu. Niech nikogo nie zmyli kradzież(?) czołgu dokonana przez ukraińskich Romów.

Dla jasności – nie jest to zarzut dla ANW (projektu armii nowego wzoru) per se. Jest to zarzut dla bezmyślnej interpretacji podpieranej wybiórczymi filmami z frontu. Zwrot w stronę dronów i „piechoty nękającej” nie powinien mieć miejsca jak trzon reformy. Może być odpowiednim podparciem całościowego wzmacniania naszej obronności. Opinie, które zakładają obronę opartą tylko o lekkie jednostki i drony są wręcz przerażające. Bo całościowo, jeżeli wyłączyć romantyczny aspekt Ukraińskiego oporu, rezultatem wpuszczania sił rosyjskich w głąb kraju jest burzenie miast, mordowanie cywilów, wywózka w głąb Rosji i wszystkie inne „atrakcje” serwowane przez Rosjan na zajętych terenach, które znane są już od wieków. Innymi słowy: lekka piechota, drony, obrona terytorialna – 3 x tak, ale nie jako główny element naszej obrony, nie jako jedyna recepta na zatrzymanie rosyjskich wojsk.

Odwołując się w dalszym ciągu do podwodniaków istnieje kolejny wątek, który warto poruszyć. Służba pod wodą wymagała odpowiednich predyspozycji psychofizycznych. Podobnie zresztą ma się spawa i w lotnictwie i desancie. O ile ANW umiem bronić (przez interpretacje) w wielu aspektach, tak propozycji zamiany dwóch brygad powietrzno-desantowych na „dronowe” kompletnie nie umiem pojąć. Byłoby to zaprzepaszczenie dotychczasowego szkolenia, a są to jednostki (powołuje się tu na specjalistów) w polskim wojsku elitarne. Jakkolwiek koncepcja budowy brygad eksperymentalnych, z nowym rodzajem uzbrojenia, dronami i amunicją krążącą jest ciekawa, tak zupełnie nie wiadomo dlaczego miałaby się wiązać z rezygnacji z wysoko mobilnych, dobrze wyszkolonych brygad desantowych.

Drony są pewnym novum na polu walki. Wykorzystane po raz pierwszy na szeroką skalę podczas wojny Azersko-Armeńskiej dziś też stanowią realne wzmocnienie Ukraińskiej obrony. Ich skuteczność wynika też z ich nowości. Rosjanie uczą się obycia z dronami na polu walki przez swój zniszczony sprzęt i straty w żołnierzach. I jak nie mam wysokiego mniemania o intelektualnych zdolnościach rosyjskich wojskowych, tak należy zakładać, że będą oni aktywnie szukać skutecznych metod zwalczania dronów i obrony przed nimi. Bayraktary w kolejnym konflikcie mogą być już mniej skuteczne, co nie oznacza, że należy z tego typu uzbrojenia rezygnować. Oznacza to, że nie można żadnego, pojedynczego rodzaju broni traktować jako niezawodnego, pewnego środka do zwycięstwa. Nawet broń atomowa takim nie jest.

Rok 2022 przyniósł nam taką rzeczywistość, w której pisanie o ataku Rosji na nasz kraj nie jest kompletną fikcją. Debata toczona o naszych siłach zbrojnych jest szalenie ważną z dwóch podstawowych powodów. PO pierwsze może w jej wyniku wykrystalizować się schemat, według którego przygotujemy nasze wojsko do stawiania skutecznego oporu. To, jak armie zbudujemy i na co postawimy może zdecydować czy zdołamy podjąć walkę i osiągnąć sukces, którym może być np. odparcie Rosjan już na granicy, lub obrona Warszawy – to zależy jak sukces zdefiniujemy. Posłużę się tutaj przykładem absurdalnym, żeby nakreślić pewien schemat: nie potrzebujemy lotniskowca do obrony w wojnie lądowej. Potrzebujemy broni i jednostek, które będą miały za zadanie stawiać skuteczny opór i wypychały zmechanizowane wojska rosyjskie. Drugim celem rozbudowy, modernizacji, czy ulepszenia naszej armii, i być może jest to cel nadrzędny, jest stworzenie takiej siły, która skutecznie zniechęci do ataku na nas. Czy dla rosyjskich planistów i analityków większy ciężar ma ilość dronów, czy obrona przeciwlotnicza, którą nawiasem mówić, znów odwołuje się do ekspertów, jest skrajnie słaba w porównaniu do ukraińskiej? Czy większy ból głowy powodują wyrzutnie przeciwpancerne, czy duża ilość jednostek ciężkich, gotowa nie tylko się bronić, ale i kontratakować?

Wojna na Ukrainie powinna dawać nam setki puntów do analizy i wyznaczać kierunek zmian, oraz korygować planowanie. Podstawowe wnioski powinny być wyciągnięte z taktyki Rosjan, gdy okazało się, że nie są mile witani, nawet na terenach prorosyjskich jeszcze w 2014 roku. Podczas ataku na nas nie mieliby chyba nawet złudzeń co do naszych odczuć. W związku z tym możemy założyć, że podobnie jak na Ukrainie i u nas nie mieliby skrupułów w niszczeniu infrastruktury cywilnej, na wzór Mariupola. Również przeniesienie punktu ciężkości walk w głąb kraju prawdopodobnie skutkowałoby takimi zniszczeniami, jakich doznają miasteczka na obrzeżach Kijowa. Dlatego, w mojej opinii, strefa mielenia ruskich gierojów powinna mieć miejsce możliwie najbliżej granic. Wejście rosyjskich kolumn w głąb kraju to tragedia, która rozegrała się już wielokrotnie w historii. I o ile jest to osiągalne, rosyjskie wojska powinny zderzać się z realną, ciężką siła już od pierwszych godzin marszu, zwłaszcza jeżeli weźmiemy pod uwagę fakt, że Ukraina jest krajem dwukrotnie większym od naszego i atak ze strony Białoruskiej na Warszawę mógłby być przeprowadzony błyskawicznie. Jeżeli nie uda nam się uniknąć ataków rakietowych na cele w głąb kraju, tam należy zrobić co tylko możliwe, żeby wroga armia nie mogła niszczyć polskich miast. Taki marsz mogą zatrzymać ciężkie jednostki, lekka piechota może ten marsz jedynie utrudnić.

Powyższy opis nie jest oczywiście próbą eksperckiej analizy lub polemiki. To zagadnienia bardzo poważne, jak pisał Sun Tzu w „Sztuce wojennej” – „Wojna to sprawa o żywotnym znaczeniu dla państwa, obszar życia lub śmierci, droga do przetrwania lub zagłady. Zagadnienie to trzeba więc dokładnie rozpatrzyć.” Dlatego też tą tematyką powinni zajmować się ludzie, który mają odpowiednią wiedzę, oraz dadzą radę udźwignąć ciężar decyzji z obszaru życia i śmierci państwa. Z mojej strony chciałbym jedynie, by felieton zwrócił uwagę na trzy zagadnienia. Po pierwsze, mając na widoku szczątkowy obraz rzeczywistości nie możemy na jego podstawie wyciągać wniosków i upraszczać skomplikowaną materię do puntu, gdzie staje się ona absurdalna. Jako obserwatorzy wydarzeń powinnyśmy również wstrzymać się z zaśmiecaniem poważnej debaty i tworzeniem niepotrzebnego informacyjnego szumu, w którym argumenty giną w zalewie haseł. To było „po drugie”. A po trzecie – nie traktujmy ścierania się koncepcji jak sportowej areny. Gra może iść o bardzo wysoką stawkę, tym bardziej, że społeczeństwo dziś zrozumie potrzebę i zaakceptuje koszty rozbudowy armii. W tym kontekście nie można przyjąć roli kibica którejś ze stron. Patriotyzm może przejawiać się w bardzo różny sposób. Także i w taki, gdzie zrezygnujemy z emocji i indywidualnych sympatii na rzecz argumentów. Dla Polski.

Autor: Andrzej Smoleń

One thought on “Felieton „wojenny” nr 9 – w stepie szerokim i na Atlantyku głębokim”
  1. Ja jestem podwodniakiem po AMW w Gdyni zatem nieco znam realia armii, choć fakt to był przełom lat 80/90. Masz rację co do propagandy Ukraińskiej, romantyczna, za którą stoją ofiary ludzi traktowanych jako żywe tarcze. Batalion Azov jest już tylko wspomnieniem. Niezależne media publikują w jaki sposób działają nacjonaliści w rejonie wschodniej części kraju. Stąd też działania operacyjne Rosji są takie a nie inne. Minimalizacja strat ludności, pomoc humanitarna strony rosyjskiej,czego polskie i zachodnie media nie mogą pokazać. Co do stanu naszej armii. To papierowa składnica dykty i mitów. Gdzieniegdzie pojawia się nowoczesny sprzęt,tyle że nie ma za nim logistycznego zaplecza. Jesteśmy słabsi niż przed 1 września 1939. Proszę sobie wyobrazić że marynarka wojenna nie istnieje! Mamy jeden,dwa nowe okręty tzw. poławiacze min…Kto teraz stosuje archaiczne metody minowania akwenów?? To pokazuje że nasze dowództwo jest oderwane od rzeczywistości i ściśle wykonuje wrogie Polsce, wewnętrzne działania rządów po 1989 roku. Mamy być słabi po prostu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.