Cofnijmy się dziś w czasie zaledwie o kilka miesięcy, do końcówki ubiegłego roku. Być może właśnie w grudniu przeoczyliśmy pewien punkt, którego wagi do dziś nie pojmujemy, być może dlatego, że wieje z niego najprawdziwsza groza. To w grudniu właśnie Władimir Putin postawił zachodowi, a w zasadzie Stanom Zjednoczonym, ultimatum. Rosja, powołując się na własne bezpieczeństwo, zażądała wycofania się NATO za Odrę. Demilitaryzacja, to słowo, które tak często pada dziś w zadaniach w stosunku do Ukrainy, miała być też udziałem całej Europy Środkowej, a więc i Polski. W naszym regionie mogłyby stacjonować jedynie wojska „własne”, z obecność sojuszniczych wymagałaby zgody obu stron. Innymi słowy: to Rosja decydowałaby, czy w Polsce mogą pojawić się żołnierze Amerykańscy! Rosja założyła, że interesuje ją jedynie niegroźny bufor pomiędzy jej „strefą wpływów”, czyli byłymi republikami radzieckimi a krajami Europy zachodniej. Wycofanie się Stanów Zjednoczonych z Europy w pełni dawałoby Rosji też możliwości swobodnej współpracy z Niemcami i Francją, handlową wymianą surowców, technologii itd. Jednym słowem – ZSRR-bis, z być może i PRLem-bis, ale tym razem z pełnym udziałem Rosji w systemie europejskim. Brzmi absurdalnie? W grudniu też tak brzmiało. Do tego stopnia było to niedorzeczne żądanie, że…szybko o nim zapomniano. Tak, jak zapomina się o niegrzeczności towarzyskiej, która się wydarzyła, ale o której się nie mówi, bo samo wspomnienie jest żenujące.

Do dziś sprawa tego ultimatum trochę nam umyka. Proszę pamiętać, że postawiono je na piśmie, żądając jednoznacznej odpowiedzi. Uznano je…nawet nie wiem za co je uznano. Po prostu je odrzucono, a później przemilczano, nie biorąc ani trochę na serio. Po jakimś czasie Władimir Putin uznał niepodległość dwóch separatystycznych republik w Donbasie, co potraktowano wtedy za próbę wyjścia z twarzą z tej sytuacji. Bo, gdyby brać na serio ultimatum, to nie zostało ono spełnione, a zostawienie tej sprawy przez Rosję wyglądałoby na słabość, a samo wyłożenie warunków na obłęd. Nikt chyba, w szerokiej debacie nie zakładał, że to „tak na serio”. Zarówno ruchy wojsk, okrętów, „przypadkowe” przecięcie kabla podwodnego w Norwegii, ćwiczenia floty przy infrastrukturze łączącej Europę z Ameryką odebrano jako strachy na lachy. Ruchy statków rosyjskich przy Irlandii posłużyły do prezentacji jak nisko upadło dziennikarstwo w Polsce, gdy komuś udało się napisać artykuł o tym, jak irlandzcy rybacy przepędzili rosyjskie okręty z morza Czarnego. Gdy pierwsze rakiety uderzały w Ukrainę, a pierwszym czołgom kończyło się paliwo świat był w tak wielkim szoku, że o tym ultimatum zapomniał. I nie chce sobie o nim przypomnieć do dziś.

To, że na Ukrainie do dziś trwa wojna wskazuje jednoznacznie, że ultimatum to nie był blef! A ta świadomość aż mrozi krew w żyłach. Rosjanie naprawdę powiedzieli Amerykanom: „won!” Wszystko wskazuje na to, że kompromitująca kampania na Ukrainie wygląda tak, a nie inaczej dlatego, że założono że armia ukraińska podda się i rozsypie jak w 2014. Proszę sobie wyobrazić, że Rosjanie obalają rząd i Ukraińcy kapitulują w 48 godzin. Jaki wtedy byłby wydźwięk i strach przed rosyjską armią! Wydawałaby się sprawna, niezwyciężona i potężna, pokonująca liczną przecież obronę, dozbrojoną zachodnią bronią i szkoloną przez Amerykanów. Proszę sobie przypomnieć, że Niemcy zostały zmuszone do jednoznacznej deklaracji po kilku dniach ukraińskiej obrony. W pierwszym dniu Niemcy odmówiły pomocy argumentując to Ukraińcom słowami „to nie ma sensu, i tak zaraz padniecie”. Jakże inaczej wyglądałby cały świat i stawiam tu tezę, że nie oglądalibyśmy takiej jedności zachodu. Prawdopodobnie strach kazałby opinii publicznej prosić rządzących o spełnienie ultimatum rosyjskiego, byle zachować pokój. CO zrobilibyśmy w takiej sytuacji, mając armię o wiele mniejszą od Ukraińców? Bronilibyśmy się? Aż słabo się robi na myśl, że cała nasza infrastruktura, mosty, węzły komunikacyjne, drogi, miasta, jednym słowem – wszystko zbudowane przez ostatnich 30 lat, sypałoby się w gruzy pod rosyjskimi bombami, lub byłoby wysadzane przez nas samych by powstrzymać pochód rosyjskich wojsk. Proszę sobie na chwilę wyobrazić, ze role Charkowa przejmuje Lublin, Sum Zamość, Chersonia Elbląg, a Mariupola Białystok. Sulejówek, Radzymin, czy Wołomin mogłyby zająć miejsce Ukraińskich Browarów, Buczy, czy Hostomela. Brzmi absurdalnie? Tak samo absurdalnie jak żądania rosyjskie! Idźmy dalej w te rozważna. Miliony uchodźców z Polski? Bombardowane szpitale i osiedla mieszkalne? Te wszystkie mieszkania i domy budowane ciężką pracą, spłacane kredytami w złotówkach czy frankach, obracające się w nic nie warte gruzowiska? Tysiące tragedii i rozterek? Liczenie na pomoc NATO w momencie, gdy duża część kraju byłaby już cofnięta nawet nie do 1990, a do 1945 roku? Czy może i my nie prosilibyśmy o zamknięcie nieba nad nami, gdyby Rosjanie wyraźnie straszyli Zachód atomową zagładą sugerując, że mają wojnę z Polakami, z innymi nie chcą walczyć? Usłyszałem niedawno w rozmowie ze znajomym: „nie chcieli się dogadać, to teraz mają” – to padło odnośnie Ukraińców. Czy w tak opisywanym scenariuszu, po ewentualnym Blitzkriegu rosyjskim na Ukrainie, nie padałaby i takie słowa odnośnie nas? Cyniczne i parszywe, odrzucające chęć narodu do tworzenia swojej przyszłości bez ruskiego buta na twarzy.

Być może dziś Ukraina trzyma tarczę przed Rzeczpospolitą Polską wykrwawiając się w naszej obronie. Być może pomoc udzielana uchodźcom nie jest naszym dobrych odruchem, ale cholernym obowiązkiem w obliczu tego, że Ukraińska armia zatrzymuje i wykrwawia idącą po raz n-ty na zachód rosyjską hordę. I jeżeli brzmi to absurdalnie (bo brzmi) to proszę jeszcze raz przypomnieć sobie rosyjskie ultimatum. Ono też jest absurdalne. Ale padło na serio, to nie był blef!

Autor: Andrzej Smoleń

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.