Droga, którą los kroczył do wybuchu II wojny światowej, nie była jednostajna. Miała ona pewne zakręty i momenty zwrotne. Ponieważ (jednak!), po początkowym szoku, zwolennicy „ruskiego miru”, czy też „trzeciego Rzymu” (wśród których objawił się – o zgrozo!– wysoki, katolicki dostojnik) są coraz to bardziej aktywni ostatnimi dniami, muszę zaznaczyć, że za datę wybuchu II wojny światowej uznaję, zgodnie z polską historiografią, rok 1939, nie 1941. III Rzesza niemiecka weszła jednak na ścieżkę, prowadzącą do wojny dużo wcześniej, nie akceptując postanowień traktatu wersalskiego, podpisanego po zakończeniu I wojny światowej. W dużym skrócie; Niemcy nie chciały przyjąć swojej porażki i wynikających z niej skutków. Łatwo było im grać na narodowej dumie, poczuciu krzywdy i nakreślić takie równania geopolityczne, w których należało się im więcej. Dokładając do tego ideologie, oraz pewną skuteczność w polityce i wewnętrznej, i międzynarodowej, kierunek został wyznaczony, a siły poruszone. Ten marsz trwał jednak kilka dobrych lat i dziś pokusić się można o stwierdzenie, że były takie momenty w których mógł być zatrzymany. Jest w historii jednak pewien czynnik, którego nie da się wstawiać do równań i przeliczać na jego podstawie skutki wydarzeń. Błędy poszczególnych jednostek (lub wręcz przeciwnie – ich geniusz), oraz te same cechy odniesione do całych narodów są najczęściej nie do przewidzenia. Takie czynniki istniały i przed II wojną światową, i oczywiście mają wpływ na rzeczywistość także dziś.

Upadek Związku Radzieckiego w 1991 roku przyjęty był w przeważającej części świata z ulgą, a w naszym regionie nawet, przez jakiś czas, z niedowierzaniem. Widać to było przez pierwszych kilka lat,w których dawne składowe republiki, jak i państwa satelickie poszukiwały swojej nowej tożsamości i kultury politycznej. Okres ten w samej Rosji można określić jako kolejna „wielka smuta”, czyli moment w którym Rosja zanurza się w wewnętrznych problemach i chaosie. Takich okresów historycznych Rosja doświadczyła kilkukrotnie, podobnie jak i okresów wzrostu, prawdziwej lub wydumanej potęgi, oraz samo-postrzegania się jako kraj wpływowej kultury. Ostatnia dekada XX wieku była jednak okresem dokładnie odwrotnym. Ludzie, którzy pamiętają tamte czasy, mogą przywołać wspomnienia rosyjskich handlarzy na polskich targowiskach i ogólny obraz całej Rosji pod przywództwem, – ach, wręcz symbolicznym! – Borysa Jelcyna, którego alkoholowe „momenty” dorównywały innemu prezydentowi z Europy Środkowej. Kolejny rosyjski przywódca, silny, ascetyczny (w propagandowym przekazie), pewny siebie i mający wizję Rosji rozpoczął odwracanie tego trendu. I, podobnie jak i Niemczech lat 30-tych, po uporaniu się z trudną sytuacją wewnętrzną, przywództwo rosyjskie rozejrzało się dookoła i uznało, że pragnie dogrywki. Było to zresztą mówione wprost, słowami człowieka najbardziej w Rosji potężnego, który określił upadek ZSRR, jako „katastrofę”. Stąd rozpychanie się w tych miejscach, które Sowieci uznali za „swoje”, stąd zielone ludziki, okupacja części Ukrainy, stąd wreszcie rzucone w grudniu żądania, nakazujące wycofanie się siłom NATO za Odrę. Jaka byłaby po przyjęciu takich warunków rola Polski? Tego nie wiem, ale w panslawizm na warunkach rosyjskich osobiście nie wierzę. Zbyt wiele spraw znanych z historii, odtwarza się, w sposób wręcz absurdalny, by połykać haczyk z taką przynętą.

Te same mechanizmy, choć różne okoliczności, obracają trybami historii w czasach, w których kontestuje się poprzedni porządek. Czy przyłączenie Austrii nie przypomina półformalnej aneksji Białorusi? W obu wypadkach przyłączono terytoria zbliżone etnicznie, a przynajmniej, jak w przypadku Białorusi, dryfujące wyraźnie w stronę Rosji, w wyniku obracania sterem przez kierownictwo państwowe. Anschluss Austrii nie włączył jeszcze syren alarmowych w Polsce, sekwencja zdarzeń następowała dalej, przyspieszając i tworząc kolejne zagrożenia dla państwa Polskiego. Tamten okres część publicystów chce widzieć jako podwaliny do tworzenie historii alternatywnej, w której Polska mogła przystąpić do paktu antykominternowskiego, czyli mówiąc wprost – do sojuszu z Niemcami. Należy tu pamiętać, że Hitler nie był jeszcze wtedy symbolem wcielonego zła, postrzegany był jako agresywny, ale jednak polityk, z którym można się dogadać i współpracować. Podobnie zresztą malował się jeszcze kilka tygodni obraz Władimira Putina. Takie rozważania, o wspólnym z Niemcami marszu na Moskwę są jednak kroczeniem po bardzo grząskim gruncie. Ilość czynników, które należy przeanalizować, wraz z tymi „wirtualnymi”, wynikającymi z hipotetycznych decyzji, jest zbyt wielka by przywiązywać się z całych sił do alternatywnych scenariuszy. Tym niemniej, rok 1938 obserwował wzajemne strącanie coraz to kolejnych kostek domina. Pierwszą, ruszoną kostką stały się pretensję Niemiec do czeskich Sudetów.

Pogranicze Niemiecko-Czechosłowackie w tamtych latach zamieszkiwało około 2 milionów Niemców Sudeckich i stało się to powodem wysuwanych żądań. Schemat, warto zauważyć, powtarzany w historii wielokrotnie, również w 2014 roku w Donbasie. Podobnie jak na wschodzie Ukrainy, tak i teren Sudetów był rejonem mocno uprzemysłowionym, z fabrykami np. Skody. Armia Czechosłowacka jednak, w przeciwieństwie do Ukraińskiej roku 2014, była względnie silna. Jak oceniają specjaliści w tej dziedzinie zarówno siła armii, jak i ukształtowanie terenu pozwalało zakładać, że Czesi dadzą radę odeprzeć wojska niemieckie. Dodatkowo, Czechosłowacja związana była sojuszem wojskowym z Francją. Jednak naciski niemieckie i niechęć zachodniej Europy do wojny z Niemcami doprowadziły do dyplomatycznych rokowań (Traktatu Monachijskiego), w wyniku których (bez udziału Czechosłowacji!) oddano Niemcom Sudety, co Churchill skomentował znanymi słowami: „Anglia miała wybór pomiędzy wojną i hańbą. Wybrała hańbę, ale będzie miała wojnę.“

Pierwszy akt tego dramatu (w którym wzięła udział też Polska zajmując Zaolzie) miał na zawsze zaspokajać ambicję Rzeszy. Jak łatwo się domyślić, stan taki trwał bardzo krótko, już na początku 1939 roku, Czechy i Morawy znalazły się pod okupacją niemiecką, Słowacja została utworzona jako marionetkowe, satelickie państwo III Rzeszy. W tym momencie sytuacja Polski stawała się dramatyczna. Niemcy otaczały nas na od zachodu, od północy (Prusy), a po wchłonięciu Czechosłowacji i od południa. Kostki domina dalej trącały kolejne, cała Europa zrozumiała, że żarty się skończyły, w stosunku do Polski wysunięto żądania, my staraliśmy się zabezpieczyć przez dyplomatyczne gwarancję i przygotowania do obrony, a Niemcy podpisali pakt z Sowietami. Moment naszej kapitulacji to upadek ostatniej kostki domina zdarzeń. Późniejsze działania wojenne na wszystkich frontach odbywały się z naszym udziałem, wszystkie fronty zostały skropione krwią polskich żołnierzy, ale w tej grze nie uczestniczyła już Polska jako państwo.

Czesi nie podjęli walki. Często w obiegowej opinii stawiani są oni jako wzór pewnego rodzaju pragmatyzmu. Po układzie Monachijskim nie walczyli za wszelką cenę, nie przeciwstawili się gwałtowi, który im zadawano. Dalsza ich historia przypomina losy Polskich ziem w czasie wojny, Czesi też spędzili ten czas pod okupacją niemiecką, a już po jej zakończeniu trafili w sowiecką strefę wpływów. A wszystko to bez traumy „czeskiej kampanii wrześniowej”, bez tylu ofiar i bez tak wielkiej daniny z krwi swoich żołnierzy. Czy jednak ich rezygnacja z walki była słuszna? Jeżeli mogli zatrzymać Niemców, a przynajmniej solidnie ich osłabić to tutaj też pojawia się pole do alternatyw historycznych. Jest to ważne zagadnienie zwłaszcza z polskiego punktu widzenia. Zajęcie Czechosłowacji diametralnie zmieniało nasza sytuację. Być może Czechom zabrakło pewnego etosu narodowego, straconego pod Białą Górą, być może zwyciężył pragmatyzm, być może winne są tutaj Wielka Brytania i Francja, które nie wsparły Czechów. Być może… Jedno, co znamy na pewno to późniejsze skutki, czyli atak Niemiec na Polskę po 12 miesiącach od traktatu monachijskiego i początek II wojny światowej.

Przeskakując do roku 2022 nie sposób dostrzec, że Ukraina podniosła tarczę, zasłaniającą Polskę, której zabrakło Czechosłowacji w 1938. Pomimo przewagi wojsk rosyjskich podjęła walkę, której wyniku dziś jeszcze nie możemy przewidzieć. Gdyby Ukraińcy zostali pokonani, sytuacja Polski może stać się tak samo trudna jak przed wrześniem 1939. Wciąż realny jest scenariusz, w którym Białoruś pozostaje jedynie formalnie niezależnym państwem, wschodnia część Ukrainy zostaje wcielona do Rosji, a zachodnia, na wzór marionetkowej Słowacji, staje się zależnym, satelickim państwem z rządem podległym Moskwie. Wtedy, tak samo mielibyśmy długą granicę z państwem nam nieprzyjaznym, z dodatkowym kierunkiem operacyjnym ze strony Prus. Znów mielibyśmy podobne dylematy, być może nawet w takiej samej układance, bo czy nie można wyobrazić sobie żądań korytarza między Białorusią, a Królewcem? Oby przyszłość nie chciała znów czerpać wzorców z przeszłości. Póki co jednak, Ukraińcy się bronią, a nam nie przyszły do głowy głupie pomysły na wzór aneksji Zaolzia. Dziś chyba dobrze rozumiemy, o co toczy się gra na Ukrainie, bo być może rozgrywa się tam i nasza przyszłość.

Autor: Andrzej Smoleń

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.