W 1938 roku podczas konferencji monachijskiej, kilka ościennych państw zdecydowało o podziale Czechosłowacji. W zaborze części tego kraju wzięła udział też Polska, przyłączając do swojego terytorium Zaolzie. Do dziś zresztą jest to woda lejąca się na młyny rosyjskiej propagandy, pozwalająca stawiać Polskę w jednym rzędzie z III Rzeszą. Ten podział jednak dla samej II Rzeczpospolitej powodował duży kłopot. Wydłużała się granica z Niemcami na zachodzie i doszedł dodatkowy kierunek potencjalnego ataku, od południa. Sytuacja naszego państwa w 1939 roku przypominać może położenie Ukrainy na początku 2022 roku. Ukraińcy zagrożeni zostali od wschodu, oraz od południa, z Krymu. My musieliśmy zadbać o granicę zachodnią, oraz wisiały nad nami, na północy Prusy, które, podobnie jak i Krym Rosji, dawały Niemcom możliwość ataku w dwu kierunkach. Niemcy mogli uderzyć i na Gdańsk, biorąc go w kleszcze, oraz ruszyć w stronę Warszawy. Rosjanie z Krymu nacierają i na wschód, w stronę Donbasu, wzdłuż wybrzeża morza Czarnego, i próbują (z gorszymi wynikami) łamać linię Dniepru od zachodu atakując Chersoń. Na krótko przed rozpoczęciem kampanii wrześniowej Polsce zagroził kierunek południowy (Słowacja), a Ukrainie w 2022 kierunek północny, ze strony Białorusi. Ukrainie dodatkowo zagraża jeszcze terytorium Naddniestrza, na szczęście dla niej, do tej pory niewykorzystane.

Sytuacja na granicach przed działaniami wojennymi w obu przypadkach przypomina lustrzane odbicie sytuacji sąsiada. Prusy (północ) – Krym (południe), główne siły przeciwko Polsce z Zachodu, przeciwko Ukrainie ze Wschodu, pomocniczy kierunek: południe (Słowacja) – północ (Białoruś), oraz ataki z morza: północ (Bałtyk) – południe (morze Czarne). W związku z tym dowództwo Ukraińskie miało bardzo podobny dylemat do naszego przed wrześniem 1939 roku. Nasza decyzja o rozciągnięciu obrony wzdłuż wszystkich granic, z wojskowego punktu widzenia, była koszmarnym błędem, gdyż będąc w każdym miejscu, wszędzie byliśmy za słabi, by przyjmować skoncentrowane uderzenia, dodatkowo zaskoczeni nową taktyką niemiecką. Lepsze efekty mogła przynieść obrona cofnięta w głąb kraju, oparta o linię rzek i skrócenie frontu. Ale jednak, z politycznego punktu widzenia, takie rozwiązanie też niosło zagrożenie. Wojska niemieckie mogły wejść, okupować np. Wielkopolskę lub Gdańsk…i tyle. Bano się, że w takiej sytuacji naciski zachodnich rządów doprowadzą do przejęcie przez Hitlera części ziem. Dylemat był trudny, a z podobnym musieli zmierzyć się też Ukraińcy. Nie było przecież wiadomo, czy ewentualne uderzenie obejmie jedynie wschód i próbę rozszerzenia separatystycznych republik, czy dojdzie jednak do pełnej inwazji rosyjskiej. Ukraińcy chyba dość dobrze przewidzieli (lub powiedziano im) kierunki natarcia, można powiedzieć, że zostali zaskoczeni jedynie od północy.

Na sytuacji „przed wojną”, oraz na dylematach kończą się podobieństwa. Dużą różnicę w sytuacji stanowi dziś istnienie Polski, która jest „życzliwie wspomagająca” Ukrainę. Obiecywana II Rzeczpospolitej pomoc z Wielkiej Brytanii i Francji nie dotarła, bo dotrzeć nie mogła. Problemem był tu zwyczajnie fakt, że Polska oddzielona była od sojuszników przez Niemcy i otoczona była przez państwa, w najlepszym wypadku neutralne. Tu istnieje duże pole to tworzenia różnych scenariuszy z kategorii political fiction, ale nie taki zamysł dzisiejszego felietonu. Deklaracja wojny, zarówno ze strony Wielkiej Brytanii, jak i Francji skończyła się niemal w pełni na deklaracji. Pojedynczych, skromnych akcji wojskowych nie można uznać za pomocne, nie przyniosły ulgi na naszym froncie. Ukraina nie mając oficjalnych sojuszników wspomagana jest w sposób wyraźny, który pozwala zachować formalną neutralność. Przez naszą granicę przekazywana jest bron i amunicja, oraz pomoc humanitarna. My takiej pomocy nie otrzymaliśmy, zostaliśmy skazani na walkę z tym co mieliśmy w rękach 1 września. Dopóki nie zostanie odcięta droga, którą kierowana jest pomoc, dopóki inne państwo nie wbije noża w plecy (czyż nie nasuwa się sama kolejna analogia?), Ukraina może mieć nadzieję.

Istnieje jeszcze jedna, ważna różnica, aktualna 2 marca 2022 roku. Jest nią przywództwo państwowe. Rosja, wprost mówiąc o obaleniu obecnych rządów nie wypłoszyła z Kijowa prezydenta Ukrainy. Sprawy jeszcze mogą różnie się potoczyć, ale przez pierwszych 6 dni inwazji, głowa państwa Ukraińskiego, dodaje samą swoją obecnością otuchy walczącym. Mer Kliczko w Kijowie, podobnie jak i prezydent Starzyński w Warszawie w 1939, też organizuje obronę stolicy. Morale Ukraińców jeszcze nie słabnie, nasze „wrześniowe”, też z początku wysokie, spadało też przez postawę rządzących. I nie chodzi tu o samą ucieczkę rządu. Chodzi o to, kto uciekał. Z Polski, dla zachowania ciągłości państwa mógł uciec minister spraw zagranicznych, ale nie mógł uciec człowiek, który wygłosił kilka miesięcy wcześniej tak płomienne przemówienie w sejmie, które do dziś powoduję wzruszenie. Urząd mógł być przekazany, ale nie można było zniweczyć swoich własnych, wspaniałych słów o honorze! Marszałek, który zapowiadał nie oddanie nawet i guzika od płaszcza, i który uciekł z kraju, zostawiając w nim jeszcze resztki walczących, to już wręcz pośmiewisko, niewymagające dodatkowego komentarza.

Są zatem w obu kampaniach i podobieństwa i (jeszcze) różnice. Biorąc nawet pod uwagę jak niewiele wiemy z samego frontu o właściwej sytuacji, tak jednak możemy się spodziewać, że kolejne podobieństwa do kampanii wrześniowej przybliżą takie samo zakończenie zmagań i w lutym.

Autor: Andrzej Smoleń

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.