Kwiecień – wizyta w podziemiach wawelskiej katedry, unikalnej na skalę światową nekropolii gromadzącej szczątki władców i ważnych osób dla historii naszego państwa. Później krakowski rynek, gdzie pod pomnikiem Mickiewicza, grupa Ukraińców zbierała fundusze na swoją armie, głośno ogłaszając światu krzywdy wyrządzane ich narodowi przez Rosję. Były flagi Ukrainy i Polski, hymny obu państw, wiersze, pieśni, modlitwy, relacje z dramatycznych przeżyć. Dojmujące było to doświadczenie; widok ludzi przeżywających wojnę toczoną na terenie ich ojczyzny, ale równocześnie wyrażających Polsce wdzięczność za pomoc. „Niech żyje Polska” wykrzykiwane przez Ukraińców w Krakowie było uderzające, symbolicznie odwrócenie karty w historii obu narodów. Jednocześnie jednak w kwietniu opadały już pierwsze, najsilniejsze emocje wywołane wybuchem dużego konfliktu w Europie, toczonego tuż za naszymi granicami. Krakowski rynek w tamtym dniu był miejscem, gdzie sprawy toczyły się biegiem ustalonym już od wieków. Gołębie kotłowały się pod nogami, co godzinę wybrzmiewał hymn, wielu zajmowało się swoimi, zwykłymi sprawami lub cieszyło wizytą w Krakowie. Od samego Wawelu rynek dzieli dystans pozwalający na pokonanie go spacerem. Jednak odległość, dzieląca majestat, położonego na wzgórzu zamku i niemal fizycznie wyczuwalnego ducha wielkiej historii, od bardziej przyziemnego spraw rynku wydawał mi się w tamtych dniach o wiele większy.

Sprawy Ukrainy w czasie I Rzeczpospolitej integralnej części Królestwa, musiały być wielokrotnie omawiane na Wawelskich salach i krużgankach. Wielka polityka, plany i wyzwania łączyły się i ścierały w obrębie królewskiego zamku. W tym samym czasie, w cieniu sukiennic czy kościoła Mariackiego podobne w swojej istocie mechanizmy – ambicje, potrzeby i konieczności – wymuszały kierowanie uwagi zwykłych ludzi na codzienne obowiązki i zadania. I tak w innych rejonach Krakowa, i tak samo w całej Koronie, której bezpośrednio nie dotykały niepokoje na dzikich polach. Być może tutaj leżał jeden z podstawowych problemów I Rzeczpospolitej, której wielkie odległości, wieloetniczność i mnogość wyznań powodowały często rozmywanie się powagi wzrastających wyzwań. Czasami jednak, gdy zjawisko takie urosło ponad siły musiało stać się sprawą całego państwa. Bunt kozaków, czyli rzecz całkiem „naturalna” na Ukrainie w XVII wieku, nie zdławiony w zarodku doprowadził do dużego powstania (ludowego?), które obnażyło państwom ościennym problemy całej Rzeczpospolitej. To przykład jeden z wielu, schemat wręcz przerabiany wielokrotnie w naszej historii, który polega na tym, że wydarzenia na wschodzie rezonują prędzej czy później także i nad Wisłą. Tragiczne w tej sytuacji jest to, że łatwo można o tej prawidłowości zapomnieć – odległość wydaje się sprzyjać takiej postawie, gdzie w obliczu niebezpieczeństwa „Polska jest kobietą, która wpada do domu, zamyka drzwi i opiekuje się swoimi dziećmi.” Kwietniowa manifestacja Ukraińców na krakowskim rynku była wołaniem, powodującym wręcz dosłownie echo, które przypominało, że po równinie na której położone są nasze państwa łatwo suną wojska.

Lipiec – Warszawa. Zdjęcie w miniaturce wykonałem na placu zamkowym. Zniszczony rosyjski sprzęt wojskowy umieszczono, nie wiem czy celowo, w miejscu szczególnym. Oglądałem tą kupę żelastwa 3 lipca, dzień przed kolejną rocznicą bitwy pod Kłuszynem, w której Stanisław Żółkiewski rozbił wojska Moskali, i po której miał otwartą drogę na Kreml. Różnie można oceniać awantury dymitriad, które doprowadziły do samej bitwy i naszej obecności w Moskwie, podobnie jak i postać króla Zygmunta III, którego panowanie objęło opisywane wydarzenia, ale jednak te wojenne „trofea” umieszczono w zasięgu cienia, jaki rzuca kolumna wzniesiona na cześć króla, przed którym bił czołem o ziemię pokonany i pojmany car rosyjski. Symboliczne. Ale i też niepokojące, prowokujące myśli o tym, że starcia w tym regionie świata są nierozerwalnym elementem życia.

Od wiadomości wojennych można uciec, wycofać się i zająć codziennymi sprawami. Niestety nie da się uciec od konsekwencji i jest to chyba najbardziej tragiczny wniosek. Polska odczuje je zarówno wtedy, gdy Rosja pokona Ukrainę i stanie wzdłuż niemal całej, wschodniej granicy, jak również gdy Ukraina załamie się pod naporem tracąc spójność, względną stabilność państwową, przekształcając się (znów wracamy do XVI wieku) w rodzaj Siczy Zaporowskiej. Ale wpłynie na nas i także przegrana Rosji i oczekiwane przez wielu rozczłonkowanie federacji w wyniku ruchów niepodległościowych wielu mniejszości narodowych zamieszkujących Rosję. Nawet „remis” w starciu, nierozstrzygnięcie i niepewność kolejnych lat będzie rzutować na przyszłość ojczyzny, nawet w takich sprawach jak gospodarka, siła (?) naszej waluty i gotowość inwestorów do wchodzenia z pieniędzmi w niepewny geopolitycznie region. Na wschodzie i południu Ukrainy toczy się walka też o nasza przyszłość, perspektywy Polski i przyszłe możliwości polskich dzieci. I choć, jako Polacy, mamy raczej świetne, instynktowne wyczucie powagi tej walki, tak zdajemy się wracać do równowagi z której zostaliśmy wytrąceni w lutym. Czasami ze zmęczenia, czasami niestety ze znudzenia. Ta ważna walka trwa jednak nadal, a jej echa, jak widać na załączonym zdjęciu, wybrzmiewają i u nas.

Autor: Andrzej Smoleń

https://twitter.com/andrzej_smolen

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.