Mgła wojny nad Ukrainą jest wciąż gęsta, co wraz z trwającą równolegle wojna informacyjną nie pozwala na w 100% wiarygodny odbiór rzeczywistości. Dlatego też przestrzegam przed emocjonalnym odbiorem i przekazem niektórych historii, a już szczególnie przed rozpowszechnianiem plotek, albo mówiąc bardzo dosadnie, wiadomości z wiadomo skąd wyjętych. Tym niemniej pośród mgły widać lekkie kontury i pewne zależności trwającej kampanii. Czasami to dużo. A na pewno na tyle dużo, by w głowie kłębiły mi się analogie lub rozbieżności z innymi wojnami na tym terenie, wraz nazwiskami, datami, bitwami. Chciałbym w krótkim (oby jak najkrótszym) cyklu przedstawić kilka przemyśleń. Nie będą to historyczne, szczegółowe, opracowania strategii wojennych i opisy ich realizacji, ale próba szukania puntów stycznych, albo rozbieżnych linii pomiędzy dzisiejszą wojną na Ukrainie, a hipnotycznymi doświadczeniami. Pewien rodzaj (jeżeli to nie nazbyt ambitne określenie) historycznej publicystyki.

Wokół granic państwa Ukraińskiego Rosjanie zgromadzili, według szacunków, około 200 tysięcy żołnierzy. To, porównując skalę współczesnych armii europejskich, liczba OGROMNA. Zasięg całej operacji też jest odmienny od toczonych w ostatnich latach wojen. To nie starcie armii z partyzantką, lub z fanatycznymi bojownikami islamskimi, i to nie walki z „nieokreślonymi” separatystami. To starcie dwóch sił we wszystkich niemal dostępnych przestrzeniach. Walki toczą się w powietrzu (choć w ograniczonym zakresie) i na lądzie. Walczy piechota, wojska pancerne, artyleria, dokonywane są próby desantu i dywersji. Równocześnie trwa walka w przestrzeni internetowej. Brak chyba jedynie starć na morzu, choć z morza wzięła się najbardziej emocjonująca historia i legenda tej wojny. Tak wielkiej skali starć nasz kontynent nie widział od czasów II wojny światowej i w pierwszym wpisie do niej chciałbym nawiązać.

W momencie, gdy położenie Ziemi względem Słońca, oraz czas ludzkość określiła jako 22 czerwca 1941 roku kilka milionów uzbrojonych ludzi zaatakowało innych kilka milionów uzbrojonych rywali. Napaść Niemców na Sowietów rozpoczął jedną z najbardziej fascynujących, ale i krwawych kampanii, jakie świat oglądał. Szybki marsz Niemców, ich początkowe sukcesy są też pewnego rodzaju fenomenem. Ale jeszcze większym wyzwaniem było dla nich utrzymanie odpowiedniego zaopatrzenia dla szybko posuwających się armii tysiące kilometrów od Berlina. Dziś rosyjska armia operuję na odległości bardzo niewielkie od swoich granic, są to dziesiątki, może setki kilometrów, Niemcy doszli niemal na Kaukaz. A pojawiają się coraz częściej dowody na to, że zaopatrzenie rosyjskich jednostek staje się momentami problemem. Piękny jest to obrazek, w którym ukraiński cywil pyta załogę rosyjskiego czołgu, w którym skończyło się paliwo, czy odholować ich do Rosji. Proszę jeszcze raz porównać te liczby, 200 tysięcy versus 4 miliony. Kilkadziesiąt kilometrów a tych kilometrów tysiące. A jednak przez długi czas, aż do samego Stalingradu Niemcy radzili sobie bardzo dobrze z logistyką! Zresztą później to samo zadanie zrealizować musiała Amia Czerwona, gdy kierunek wojsk zmienił się z pochodu na wschód w marsz na zachód – na Berlin. Kusi się tutaj o postawienie pytania, czy AK dobrze robiła sabotując niemieckie transporty z zapatrzeniem na wschód. Cóż szkodziło, że wrogie nam państwa wyrzynają się nawzajem? Ale to temat na inną opowieść.

Często bywa tak, że ciężko odnieść suche liczby do rzeczywistości. A w rzeczywistości logistyka wojenna nie polegała tylko na amunicji, czy paliwie. Przecież każdy z tych milionów(!) niemieckich , czy sowieckich żołnierzy potrzebował też żywności, odpowiedniej dawki kalorii do forsownych marszów i walki. Świnia, którą jadł Hans zabierana była polskiemu chłopowi, ale pomijając na krótką chwilę pamięć o cierpieniach okupacji, proszę zwrócić uwagę jak dużą, logistyczną pracę miała do wykonania armia niemiecka. A przecież to nie wszystko, bo wojsko też potrzebowało dziesiątków rodzajów śrubek, drutów, łożysk, smarów i innych części zamiennych. Żołnierze (przynajmniej jednej ze stron), chcieli się umyć, ogolić i zmienić skarpety, (miliony młodych mężczyzn!). Do tego potrzebowali papierosów, wódki i działającej poczty. Wysiłek wojenny tamtych czasów opierał się nie tylko na barkach żołnierza, ale był tez możliwy dzięki wysiłkowi całego przemysłu ( w tym pracy niewolniczej), całego aparatu państwowego nastawionego na wygranie wojny.

Tamta wojna była fenomenem, kosztownym w zasoby i krew ludzką, oby nigdy już nie powtórzonym. Dziś chyba żadnego państwa nie stać na podobny wysiłek, zarówno w skali operacji, jak i jego długości. Już początek działań wojennych na Ukrainie zdaje się to sugerować i oferuje nam też przykłady potwierdzające taką tezę. Czy winna jest taktyka, czy słabość państwa rosyjskiego, czy jeszcze coś innego?

Autor: Andrzej Smoleń

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.