O klasie średniej

          Zapowiadane pod szyldem „Nowego Ładu” zmiany, zwłaszcza te odnoszące się do rozwiązań w prawie podatkowym, sprowokowały nad Wisłą ciekawą dyskusję o klasie średniej. Ponieważ ta warstwa społeczna, jak to najczęściej bywa, obarczona zostanie największymi obciążeniami, jej głos był dość wyraźnie zauważalny, wraz z próbami samozdefiniowania. Co znamienne, choć oczywiście nie zaskakujące, dyskusje dotyczyły progu finansowego w którym klasa średnia się zaczyna. Zagadnienie jest jednak szersze i szkoda byłoby je spłycać jedynie do dylematu, czy przedstawiciel klasy średniej jeździ używanym Passatem, czy też nowym Range Roverem. Jest to oczywiście wyznacznik bardzo ważny, ale nie wystarczający do zamknięcia tematu. Jest niczym jedna noga w ciele, które potrzebuje podparcia również w drugiej, też ważnej i też samej w sobie niewystarczającej. Oparta tylko na jednej nodze klasa średnia traci równowagę, a gdy jedna z nich niedomaga, staje się zwyczajnie kulawa.

         Pojawia się tutaj w naturalny sposób pytanie, czym jest ów czynnik, ważny i umykający w bieżącej dyskusji. Nie jest on łatwy do prostego, jednoznacznego określenia, ale jest czymś w rodzaju siły, którą klasa średnia generuję i która pozwala całemu społeczeństwu pozostawać w odpowiednich torach, ale też je korygować i nadawać nowe kierunki. W praktyce dnia codziennego przejawia się to tym, że osoby o odpowiednich predyspozycjach, ambicjach i poczuciu obowiązku zajmują się w wolnym czasie działalnością polityczną, społeczną, czy charytatywną, co wynika z wewnętrznej potrzeby wnoszenia wkładu w społeczeństwo. Model taki może i jest wyidealizowany, ale już szersza część klasy średniej, funkcjonująca według podobnego wzorca może zrobić wiele dobrego. Wymaga to oczywiście poczucia misji lub obowiązku,  lecz pozostawia też miejsce na satysfakcję z życia, które nie ogranicza się do spełnienia indywidualnych zachcianek. Alfred Bocheński w swojej słynnej książce „Dzieje głupoty w Polsce” zawarł piękną dedykację: „Tylko dla tych, którzy mają ambicję lub okazję myślą lub czynem wpływać na losy zbiorowiska naszego, pisał autor.” Dedykacja ta chyba również może zdefiniować pojęcie klasy średniej w ujęciu poza sprawami finansowymi. Nie trzeba tu uciekać się do założeń, że na losy zbiorowiska naszego wpływać może jedynie silna władza centralna. Podejmowanie działań na szczeblu lokalnym i wiara w ich sens, to dobry papierek lakmusowy, który można przykładać do klasy średniej, badając jej możliwości i wpływ na społeczeństwo.

           Jedną z bardzo obrazowych alegorii opisujących życie polityczne jest przedstawienie go w symbolach wieży i placu. Wieża symbolizuje postawione wysoko kierownictwo, które ma szeroką perspektywę, ale równocześnie nie czuję  nastrojów placu. Do wieży trudniej docierają nowoczesne prądy i nie czuć tam równie mocno jak w dole, zmieniających społeczeństwo idei. Przez swoją izolacje węża jest bardziej stonowana i konserwatywna, przez co rodzą się napięcia między nią, a placem. Plac z kolei bardzo łatwo wyczuwa zmiany na świecie, jest pełen interakcji, ruchu i życia. Sztuka odpowiedniego ułożenia sobie relacji między wieża a placem jest niezmiernie trudna i rówieśnicze konieczna, by nie doprowadzić do upadku obu  grup. W państwach republikańskich dodatkowo to właśnie z placu rekrutowani są ludzie zasiadający później w wieży. Plac i jego żywotność to oczywiście symbol klasy średniej. Owo napięcie jest w Polsce dość wyraźnie wyczuwalne i stosunki między placem, a wieżą były napięte jeszcze przed ogłoszeniem Nowego Ładu. Wieża szuka swojej siły poza placem, co oczywiście ma prawo robić, ale wydaje się, że czeka ją trudne zadanie brania na swoje barki wszystkiego, co odpowiednio silna klasa średnia może robić poza jurysdykcją wieży.


	Plac może wytwarzać potężną siłę. Być może jest to powód, dla którego wieża spogląda nieprzychylnie na jego niezależność. Tu należy wrócić do początku i spraw finansowych, bo nic przecież nie buduje tak mocno poczucia niezależności, jak odpowiednie zaplecze finansowe. O takiej sile przekonała się swego czasu amerykańska liga koszykówki NBA. Wystarczył krótki tweet, jednego z managerów, potępiający działania Chin w Hongkongu, by uruchomiona została lawina protestów, zrywanych kontraktów i gróźb. Ponieważ NBA w Chinach jest szalenie popularna, a rynek jest tam ogromny, tworzony przez bardzo liczną klasę średnią, czyli z punktu widzenia NBA – zamożnych odbiorców jej widowisk, przeprosiny i akcje naprawiające sytuację były równie szybkie i mocne. Oburzenie Chin nie było oddolną akcją społeczną i ogólnym, dobrowolnym bojkotem widzów, ale sytuacja ta pokazuję jaką siłę może mieć niezależne, zamożne i świadome społeczeństwo. Problem w tym jedynie, że wszystkie te warunki muszą być spełnione naraz. Wieży modelowo bardzo zależy, by taka siła była przez nią sterowana, ale jak każdy kij, także i ten można użyć do okładania nim trzymającego. Strach przed takim obrotem spraw prawdopodobnie powoduje rzucanie kłód pod nogi klasie średniej tam, gdzie wieża zdaje sobie sprawę z braku zaufania placu do jej działań.

         W emigracyjnych realiach sprawia przedstawia się jeszcze inaczej. Można porównać naszą sytuację do wyodrębnionej na placu małej grupy. By była dostrzegana i miała realny wpływ na otoczenie, nie może się ona rozproszyć między innymi uczestnikami życia na placu i potrzebuję czynnika łączącego. Dodatkowo, jej niezależność również musi opierać się na solidnych fundamentach finansowych i pozycji w społeczeństwie. Pierwszy punkt w tym momencie jest spełniany, ilość szkół parafii, stowarzyszeń i innych organizacji polonijnych mówi sam za siebie. Szkopuł tkwi w tym, by sytuacja taka była trwała, by pamięć o swojej odrębności zechciało kontynuować kolejne pokolenie. Drugi filar jest jednak słabszy. Trudność w jego wzmacnianiu sprawia fakt, że skali chińskiego narodu nie osiągniemy nigdy, co sprawia że jeszcze mocniej potrzeba nam jakości. Im większy chcemy osiągnąć status, szacunek i wpływ tym więcej potrzebować będziemy polskich naukowców, lekarzy, przedsiębiorców, inżynierów itd. Ostatnie wydarzenia na szachownicy międzynarodowej, w której okazało się, że Polska przyjmuję cios za ciosem w założoną ostatnimi laty taktykę, wywołały również dyskusję, choć mniej widoczną niż ta o „Nowym Ładzie”. Kilkukrotnie widziałem w różnych wizjach i propozycjach rozwiązań punkt taki, który zakładał pracę Polonii. Nie trzeba specjalisty z zakresu stosunków międzynarodowych, by wiedzieć, że Polsce bardzo brakuję miękkiej siły, odpowiedniego, pozytywnego obrazu w świecie. Tutaj właśnie miałaby przypaść rola środowiskom emigracyjnym, który w poszczególnych krajach lobbowałyby za – najogólniej mówiąc – polską sprawą. I nie pozostaje tu nic innego jak zakrzyknąć cytatem z nieśmiertelnego wojaka Szwejka: „Pomysł dobry, ale głupi!” Dobry, bo modelowo wygląda bez zarzutu. Duże skupiska Polaków za granicami kraju to grupy, które nie powinny być lekceważone i które mogą oddziaływać na lokalne społeczności. A dlaczego głupi? Przytoczę tutaj pewien wpis, który był popularny kilka lat temu w „emigracyjnym” internecie. Działo się to z dzisiejszej perspektywy niemal w prehistorii, w momencie debat przed referendum Brexitowym. Jakoś tak dziwnie się składało, że Polacy odbierali samych siebie jako element tej przepychanki, a nawet niejednokrotnie jako powód całego zamieszania. Wpis, który chciałbym przypomnieć, wywołał dyskusję wewnątrz Polonii i pomysł strajku, którego celem było udowodnienie, jak bardzo potrzebni jesteśmy na wyspach. Bez dalszych już wstępów cytat poniżej:

"Kiedyś w latach 80 w Stanach Zjednoczonych imigranci na jeden dzień nie wyszli do pracy. Stanęło metro i komunikacja, kawiarnie i restauracje były zamknięte. I tak skończyło się obrażanie. Być może teraz czas na nas."

	Czy  można wyobrazić sobie silniejszych lobbystów niż ci, od których zależy metro, komunikacja miejska i kawiarnie? Nie będę dalej kpił z tego zestawienia, bo do każdej osoby, która uczciwie pracuję mam duży szacunek i nie chciałbym by zostało to odebrane, jako lekceważenie kogokolwiek. Prawdą jest jednak to, że w obecnej sytuacji nasza miękka siła i zdolności wpływania na rzeczywistość na obczyźnie są minimalne. Wciąż za mało jest wśród Polonii jednostek, które opierają się solidnie na dwu filarach opisanych wcześniej. Zauważeni możemy być póki co jako głośna masa, ale nie jest to odpowiednia droga, bo choć taka próba wywierania wpływu ma skutek taki, że irytuje jak brzęczący komar, więc może w jakimś stopniu spełnić swoje założenia, to jednak nie budzi szacunku, co jest ważne na dłuższą metę. Pozytywne jednak jest to, że siłę taką możemy zbudować. Uważam, że są ku temu solidne podstawy wynikające z chęci naszych rodaków do pracy i rozwoju, oraz w pamięci o swoim pochodzeniu. Problemem jest jedynie skala czasowa, której wymaga tak ambitne przedsięwzięcie. Jest to okres co najmniej kilkunastu lat, w przeciągu którego najmłodsi Polacy będą wchodzić na kolejne szczeble zawodowe i społeczne. Szczerze wierze, że jest to wykonalne w indywidualnych drogach każdej rodziny i równie mocno wierze w to, że i na szeroką skalę w całej Polonii. Wtedy będzie można mówić o lobbowaniu i sile emigracji. W przeciwnym wypadku zostaną nam stroje krakowskie i kieliszek wyborowej do schabowego z kapustą. 

Andrzej Smoleń

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.