Każdy człowiek do podjęcia jakiegokolwiek działania potrzebuje odpowiedniej motywacji. Może być to motywacja wypływająca z najbardziej pierwotnych, zakodowanych przez naturę wzorców, jak chociażby instynkt samozachowawczy, może być to motywacja wywodząca się z bardzo szlachetnych i właściwych jedynie ludziom pobudek. Można w uproszczeniu założyć, że znana chyba każdemu piramida potrzeb Masłowa równocześnie wskazuje na wewnętrzne siły napędowe, a więc również motywacje. W innym ujęciu to, co nas motywuje i wpływa na nasze decyzje, można podzielić na kilka ogólnych czynników: ekonomiczne, witalne, poznawcze, ideologiczne, prawne i moralne. Ponieważ ludzie z zasady różnią się od siebie, co wynika z ich indywidualnych cech, jak i też z całego tła wychowania, środowiska itd. powyższe motywacje działają na poszczególne jednostki z różną mocą i w różnych kombinacjach. Stąd inne priorytety napędzają lekko szalonego, roztargnionego naukowca, z przewagą motywacji poznawczych, inne maklera giełdowego z przewagą ekonomicznych, a inne hedoniście, u którego dominują witalne. Stąd biorą się też różne kulturowe i filozoficzne pytania i konflikty typu: „mieć czy być”?, lub „czy moralność jest ponad prawem?” Stąd też wynikać może wśród niektórych pogarda dla nowobogackich, nieokrzesanych jednostek, stąd brać się może obłęd całego narodu, u którego dominuje szacunek do prawa i podatność na ideologię. U emigrantów tak ważna decyzja jak wyjazd do innego kraju też wiąże się najczęściej z motywacją przypisaną do jednej z powyższych grup. Najczęściej zapewne są to motywacje ekonomiczne, w skrajnych wypadkach pewnie i witalne. Częściowo są też pewnie i poznawcze, i ideologiczne, kto wie czy nie moralne i prawne u niektórych. Ale już na samym wyjeździe dalsze kroki, stawiane już na innej ziemi, też napędzane mogą być różnymi czynnikami. A one przecież, jak pokazuje samo życie, często są okrywane właśnie na emigracji.

         Jeżeli spojrzeć na większość felietonów i esejów, które ukazały się na polskie-merseyside, podpisane moim nazwiskiem, można dostrzec może nie ścieżkę i wzór, ale  pewien rdzeń, wokół którego krążą tematy. Było o Dostojewskim, a szerzej o odczytywaniu tekstów literackich przez przyszłe pokolenia, było o historii i jej nauczaniu, było o pochodzeniu większości z nas, było o przemijalności. Było też o innych sprawach, ale chyba łatwo zobaczyć wokół jakiego środka ciężkości skupiają się tematy, które poruszam. Staram się zresztą dobierać je tak, by tworzył coś w rodzaju klocków lego. Tak, by można było przy odrobinie kreatywności poskładać je w większą konstrukcję. To powód dla którego też straciłem hamulce, jeżeli chodzi o długość tekstów, wielokrotnie przekraczając ramy felietonu. Z tego punktu już można dostrzec pewien założony cel. A same motywacje? No cóż, nie jestem szaleńcem – wiem, że nazwisko nie ekscytuje, że tematy trudne, teksty długie, zasięg mały. Co w związku z tym? A to właśnie, że motywacja, by pisać jest tu bardzo potrzebna. To, że ukazują się kolejne teksty dowodzi, że potrafię ją w sobie odnaleźć.

         Z jednostkowej perspektywy skutki takiej pisaniny są tak niewinne jak układanie pasjansa. Ot, mniej snu naszego powszedniego i męczenie wzroku. Z niedogodności można chyba wskazać tylko dobór lektur pod przyszłe, zaplanowane felietony, a nie indywidualne zachcianki. To niewielki koszt. Większy jest natomiast w przypadku całych drużyn, sieci ludzkich powiązań i wspólnej pracy. Mam na myśli organizacje polonijne – w samym Merseyside mamy przecież co najmniej dwie, mam na myśli rozsiane po całej Anglii polskie szkoły sobotnie, polskie parafie, polonijne stowarzyszenia. Mam na myśli działalność pojedynczych osób, które walczą o przetrwanie pamięci poprzednich pokoleń polonijnych. Do poświęcania swojego czasu i trudnej pracy na rzecz innych naprawdę potrzeba odnaleźć w sobie i pielęgnować silną motywację.

         Nie dalej jak tydzień temu kończyłem urlop w Polsce. Na lotnisku ze względu na wakacje napotkałem wręcz na nadreprezentację dzieci z opiekunami, którzy czekali tak jak i ja, na lot do Anglii. Uderzyło mnie, że każda mama zwracała się do dziecka po polsku, a każe dziecko, najczęściej w wieku wczesnoszkolnym, odpowiadało po angielsku. I to po spędzeniu jakiegoś czasu w Polsce! Przypomniałem sobie wtedy swoje felietony. Literatura? Historia? Pochodzenie? Brzmi to wręcz śmiesznie w kontekście takich scenek, które wskazują na brak motywacji do przekazania najbardziej podstawowego czynnika kształtującego tożsamość.

         Nie chce silić się na truizmy o indywidualnych sytuacjach. Zakładam nawet, że miałem pecha i nie jest to sytuacja tak powszechna, jak mogłoby się wydawać na podstawie krótkiego styku z małą liczbą emigranckich rodzin. Szanuje też prawo każdego do samodzielnych wyborów i decyzji. Tym niemniej zrobiło mi się wtedy smutno. Moje różne rozważania i teksty nie mają wielkiego odbicia i nie można je traktować jako papierek lakmusowy dla emigracyjnego ducha. Ale, jak wspomniałem wcześniej, istnieje wiele organizacji tworzonych przez polonie dla Polonii. To bardzo pozytywne i potrzebne zjawisko. Problem jedynie w tym, że jeżeli jako ogól nie wykrzeszemy z siebie jeszcze więcej motywacji do potrzymania naszej ciągłości, to wszystkie te stowarzyszenie i grupy staną się jedynie klubikami towarzyskimi dla osób w średnim wieku.

Andrzej Smoleń

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.