Karol Levittoux

Śmiało, młodzieńcze, chociaż przepaść bliska,
A niebo gromem odzywa się nowym!
Z nieuchronnego wynijdziesz ogniska
W wieńcu, gwiazdami iskier brylantowym, […]

Burza, CK Norwid

         Szybko minie okres, który pozwoli powiedzieć, że od II wojny światowej minął już cały wiek. Niecałe dwadzieścia lat, które nas dzieli od tej granicy, to w perspektywie historycznej, zaledwie chwila. W tym samym układzie odniesienia sam wiek to również niewiele. Nieco inaczej wygląda to z perspektywy pojedynczej osoby – tutaj stulecie robi już wrażenie. Jest to okres, który najczęściej przekracza długość życia człowieka. A pomimo tego skutki wydarzeń tamtej wojny są dla nas namacalne, wciąż odczuwamy ich konsekwencje, wciąż widźmy ślady tamtych lat w naszym otoczeniu. Do dziś jeszcze żyją ludzie, świadkowie i uczestnicy, kaci i ofairy. Ogromna liczba pomników, zbiorowych mogił i tablic wskazuje na siłę wspomnień wbitych w zbiorową świadomość. O konsekwencjach wynikających z rozkładu sił w świecie powojennym nie trzeba nikomu przypominać – odczuwamy je każdego dnia, nawet jeżeli dzieje się to zupełnie nieświadomie.      

         W dwudziestoleciu międzywojennym, w przybliżeniu, podobny okres dzielił tamtą rzeczywistą od wojen napoleońskich. I być może nawet uzasadnione byłoby stwierdzenie, że skutki wojen napoleońskich wywarły na Polakach mocniejszy nawet wpływ, niż zakończenie II wojny światowej. Jałta sprawiła, że przegraliśmy, paradoksalnie będąc w obozie zwycięzców. Zostawiła traumę leczoną do dziś. Francja Napoleona dała nam na chwilę niepodległość, która choć została wkrótce ponownie stracona, zostawiła nadzieję i kult cesarza wśród Polaków. Do dziś dnia przecież śpiewamy, że „dał nam przykład”. Równocześnie skutkiem tej korzystnej dla nas interwencji państwa trzeciego w sprawy środkowej Europy, było ślepe zaufanie i wiara. Wiara w siłę i szlachetne intencje Francji. Czy nasuwa się Państwu jakaś współczesna analogia?Tym niemniej we Francję wierzyliśmy, Francją się  raz za razem rozczarowując, aż zostały jedynie kpiny po 1940 roku. Jeszcze w czasach PRL-u, Stefan Kisielewski osobiście dotknięty postawą Francji (kandydaturę jego córki do pracy w Instytucie francuskim odrzucono ponoć ze względu na jego działalność opozycyjną) napisał w pamiętniku: „Pocieszam się tylko, że ta stara kurwa Francja odcierpi jeszcze za naszą krzywdę, zawsze nas zdradzała i sprzedawała.”

         Okres wojen napoleońskich oddziaływał również i na literaturę. Pan Ignacy w „Lalce”, gdy politykuje w swoich pamiętnikach, osią swoich rozważań czyni zawsze Napoleona i jego następców. Dobrym przykładem wpływu tamtego okresu na naszych pisarzy są „Popioły” Żeromskiego. Ale i wątek ten pojawiał się też w „lżejszych” powieściach. W „Szatanie z siódmej klasy” Makuszyńskiego fabuła i intryga wynika z poszukiwań skarbu, pozostawionego na Litwie przez cofających spod Moskwy francuskich żołnierzy. Przypomina to pragnienia odnalezienie bursztynowej komnaty, czy złotego pociągu w czasach dzisiejszych. Wskazywać też może, że czasy, okoliczności i państwa się zmieniają się szybko, ludzie – o wiele wolniej.

         Przemarsze francuskich wojsk miały też wpływ na zwykłe życie polskich rodzin w XIX wieku. W jednej z nich urodził się Karol Levittoux, syn polskiej szlachcianki i sierżanta wojsk napoleońskich, który osiadł w Polsce. Karol Levittoux jest postacią bardzo mało znaną, choć bardzo tragiczną i niemal wzorcową, jeżeli chodzi o naszą martyrologię i nieudane próby walki o wolność w czasach zaborów. Levittoux jako młody człowiek zaangażował się w konspiracje przeciwko zaborcy rosyjskiemu. Spisek wykryto, Levittoux osadzono i rozpoczęto przesłuchiwania, połączone z torturami, w celu wydobycia informacji o wspólnikach. Skrajnie wymęczony i zmaltretowany więzień, by się nie złamać, i nie wydać przyjaciół, popełnił samobójstwo w sposób, który wymagał od niego równie wielkiej determinacji, jak milczenie podczas tortur: na pół spalił się, na pół udusił w słabych płomieniach i żarze podpalonego przez siebie siennika.

         Gdy ginie dwudziestoletni mężczyzna jest to tragedia. Gdy ginie śmiercią samobójczą, jest to tragedia jeszcze większa. Jeżeli wolno stopniować tragedię, to śmierci Levittoux, dodatkowego jeszcze tragizmu dodaje fakt tortur i mąk zadanych przez zaborce. Ale tej konkretnej śmierci, oprócz tragedii towarzyszy też zagadka – co kierowało młodzieńcem o francuskim nazwisku do takich czynów i heroizmu dla nieistniejącego państwa. Ojciec jego był Francuzem. Nie miał długiej historii przodków w Koronie, czy na Litwie, i magnackiego drzewa wywodzącego swój ród od Aleksandra Wielkiego (widziałem takie na własne oczy). Nie mógł pamiętać państwa za które oddał życie, prawdopodobnie nie pamiętała go nawet jego matka. Musiał wiedzieć za to, co czeka konspiratorów, jakie represje są im przygotowywane – jego śmierć miała miejsce 10 lat po upadku powstania listopadowego. Co zatem pchało go do podjęcia ryzyka, i w konsekwencji do strasznej śmierci? Według mnie był to wpływ otoczenia i kultury w której dorastał. Choć formalnie nie istniało państwo to dalej istniał naród, który pragnął trwać, a jego dziedzictwo kulturowe było atrakcyjne nawet dla młodzieńca, który – przez krew – był jedynie w połowie jego częścią. To w tym otoczeniu dorastał, ono go kształtowało i ono spowodowało, że stało się bliższe od tego, które dało mu w spadku nazwisko, obco przecież brzmiące nad Wisłą.

         Brak Karola, Henryk, również wszedł i zrósł się z naszą kulturą, choć w sposób mniej tragiczny. Jako przyjaciel Jana Matejki pozował mu do obrazu „Kopernik, czyli rozmowy z Bogiem”. Obraz ten był do końcówki sierpnia wystawiany w National Gallery w Londynie. Oglądając go kilka miesięcy temu, nie miałem pojęcia, że patrząc na Kopernika  wpatruje się w rysy brata Karola Levittoux. Odkryłem to dopiero pisząc ten tekst.

         Bracia Levittoux przyjęli tożsamość „naszą” – polską. Przyjęli narodowość narodu bez państwa. Jeżeli  ten trop – kulturowy – jest poprawny, jeżeli to otoczenie miało główny wpływ na tej wybór, to nie jest to dobry prognostyk dla emigranckich rodzin, które chciałyby przekazać polskość dzieciom. Opisany przykład wskazuje, że decydujący wpływ ma miejsce, gdzie młody człowiek dorasta, a nie jego pochodzenie. Doświadczenia przeszłych fal emigracji wskazują też, że nie mamy tak silnego poczucia odrębności cywilizacyjnej jak naród żydowski, czy chiński, by utrzymywać tożsamość w diasporach wiekami.

         Osobiście historia Karola  Levittoux zainspirowała mnie do rozważań na powyższe tematy już kilka lat temu. Wnioski spisane powyżej mogą wydawać się pesymistyczne, a w swojej optymistycznej wersji zakładają ciężką pracę tych, którzy zechcą zachować świadomość narodową. Czasami pojawiają się jednak czynniki, które powodują lekkie powiewy optymizmu, zwykle zupełnie niezwiązana z opisywaną tematyką. Dla mnie takim momentem były niedawno skończone Mistrzostwa Europy w piłce nożnej. Anglikom udało się coś, co nie udało się nikomu od czasów uniwersalizmu średniowiecznego. Próbowało wielu, udało się narodowi angielskiemu, przynajmniej na kilka dni. Kontynent zjednoczył się we wspólnej idei. W średniowieczu było to chrześcijaństwo, podczas ostatnich mistrzostw niechęć do angielskich – proszę wybaczyć słowo – hord kibiców. Smutne i przygnębiające były to widoki. Ale może tutaj jest dla nas nadzieja. Może nie trzeba nadludzkiej pracy, może wystarczy zaszczepienie w dzieciach zmysłu estetyki?Dlatego, na zakończenie, za Herbertem:

 „estetyka może być pomocna w życiu
Nie należy zaniedbywać nauki o pięknie”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.