Jednym z zarzutów stawianych polskiej literaturze, który jednocześnie ma tłumaczyć brak polskich tytułów w światowym kanonie, jest jej oderwanie od szarej rzeczywistości. W tym ujęciu polskie utwory bujają w obłokach, skupiają się na ideach, tworzą bohaterów szlachetnych i pomnikowych, wzbijają się ponad poziom codziennych trosk, przyziemnych spraw, namiętności i pragnień. Bohater polskiej powieści jest kryształowo uczciwy, ewentualnie na kolejnych kartach powieści oczyszcza się ze swoich win. Nie jest chciwy, interesuję go jedynie służba większej sprawie. Pieniądze, zaszczyty i władza są poza jego sferą pragnień, nie istnieją jako motywacje jego działań. Kocha miłością czystą i platoniczną, bez fizycznych namiętności. I tak dalej… Nie jest to jednak ujęcie uczciwe. Wystarczy przecież wspomnieć, że jednym z naszych noblistów jest naturalista Reymont. Wydaje się, że jest to bardziej na nasz wewnętrzny odbiór rodzimej literatury, niż jej rzeczywisty obraz. Spowodowane to jest prawdopodobnie tym, odczytujemy nasze utwory według przygotowanych już i utrwalanych, gotowych kluczy. Ponieważ doskonale wiemy, że „Rzeckiemu śni się Bonaparte, Wokulski kocha Izabellę”, to umyka nam wiele pobocznych wątków i wspaniałych perełek opisujących ludzi i społeczeństwo XIX-wiecznej Warszawy. Świetnym przykładem są tu choćby rozważania pana Ignacego dotyczące komunizmu, i dlaczego mógłby być on pociągający dla „starego kawalera”, a są to dywagacje pisane przez Prusa na dziesięciolecia jeszcze przed sprawdzeniem teorii Marksa z praktyką rewolucji. Intrygi, fałsz i walka o władze w Faraonie? Chciwość i zawziętość w Chłopach? Namiętność i rywalizacja ojca z synem o tę samą kobietę? Cały świat „Ziemi obiecanej”, oparty na ambicjach,  pieniądzach i nie liczący się z drugim człowiekiem? Nie, polska literatura to nie tylko Gustaw, Konrad i grzybobranie w Panu Tadeuszu.

         Być może innym tropem jest tu język, utrudniający przetarcie światowych szlaków naszej literaturze. A może nawet nie tyle język, co stojąca za pisarzem potęga i powaga państwa. Jeżeli spojrzeć na ukształtowany w XIX i XX wieku kanon, na najpoczytniejszych autorów, na najczęściej tłumaczonych i wznawianych, to okaże się, że widnieją tam niemal jedynie angielskie, francuskie, amerykańskie i rosyjskie nazwiska. Pisarzom z tamtych krajów ułatwiała dominująca pozycja ich języka, ale i ciekawość świata, pragnącego poznać kulturę potęg. Może jest w tym częściowa racja, może naszym autorom stanęła na przeszkodzie jedynie polszczyzna, bo gdzież takiemu Gatsbemu do Wokulskiego! Idąc dalej tym tropem, aż strach pomyśleć, ile istnieje na świecie wspaniałych dzieł pokroju „Przygód dobrego wojaka Szwejka” – by na chwilę wyjść poza Polskę – które nie są znane jedynie dlatego, że powstały w języku bułgarskim, chorwackim, czy węgierskim. Ale to chyba jedynie cześć prawdy. Sam język powieści, czy wiersza to za mało, to tylko kod wyrażający treść, a do jego odczytania bardzo często potrzebne jest zanurzenie się w kulturze danego narodu. To tłumaczy wejście na światową scenę pisarzy japońskich po II wojnie światowej. Amerykańskie społeczeństwo zainteresowane było podbitym przez nich krajem i jego kulturą. To skróciło japońskim pisarzom drogę na amerykański rynek, ułatwiło tłumaczenie ich dzieł na angielski, a w szerszej perspektywie otwarło im szeroką drogę do odbiorców z całego świata. Minusem jednak było „tłumaczenie” całej japońskiej kultury dla amerykańskiego odbiorcy i częste trywializowanie postaci samuraja, skrytobójcy ninja, czy gejszy. W takiej perspektywie może to i lepiej, że polska literatura jest poza głównym nurtem. Jeżeli ceną za to miałoby być zauważenie naszej kultury, strawienie jej i zwrócenie w formie przystępnej dla współczesnego, amerykańskiego odbiorcy to niech zostanie ona tylko dla nas, dopóki istniejemy- Ci, którzy ją potrafią czytać, rozumieć i przeżywać.

         Tytułowy Dostojewski oczywiście nie jest przypadkowym autorem, który wyniesiony został na fali zainteresowania kultura rosyjską. Jego dzieła bronią się same, zostały przetłumaczone na ponad 100 języków! Powierzchowna treść jego opowieści bardzo często odbiega jest na przeciwległym biegunie od naszej literatury. Tam przecież niemal co krok ludzie się mordują, piją w sposób straceńczy, targani są różnymi namiętnościami do bólu, do zatracenia, do granic, popychani są nimi do zbrodni na innych, i na samymi sobie. Ale to tylko jedna warstwa z wielu, z których tkane są opowieści jego książek. Nie da się ich „skonsumować” w sposób współczesny, potraktować jedynie jak rozrywkę, zastąpić serial książką o mordercy i śledczym. Tam równolegle do wszystkich tych podłości, emocjonalnych scen i naturalizmu rozważa się problemy natury moralnej i duchowej! I wcale nie są to dywagacje zawoalowane, ukryte pod metaforą i czekające na błyskotliwego czytelnika, by je okryć. Nie! Przecież Raskolników zabija starą lichwiarkę i jej siostrę, a później oddaje się dyskusji z tropiącym go oficerem śledczym o prawie niektórych jednostek do łamania zasad moralnych. Narrator zabiera nas do prostytutki Soni, by czytać opowieść o wskrzeszeniu Łazarza i rozważać nad możliwością odpokutowania swoich win. Bracia Karamazow to oprócz historii braci zamieszanych w zabójstwo ojca, to rozważania na temat istnienia Boga, moralności, czy wolnej woli. Ciekawe jest to nasycenie duchowością i rozważaniami teologicznymi wśród najbardziej znanych rosyjskich prozaików. Bo przecież obok Dostojewskiego jest przecież i Tołstoj, który poszedł chyba jeszcze dalej próbując stworzyć swój system filozoficzno-religijny. Bardziej nam współczesny, bo piszący w XX wieku Sołżenicyn też uznawał wyższość duchowości prawosławnej nad dekadencją zachodu, a niespodziewane ustąpienie postępującego raka, gdy dawano mu 3 miesiące życia (przeżył później ponad 50 lat) interpretował jako Boską interwencję. Ciekawie to kontrastuję z naszym współczesnym, stereotypowym obrazem Rosji. A jeszcze ciekawsze jest to, że i Dostojewski, i Tołstoj są razem w trójce autorów najczęściej tłumaczonych z rosyjskiego. Trzecim jest Lenin.

         Ród Dostojewskiego pochodził z Dostojewa, stąd oczywiście nazwisko które wzięło się do dołożenia końcówki -ski do nazwy miejscowości. Jest to miejscowość położona dziś na Białorusi, a swego czasu leżała w granicach Rzeczpospolitej Obojga Narodów i przodków pisarza można odnaleźć w naszych archiwach jako sędziów, czy posłów na sejm. Nie mam tu zamiaru oczywiście udowadniać Dostojewskiemu polskości, byłoby to absurdem i wręcz obrazą dla niego, bo przecież Polski i Polaków nie lubił. Trafia jednak do mnie jednak wizja, piękna i poetycka, w której jego geniusz wykuwał na kowadle tamtych ziem; kresów zachodnich dla Rosjan, kresów wschodnich dla nas. Cały przecież ten wielki, szeroki pas ziemi, od Inflant po Zaporoże był miejscem, gdzie ścierały się dwie wielkie płyty tektoniczne dwóch organizmów państwowych. Skoro napierały, to z konsekwencjami; ziemia trzęsła się niejednokrotnie. Trzęsła od galopu końskich kopyt i przemarszów wojsk polskich, litewskich, moskiewskich, ale też i kozackich, tatarskich, wołoskich, szwedzkich. Trzęsła się od dziesiątków bitew, potyczek, starć i rywalizacji na innych płaszczyznach. Ale same napierające na siebie, z różnymi wynikami, organizmy państwowe to nie było jeszcze wszystko. Napierały na siebie dwie kultury, dwie różne cywilizacje, dwie różne duchowości. I choć tu nie zawsze było krwawo, nie zawsze było to starcie z impetem pancernej jazdy, to były to walki dla wielu najważniejsze, bo rozgrywane o duszę. A dodatkowo z północy nacierał protestancki Szwed, a z południa muzułmański Tatar. Czyż można się dziwić, że taka mieszkanka składająca się z tylu narodowości, z tylu języków, religii, zwyczajów i kultur rodziła jednostki wybitne? Przecież dwie ścierające się masy powietrzne, oprócz grzmotów i huku wywołują też krótkie błyski, nagłe wyładowania światła i energii. Może i podobnie do zjawiska burzy i zderzenie się dwóch silnych kultur, oprócz nieprzyjemnych efektów, wywoływało też rozbłyski geniuszu w wyniku tarć myśli? Przecież i po naszej stronie tamte ziemie wydały wielu wybitnych, żeby wspomnieć jedynie dwóch wieszczy pochowanych na Wawelu.

         Z kresów też – oprócz oczywiście całej plejady wybitnych osób, artystów, polityków, uczonych – pochodził najczęściej chyba czytany na świecie polski pisarz, Józef Korzeniowski alias Jospeh Conrad, choć paradoksalnie nie pisał ani po polsku, ani o sprawach polskich. Wystarczy jednak przyjrzeć się jego fotografii, by dostrzec w jego rysach i oczach – podobnie zresztą jak u Mickiewicza – wyraźny wpływ wschodu. Szalenie to poplątane. Potomek polskiej (litewskiej? białoruskiej?) szlachty jest wybitnym pisarzem rosyjskim, Polak z kresów zyskuje uznanie pisząc po angielsku o wyprawach w głąb Konga, lub do Indii, a polska epopeja narodowa zaczyna się od słów: „Litwo, ojczyzno moja!” Te paradoksy są piękne i to nie tylko w poetycki sposób i można je pokochać za to dziwne piękno. Mało tego, przy odrobinie dobrej woli można je nawet zrozumieć i docenić. A żeby jeszcze mocniej zamieszać w tym kotle, do którego niczym w ramach kuchni fusion wrzucono co się da, co tylko można było zebrać najlepszego z tamtych ziem, poniżej zamieszkam kilka zdań z wywiadu z Józefem Korzeniowskim (Jospehem Conradem) z 1914 roku:

Zapytałem go, czy nie nosi się z myślą napisania jakiejś pracy na tle polskiem? Wszakże dał tak groźny a wstrząsający obraz ostatniej rewolucji w Rosji i oświetlił ją z całkiem oryginalnej strony.

– Nie, – odparł, – nie mam zamiaru napisania powieści o Polsce. Nie znam dokładnie spraw i stosunków polskich. Rosję znam nieco lepiej. Znałem bardzo wielu Rosjan w Szwajcarji, gdzie długo mieszkałem.

– Czy zna pan literaturę rosyjską?

  • Znam z przekładów angielskich. Lecz jest mi duchowo daleka. Jestem z krwi i kości Europejczykiem. Nie lubię pisarzy rosyjskich, gdyż są mi obcy, i obcy jest mi ich pogląd na życie. Tołstoj to dobry pisarz, ale dla bardzo jeszcze młodych ludzi… To jego ciągłe moralizowanie… Nic nie mam przeciwko morałom, ale jeżeli mi je wciąż, przy każdej okoliczności, pchają do gardła, – nie chcę ich! Albo Dostojewski. To Francja uczyniła go modnym. O Dostojewskim za lat dziesięć Europa zupełnie zapomni. Moda!

Piękne, prawda?

         Dostojewscy wybrali Rosję, jej kulturę i religię prawosławną. Wydaje się, że w pewnym momencie ten wybór czeka każdego, każdą rodzinę, która żyje na styku dwóch kultur. To zapewne powód dla którego Dostojewski, mówiąc oględnie, za Polakami nie przepadał. Jeżeli w jakimś miejscu jego powieści pojawiają się Polacy to są przedstawiani w złym świetle, często określani jako „polaczki”. Pomimo tego Dostojewski polskość znał, podobno mówił po polsku. Świrygajłow, jeden z bohaterów Zbrodni i kary – czyż nie kojarzy się od razu, i ze względu na nazwisko, i ze względu na charakter ze Świrygajłą, bratem Jagiełły, późniejszego króla Władysława II? Jeżeli ten trop jest prawidłowy to wskazuje na to, że to poplątanie kulturowo – religijno – narodowe jest jeszcze mocniej skomplikowane, niż się wydaje. Bo jeżeli nawet Dostojewski polskości nie lubił, to dalej miała ona na niego wpływ. To obserwacja, która choć wydaje się oczywista, jest ważna, bo wskazuje że osobowość człowieka z jego bagażem tożsamościowym i poglądowym zapisywana jest wieloma piórami i  z wielu kałamarzy. Rodziny emigrantów wiedzą to, lub czują, lepiej niż dobrze.

         Można zapytać w tym miejscu, po co te dywagacje na temat XIX-wiecznych pisarzy, skoro często pojawiającym się zarzutem w stosunku do „statystycznego Polaka” jest ten, że nie czyta książek. „Statystyczny” sięga podobno po mniej niż jedną książkę rocznie. Ilekroć widzę ten zarzut, to odpowiadam – oczywiście sobie w duchu, bo o zdanie w tej materii nikt mnie nie pyta – że to bardzo dobrze. Mój argument przedstawia się tak, że jeżeli „statystyczny” ma czytać bzdury, to niech już lepiej rzeczywiście nie czyta nic. Lepszy efekt przyniesie skoszenie przez niego trawnika, poćwiczenie na siłowni, czy spędzenie czasu z rodziną. Akcje zachęcające do czytelnictwa też są w mojej opinii marnowaniem energii. Jeżeli „statystyczny” trzydziestolatek nie ma w sobie zakorzenionego we wcześniejszych latach, pewnego rodzaju mistycznego uczucie do słowa pisanego, to z biegiem lat znalezienie go jest zadaniem coraz to trudniejszym, choć wcale nie oznacza, że niemożliwym. Pewne choroby łatwiej i bezpieczniej przechodzić w wieku dziecięcym. Ale dajmy już „statystycznemu” spokój. Zawęźmy jednak to pojęcie do emigrantów, wszak felieton pojawia się w medium emigranckim. Szukając odpowiedzi, czy warto wspominać tak dawnych autorów,  zastanówmy się  też, co będą czytać dzieci „statystycznego emigranta”.

         Na sam początek zasadne jest pytanie, czy będą czytać cokolwiek. Nie dlatego, że schamiejemy do końca. Może inaczej: nie tylko dlatego. Być może po prostu zmieni się forma przekazu, pismo, zwłaszcza w formie opasłych tomów będzie nieatrakcyjne i nieefektywne. Nie są to moje wymysły; odsyłam zainteresowanych do eseju Jacka Dukaja „Po piśmie”. Stawia on w nim tezę, że jesteśmy w trakcie wychodzenia ze społeczeństwa piśmiennego. Nie chodzi w tym wyjściu tylko o zastąpienie książek filmami, esejów podcastami, wierszy piosenkami, felietonów filmikami, fraszek tik-tokowym czymś. Zmiana „przekazu myśli” wg Dukaja przeformowuje nasze mózgi i postrzegania świata na wzór rewolucji, którą wywołało pismo, zwalniające z konieczności uczenia się na pamięć umysłowego dorobku poprzednich pokoleń.       Nie mogę się teraz powstrzymać od dygresji: sceptycznie do wynalazku pisma odnosił się Platon, który twierdził, że stwarza ono pozory mądrości, ułatwiając przypominanie, nie zbliżając do prawdy. Piszę te słowa mając w planie za kilka chwil przewertować kilka tomów w oszukaniu cytatów potrzebnych do dalszego ciągu eseju. Zgodnie ze słowami Platona skorzystam z pisma, które „stworzy pozory” – niech będzie, że jedynie przede mną samym – mądrości, a wszystko to, kilka chwil po opisaniu możliwego zmierzchu piśmiennictwa w ogóle. Jeżeli te pokrętne drogi myśli ludzkiej i jej rezonujące oddźwięki po wiekach, powstałe po odbiciach przez epoki, dostępne jedynie dzięki pismu – bo przecież opinię Platona o piśmie przeczytałem, nie przekazano mi jej ustnie –  nie są dowodem na jakąś formę metafizyki pisma, to nie wiem co może nim być.

                   Osobiście w koniec  pisma i książek nie wierze. Dukaj zresztą „rozgrzesza” mnie i zostawia pewną furtkę, bo i on nie wie, jak wyjść poza pismo (nie mówimy tu tylko o literaturze!) w pewnych wąskich dziedzinach życia. W świecie technicznym, w świecie nauk ścisłych, w świecie logicznych formuł wydaje się to niemożliwe. Ale literatura? Tutaj ręki uciąć sobie nie dam, choć zakładam, że nawet w najgorszym scenariuszu nie będzie to nagły zwrot a proces rozłożony na całe pokolenia. Oprócz „statystycznych” są przecież i „niestatystyczni”, którzy nawet samym tylko przykładem mogą przekazać wartość czytania. Zapewne nie czeka na nas nagłe zatknięcie wydawnictw i bibliotek, uroczyste ogłoszenie przejścia do kolejnej epoki. Jeżeli rzeczywiście jesteśmy w momencie tak wielkiej przemiany, to potrwa ona jeszcze wiele lat, po prostu „statystycznych” będzie przybywać. Ostatecznego końca czytelnictwa, nawet literatury, według mnie nie będzie. Stanąć temu na drodze może chociażby ludzka skłonność do snobizmu i wyróżniania się. A może te czasy właśnie nadeszły, że czytanie samo w sobie jest tak postrzegane?

         Liczba polskich rodzin mieszkająca w Wielkiej Brytanii daje pewność, że w kolejnym pokoleniu liczba czytających osób będzie liczona w tysiącach. Oczywiście rozważamy tu teraźniejsze dzieci, wychowane tutaj; na wyspach, i mające przynajmniej jednego polskiego rodzica. W jakim języku będą to robić? W jakiejś części pewnie i po polsku, ale jestem pewien, że będzie to margines. I nie chodzi tu tylko o sam wpływ otoczenia, fakt wychowania się i przebywania wśród angielszczyzny, choć to czynnik najważniejszy. Szalę przeważyć może rzecz bardzo banalna: po angielsku czyta się po prostu łatwiej i szybciej. Wynika to z budowy słów, składni itd. i jest po potwierdzone empirycznie przez każdego Polaka, który opanował angielski pisany na tyle, że mógł swobodnie czytać w tym języku książkę. Nie jest to problem, o ile tłumaczenia zostaną zrobione prawidłowo, a niestety różnie z tym bywa. Jako ciekawostkę napiszę tutaj, że japoński tłumacz „Lalki” narzekał w jednym w swoich wystąpień na jej angielskie tłumaczenie, w którym np. zabrakło stylizowania mowy starego Mincla.

         Proszę zauważyć, jaka tu otwiera się piękna możliwość, dla każdego kto opanował świetnie oba języki i wrośnięty jest w obie kultury. Któż może zrobić to lepiej, niż emigranci lub ich potomkowie? Za wielką wartość wydania „Szwejka”, tłumaczonego przez Antoniego Kroha uważam dużą liczba przypisów, które zamieścił tłumacz i które wyjaśniają wiele niuansów, przybliżają aluzje i pozwalają jeszcze bardziej cieszyć się lekturą.  A przecież jest to powieść pisana „za miedzą”, w języku bardzo zbliżonym do naszego, w momencie historycznym w którym i Czechy, i południowa Polska były częścią tego samego kraju. Józef Szwejk i mój dziadek byli poddanymi tego samego cesarza, a jednak za owe przypisy bardzo poszerzają odbiór powieści. Gdy od Szwejk odwiedza knajpę „U kielicha” to związek tej nazwy z ruchem hucyskim jest oczywisty, ale dopiero po zajrzeniu do przypisów. Przynajmniej u mnie tak było. Dobre tłumaczenia  nie są niestety zjawisko powszechnym, częściej irytują tłumaczenie niechlujne robione w metodzie słowo-słowo, bez kontekstu i próby oddania rzeczywistej treści. Uderza to zwłaszcza w momencie, gdy zna się oba języki i widać za tłumaczeniem treść oryginalną, przełożoną czasami tak niechlujnie, że przyjemność z takiego czytania przypomina szorowanie zębami po szkle.

         Załóżmy taki mało optymistyczny scenariusz, w którym za kilkanaście lat dzieci polskich emigrantów czytają po angielsku, a dobrych tłumaczeń polskiej literatury brak. Po co wtedy sięgają? Liczę na to, że oprócz rozrywki w formie kryminału, czy romansu będzie tam też miejsce i na literaturę popularno-naukową i publicystykę. Wierze też, że wiele z nich– tutaj znów przychodzi nam na pomoc skala – sięgnie po literaturę z „kanonu”. W kanonie „naszych” nie ma, może z wyjątkiem Conrada. Ale jest w nim Dostojewski. A Dostojewskiego mogą nie zrozumieć wcale. Nie chodzi o to, że pisze on zbyt skomplikowanym językiem, że fabuła jest zawiła, że tamte czasy zbyt odległe. Dostojewski opisuje po prostu innych ludzi. Pisałem, że Dostojewski był z innej kultury, czy wręcz cywilizacji w stosunku do prądów kształtujących w Polsce jednostki i społeczeństwo. Z samego swojego rdzenia jednak był nam zrozumiały, korzenie mieliśmy takie same. Późniejszy rozdźwięk nie mógł zniszczyć tego pnia, bo był on wspólny i jemu, i nam. By przestać rozumieć sens jego powieści trzeba najpierw ściąć sam pień lub zatruć korzenie.

         Ominę tutaj dylematy naprawdę poważne. Nie będę próbował mierzyć się z pytaniem, czy przyszli czytelnicy pojmować będą stawiane przez Dostojewskiego pytania o pokutę za swoje winy, o cierpieniu za innych, o moralności oderwanej od Boga. Być może zasadne byłoby pytanie czy już dziś jesteśmy w stanie rozumieć te zagadnienia, tak jak rozumiał je pisarz. Szukając materiałów do eseju wpisałem w wyszukiwarkę tytuł „Zbrodnia i kara”. Rzucił mi się w oczy fragment współczesnej recenzji, napisanej przez czytelniczkę: „If you come from an orthodox background you will love this book[…]” No a jeżeli ktoś nie za sobą tego rodzaju formacji, jeżeli – jak wcześniej to ująłem – nie wyrasta z tego samego pnia? Czy wtedy nie zrozumie, czy tylko mu się nie spodoba opowieść o Raskolnikowie i Soni? Ten sam problem zilustruje jednak innym przykładem, mniej poważnym, ale wcale nie banalnym.

         Scena, którą się posłużę, zaczerpnięta jest z powieści „Idiota”. Trzonem powieści są losy trójki osób; tytułowego „idioty”-księcia Myszkina, Anastazji i Rogożyna. Ich losy przeplatają się, są osią wokół której pojawia się wiele innych wątków, scen i bohaterów. Anastazja jest kobietą, którą kocha i pragnie wielu mężczyzn, „Mając taką urodę można świat wywrócić” – mówi o niej inna z bohaterek. Jest też osobą duchowo zranioną. Jako sierota została przygarnięta przez bogatego opiekuna, który w późniejszych latach zrobił z niej swoją kochankę. Anastazja czuje się przez niego skrzywdzona, otoczenie tratuje ją jak prostytutkę, a ona sama nie potrafi oderwać się od przeszłości i swojego dawnego krzywdziciela, Tockiego. Ten wpada na pomysł, by wydać ja za maż, i ten sposób się od niej uwolnić. Zapewnia jej wielki posag – 75 tysięcy rubli. Znalazłem informację, że w tamtym okresie w Warszawie listonosz zarabiał około 150 rubli rocznie. Oznacza to, że na posag Anastazji współczesny jej listonosz na zachodnich kresach cesarstwa musiałby pracować 500 lat! W takiej sytuacji o rękę Anastazji stara się Gania, sekretarz przyjaciela Tockiego, który pragnie pieniędzy, jednocześnie wstydząc się małżeństwa z „taką”, jak wielokrotnie w powieści określają Anastazję inni. Dla tych pieniędzy rezygnuje nawet ze swojej prawdziwej miłości, są dla niego czymś, co ma podnieć znaczenie jego status i nadać mu znaczenia. Mówi o nich tak:

Pan może myśli, że ja, gdy wezmę siedemdziesiąt pięć tysięcy, zaraz kupię karetę. Nie, proszę pana, ja wtedy będę donaszać zaprzeszłoroczny surdut i zerwę wszystkie moje klubowe znajomości. Mało jest u nas ludzi wytrwałych, chociaż wszyscy są lichwiarzami, a ja chcę wytrwać. Tu rzeczą najważniejszą jest doprowadzić sprawę do końca – to całe zadanie! Pticyn, mając lat siedemnaście, sypiał na ulicy, sprzedawał scyzoryki i zaczął interesy od kopiejki; teraz ma sześćdziesiąt tysięcy, ale po jakiej gimnastyce! I właśnie ja tę gimnastykę przeskoczę, i zacznę od razu od kapitału; po piętnastu latach ludzie będą mówili: „Oto Iwołgin, król żydowski.” Pan mi powiada, że nie jestem człowiekiem oryginalnym. Niech pan weźmie pod uwagę, że trudno o większą obrazę dla człowieka naszych czasów i naszego plemienia, jak powiedzieć mu, że nie jest oryginalny, że ma słaby charakter, że mu brak szczególnych zdolności i że jest naturą pospolitą. Pan nie był łaskaw uznać mię nawet za porządnego drania i muszę panu wyznać, że nie tak dawno chciałem pana za to rozszarpać i pożreć! Pan mnie obraził dotkliwiej niż Jepanczyn, który uważa (bez żadnych rozmów, bez kuszenia, w prostocie ducha, niech pan sobie zanotuje), że jestem zdolny do tego, aby mu przehandlować żonę! To mię już, drogi panie, od dawna przyprawia po prostu o chorobę i chcę dojść do pieniędzy. Mając pieniądze, niech pan wie o tym, stanę się człowiekiem w najwyższym stopniu oryginalnym. Pieniądze są dlatego czymś najbardziej wstrętnym i nienawistnym, że stwarzają w człowieku nawet talenty. I będą stwarzać aż do końca świata.

         Anstazja wie o tym, jej gorycz związana i z przeszłością, i z obecną sytuacją powoduje, że pojawia się u Gani w domu. W domu, w którym rodzina ma Gani za złe plany tego małżeństwa. Anastazja obraża niemal każdego domownika, kpi z Gani i  z tego, że rodzina dla podreperowania sytuacji finansowej podnajmuję pokoje lokatorom. Ojciec Gani, schematem właściwym każdemu chyba ojcu w takiej sytuacji, próbując zaimponować przyszłej synowej kompromituje się w sposób wręcz spektakularny, co Anastazja bezlitośnie wykorzystuje do dalszych drwin. Na domiar złego do mieszkania wpada Rogożyn, syn bogatego i zmarłego niedawno kupca, który odziedziczył majątek i który chorobliwie pragnie Anastazji. Jest pijany i towarzyszy mu grupa ludzi, ta sama grupa, która pojawia się wokół dowolnego człowieka, który nagle zaczyna szastać pieniędzmi. Rogożyn postępuje po kupiecku. W obecności wszystkich proponuje Anstazji 100 tysięcy rubli, chce ją kupić w obecności narzeczonego, jego rodziny i swojego „dworu”. Anastazja nie odmawia i nie przyjmuje oferty. Zaprasza wszystkich do siebie wieczorem na urodziny, gdzie ma dać odpowiedź Gani.

         Wieczorem u Anstazji następuje kumulacja. Gania dowiaduje się, że Anstazja nie przyjmuje oświadczy. Robi to, prosząc księcia Myszkina, by to on podjął decyzję. Zwraca 75 tysięcy rubli swojemu byłemu kochankowi, zapowiada że wyprowadza się z mieszkania, zrywa dotychczasowe stosunki towarzyskie, wypomina swoje krzywdy i Tockiemu,  i Gani, który chciał się z nią ożenić dla pieniędzy jawnie gardząc nią samą. Znów pojawia się Rogożyn ze swoją bandą. Przynosi obiecane 100 tysięcy, a Anstazja w obecności wszystkich gości przyjmuje jego propozycję.

Nastasja Filipowna chwyciła paczkę z pieniędzmi.

-Ganka, przyszła mi do głowy myśl: chcę ci to jakoś wynagrodzić, z jakiej racji masz wszystko tracić? Rogożyn! Czy on doczołga się na Wasiliewską za trzy ruble ?

-Doczołga się!

-No to słuchaj że, Gania, chcę po raz ostatni zobaczyć, jaką masz duszę; tyś mnie męczył całe trzy miesiące; teraz na mnie kolej. Widzisz tę paczkę, jest w niej sto tysięcy! Zaraz ją wrzucę do kominka, w ogień, przy świadkach, wszystkich tu obecnych! Jak tylko ogień ogarnie ją całą – podejdź do kominka, zawiń rękawy i gołymi rękami, bez rękawiczek, wyciągnij paczkę z ognia! Jeśli wyciągniesz – twoje, całe sto tysięcy twoje! Trochę sobie tylko oparzysz paluszki – no, ale dla stu tysięcy, pomyśl! Czyż to długo trzeba wyciągać! A ja się na ciebie popatrzę z lubością, jak ty będziesz skakał w ogień po moje pieniądze. Biorę wszystkich na świadków, że paczkę dostaniesz na własność! A jak nie skoczysz w porę, paczka się spali; nikomu innemu wziąć jej nie pozwolę. Precz! Wszyscy z dala! Pieniądze są moje! Dostałam je za noc u Rogożyna. Czy moje są te pieniądze, Rogożyn?

-Twoje, mój skarbie! Twoje, królowo!

-No to wara wszystkim od kominka; co chcę, to robię! Proszę mi nie przeszkadzać! Ferdyszczenko, niech pan poprawi ogień!

-Nastasjo Filipowno, ręce odmawiają posłuszeństwa! – odrzekł oszołomiony Ferdyszczenko.

-Eech! – krzyknęła Nastasja Filipowna, złapała szczypce, rozgarnęła dwa tlące się polana i ledwo tylko buchnął płomień, rzuciła weń paczkę.

Krzyk rozległ się dokoła; wielu obecnych nawet się przeżegnało.

-Oszalała, oszalała! – wołano dokoła.

-Może by ją… związać? – szepnął generał do Pticyna. – Albo też posłać… Przecież ona zwariowała; prawda, że zwariowała? Co?

-Nnie, to chyba nie jest zupełne wariactwo – wyszeptał blady jak płótno i głęboko przejęty Pticyn, niezdolny oderwać oczu od leżącej w płomieniach paczki.

-Przecież ona jest obłąkana? Prawda, że obłąkana? – nalegał generał na Tockiego.

-Mówiłem panu, że to kobieta z charakterem, i to nieprzeciętnym – wyszeptał, też trochę pobladły, Afanasij Iwanowicz.

-Ale to jednak sto tysięcy!…

-Boże, Boże! – słychać było zewsząd. Wszyscy skupili się dokoła kominka, wszyscy się pchali, żeby popatrzeć, wszyscy krzyczeli… Niektórzy weszli nawet na krzesła, chcąc patrzeć ponad głowami. Daria Aleksiejewna wybiegła do drugiego pokoju i w strachu mówiła o czymś szeptem z Katią i z Paszą. Piękna Niemka uciekła.

-Pani szanowna! Królowo! Wszechmogąca! – skamlał Lebiediew, czołgając się na kolanach przed Nastasja Filipowna i wyciągając ręce do kominka. – Sto tysięcy! Sto tysięcy! Sam widziałem, przy mnie były pakowane! Pani szanowna! Zmiłuj się! Każ mi wejść do kominka: cały wlezę, całą moją siwą głowę włożę w ogień!… Chora żona, kaleka, bez nóg, trzynaścioro dzieci – same sieroty, ojca pochowałem w zeszłym tygodniu, głodny siedzę, Nastasjo Filipowno! – I wyjęczawszy to wszystko, poczołgał się w stronę kominka.

-Precz! – krzyknęła Nastasja Filipowna odpychając go. – Proszę, żeby wszyscy się rozstąpili! Gania, czemu tak stoisz? Nie wstydź się! Podchodź! Twoje szczęście!

Ale Gania zbyt dużo już wycierpiał tego dnia i tego wieczoru i na tę ostatnią nieoczekiwaną próbę nie był przygotowany. Tłum rozstąpił się przed nimi na dwie strony i Gania został sam z Nastasją Filipowną, o trzy kroki od niej. A ona stała tuż przy kominku i czekała, nie spuszczając z niego ognistych, patrzących uważnie oczu. Gania we fraku, z kapeluszem i rękawiczkami w ręku, stał przed nią milcząc, nie odpowiadał nawet ruchem głowy, splótł dłonie i patrzył w ogień. Szaleńczy uśmiech błąkał się po jego bladej jak chustka twarzy. Co prawda, nie mógł oderwać oczu od ognia, od tlącej się paczki; ale wydawało się, że coś nowego urosło mu w duszy; jakby poprzysiągł sobie, że wytrzyma torturę; nie ruszał się z miejsca; po kilku chwilach stało się dla wszystkich jasne, że nie pójdzie po paczkę, nie chce po nią iść.

-Ej, spalą się pieniądze i będzie ci wstyd – krzyczała do niego Nastasja Filipowna – a potem się powiesisz, ja nie żartuję!

Ogień, który z początku buchnął pomiędzy dwoma tlącymi się polanami, potem, kiedy upadla na niego i przydusiła go paczka, nieco przygasł. Ale mały niebieski płomyk jeszcze się czepiał z dołu za jeden rożek dolnego polana. W końcu cienki, długi języczek ognia liznął i paczkę, przylgnął do niej, pobiegł w górę po rogach papieru i nagle cała paczka zajęła się ogniem, jaskrawy płomień skoczył do góry. Wszyscy razem krzyknęli: „Ach!”

-Pani szanowna! – wciąż jeszcze jęczał Lebiediew, znów wyrywając się naprzód; ale Rogożyn znów go powstrzymał i odepchnął.

Sam Rogożyn zamienił się w jedno nieruchome spojrzenie. Nie mógł oderwać wzroku od Nastasji Filipowny, upajał się, był w siódmym niebie.

-To dopiero królowa! – powtarzał co chwila zwracając się do tego lub owego z obecnych. – To dopiero po naszemu! – pokrzykiwał na pół przytomnie. – No i który z was, szubrawcy, zdobyłby się na coś podobnego, co?

Książę obserwował to wszystko, smutny i milczący.

-Zębami wyciągnę za jeden jedyny tysiąc! – zaproponował Ferdyszczenko.

-Tak to i ja bym potrafił! – odezwał się skądś z tyłu jegomość z pięściami i aż zazgrzytał w przystępie prawdziwej rozpaczy. – Do d – diabła! Pali się, wszystko się pali! – zawołał ujrzawszy płomień.

-Pali się, pali! – krzyczeli wszyscy jednocześnie i prawie wszyscy rzucili się w stronę kominka.

-Gania, nie rób komedii, mówię po raz ostatni!

-Właź! – ryknął Ferdyszczenko, rzuciwszy się na Ganię jak furiat i szarpiąc go za rękaw. – Właź, fanfaronie! Spalą się! O przeklęty!

Gania z całej siły odepchnął Ferdyszczenkę, odwrócił się i poszedł w stronę drzwi; nie zdążył jednak zrobić nawet dwóch kroków, zatoczył się i runął na podłogę.

-Zemdlał! – krzyknęli wszyscy.

         Dlaczego Gania zemdlał? I dlaczego nie sięgnął w ogień? Proszę pamiętać, że tam było 100 tysięcy rubli, podczas gdy dniówka robotnika wynosiła około 60 kopiejek. Dodatkowo, stosunek Gani do pieniędzy wyjaśnił on sam we wcześniej cytowanym fragmencie. Kochał je i widział w nich szansę na bycie kimś, był gotów poświęcić dla pieniędzy swoje szczęście rodzinne. A jednak nie włożył ręki do ognia. Myślę, że każdy czytający ten felieton wie dlaczego.

         W pierwotnym zarysie w tym miejscu chciałem zakończyć. Pisząc jednak przeglądałem różne rankingi książek. Rzuciło mi się w oczy i dość mocno zaskoczyło, że wśród najlepiej sprzedających się książek w historii, na 19 miejscu, znalazła się powieść „Kain i Abel” angielskiego pisarza Jeffreya Archera. Bardzo możliwe, że i tę książkę będą czytać emigranckie dzieci, tym bardziej, że jest w niej wątek „polski”. Opowiada historię życia dwóch mężczyzn urodzonych tego samego dnia w roku 1906 r. Jeden z nich jest porzuconym sierotą w Polsce, drugi synem bogatych bankierów w Nowym Yorku. W powieści ich losy się skrzyżują, lecz wcześniej opisane jest ich różne dzieciństwo i młodość. Podczas, gdy Władek w Polsce doświadczał okropności wielkiej wojny, William w elitarnej szkole przejawiał pierwsze oznaki dużej przedsiębiorczości.

W 1915 roku szkołę ogarnął szał zbierania etykietek zapałczanych. William przez tydzień obserwował zjawisko z ciekawością, ale sam się nie angażował. Już po kilku dniach pospolite etykietki osiągnęły cenę dziesięciu centów, rzadziej zaś spotykane dochodziły i do pół dolara. William rozważył sytuację i postanowił zostać nie kolekcjonerem, lecz pośrednikiem.

Następnej soboty udał się do Leavitta i Pearce’a, Największego sklepu z wyrobami tytoniowymi w Bostonie, i całe popołudnie spędził na spisywaniu adresów i nazwisk wszystkich większych producentów zapałek z całego świata, ze szczególnym uwzględnieniem tych krajów, które nie uczestniczyły w wojnie. Zainwestował pięć dolarów w kupno papieru, kopert i znaczków, a następnie wystosował list zaadresowany do prezesa bądź dyrektora każdej z firm ze swego wykazu. Treść była prosta, chociaż zmieniał ją siedmiokrotnie.

“Szanowny Panie Prezesie (Dyrektorze),

Jestem zamiłowanym zbieraczem etykietek zapałczanych, ale nie mogę sobie pozwolić na kupowanie wszystkich odmian pudełek. Moje kieszonkowe wynosi tylko dolara tygodniowo, załączam jednak trzycentowy znaczek na list na dowód, że poważnie traktuję moje hobby. Proszę wybaczyć, że zwracam się osobiście do Pana, ale nie mogłem znaleźć innego nazwiska oprócz Pańskiego. Pański przyjaciel

William Kane

(9 lat)

P.s. Pańskie etykietki należą do moich ulubionych”.

W ciągu trzech tygodni William otrzymał odpowiedź od pięćdziesięciu procent adresatów, oraz siedemdziesiąt osiem różnych etykietek. Prawie wszyscy korespondenci zwrócili też trzycentowe znaczki pocztowe, zgodnie zresztą z przewidywaniami Williama.

Podczas następnych siedmiu dni William zmonopolizował szkolny handel etykietkami, przy czym zanim cokolwiek kupił, zawsze sprawdzał, po ile będzie mógł to sprzedać. Zauważył, że niektórych chłopców nie interesuje, czy etykietki są rzadkimi okazami, lecz wyłącznie jak wyglądają, szybko więc dokonał z nimi wymiany, zdobywając co cenniejsze egzemplarze dla bardziej wyrafinowanych zbieraczy. Po dalszych dwu tygodniach transakcji William wyczuł, że popyt sięgnął szczytu, i że musi coś zrobić, żeby zainteresowanie nie opadło, zwłaszcza, że szybko zbliżały się wakacje. Roztrąbił więc za pośrednictwem ulotek reklamowych, które zamówił po pół centa za sztukę i umieścił na każdym pulpicie, że urządza aukcję wszystkich swoich etykietek w liczbie dwustu jedenastu. Aukcja odbyła się w szkolnej ubikacji w przerwie na lunch i cieszyła się większą frekwencją niż większość szkolnych meczy hokejowych.

W rezultacie William zgarnął pięćdziesiąt siedem dolarów i trzydzieści dwa centy, zarabiając na czysto, po odliczeniu początkowych wydatków, pięćdziesiąt dwa dolary i trzydzieści dwa centy. Ulokował w banku dwadzieścia pięć dolarów na dwa i pół procent, nabył aparat fotograficzny za jedenaście dolarów, pięć dolarów ofiarował Związkowi Młodzieży Chrześcijańskiej, który zajął się ostatnio udzielaniem pomocy rzeszom świeżo napływających imigrantów, matce kupił kwiaty i kilka dolarów zachował dla siebie. Rynek etykietek zapałczanych załamał się jeszcze przed końcem roku szkolnego. Miała to być pierwsza z tak licznych w późniejszym życiu Williama sytuacji, kiedy wycofywał się w okresie hossy. Babki mogły być z niego dumne; sposób, w jaki ich mężowie zbili fortuny wykorzystując panikę w 1873 roku, nie różnił się wiele od jego metody.

         Po raz kolejny jestem pewien, że każdy kto czyta dziś ten fragment z łatwością zauważył, że William zarobił ten pieniądze oszustwem i kłamstwem. Łgał jak pies w listach do producentów opakowań, manipulował też kolegami. Ale po raz kolejny postawie to samo pytanie: jak ten fragment będzie odczytywany przez kolejne pokolenie? A czy z fragmentu wybrzmiewa bardziej nagana, czy pochwała sprytu młodego człowieka? No właśnie, proszę zauważyć jaka duża różnica dzieli oba fragmenty, co wysuwa się na pierwszy plan. Nie jest to tylko wynik upływającego czasu, „Kain i Abel” został napisany 100 lat po „Idiocie”. To też kwestia innej mentalności, innych zasad kierujących ludźmi przez lata kolejnym pokoleniom w dwóch różnych kulturach. A w który miejscu plasuję się teraz nasza, emigrancka? Na którą stronę idzie szala tej wagi, bo przecież nie da się uniknąć ani nasycania tą w której się żyje, ani nie da się oderwać zupełnie od tej, w której się zostało wychowanym. A która zostanie wybrana, albo w jakim stopniu będzie górować dla urodzonych już tu, ale wciąż jeszcze polskich dzieci? A którą chcieliśmy sami, by była im bliższą? Czy zechcemy, jako ogół, by czytając Idiotę wiedzieli dlaczego Gania stracił przytomność? I w jaki sposób chcielibyśmy, by rozumieli opowiastkę o handlu zapałczanymi opakowaniami? To bardzo ważne pytania.

Smoleń

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.