W 1988 roku w Moskwie zmarł Kim Philby, jeden z najsłynniejszych szpiegów w historii. Philby pochodził z rodziny o wieloletnich tradycjach patriotycznych, zasłużonej dla korony brytyjskiej. Sam również podążał tą drogą, początkową karierę dziennikarską zamienił na pracę w wywiadzie, słynnym MI6. Zafascynowany jednak w młodości komunizmem został zwerbowany przez wywiad radziecki i przez lata był jego wartościowym agentem, posiadającym dostęp do wielu, ważnych tajemnic państwowych. Zdekonspirowany uciekł do Moskwy, gdzie dokończył żywota, trzy lata przed upadkiem kraju, dla którego zdradził ojczyznę.

         Po jego śmierci brytyjski kontrwywiad planował przeprowadzić akcję dezorientującą  radzieckich odpowiedników. Plan zakładał przyznanie przez królową Phillby’emu najwyższych odznaczeń państwowych. Miało to sugerować Sowietom, że był on podwójnym agentem, do końca wiernym brytyjskiej koronie. Tanim kosztem miało to zmusić Moskwę do weryfikacji wstecznej wszystkich informacji przekazanych przez szpiega. Z planu jednak zrezygnowano. Nie chciano wciągać królowej w grę wywiadów, oraz odznaczać zdrajcę. Sam pomysł jednak, choć niewykonany, był bardzo chytry i pokazujący w jaki sposób „bawią się” dorośli, poważni ludzi z poważnych państw, i jakie mają w tej zabawie skrupuły.

         W III Rzeczpospolitej temat szpiegów, zwłaszcza tych zza wschodniej granicy pojawiał się co jakiś czas w głównym nurcie wydarzeń. W latach 90-tych, urzędujący premier Józef Oleksy został oskarżony o szpiegostwo na rzecz Rosji. I co? I nic. Ani premier, ani rzucający oskarżenia nie zostali skazani. Posądzany również był prezydent Aleksander Kwaśniewski o kontakty i spędzanie wakacji z rosyjskim szpiegiem. Tutaj sprawę z dziennikarzami wygrał prezydent, ale nie przeszkodziło to samej sprawie wracać kolejnymi falami. W 2008 roku inny rosyjski agent potwierdzał wersję „Życia”, które pierwsze sugerowało kontakty. I co? I znów nic. Brak jednoznacznej, gwałtownej i ostrej reakcji pokazuje, że można u nas bezkarnie oskarżyć premiera(!), czy prezydenta(!!) o szpiegostwo, lub kontakty z obcym wywiadem, a sprawa sama się rozmywa w biegu codziennych wydarzeń. Zresztą słynna przemowa do studentów w Kijowie(!), gdzie mocno zmęczony prezydent oświadczał, że kiedyś Rosja zostanie się członkiem NATO(!), sugeruje, że jeżeli był agentem, to nie był agentem dobrze poinformowanym.

         W okresie bezpośrednio następującym po rosyjskiej agresji na Ukrainę, siedem(!) lat temu, wydalono z Polski dwoje rosyjskich szpiegów. Na pytanie, dlaczego przez wiele lat nie działo się nic podobnego, oficer naszych służb odpowiedział, że sukcesem kontrwywiadu jest nie zwykłe wydalenie agenta, a przewerbowanie go do pracy dla nas. Miało to chyba sugerować, że w taki sposób, skuteczny i cichy, działają nasze służby. Będąc sceptykiem, nie potrafiłem w te sugestie uwierzyć, ale jednak umiałem też zmusić się do zostawienia gdzieś na dnie małej, nęcącej wątpliwości. „A może jednak nasi potrafią to tak rozegrać…”

         W maju tego roku służby Łukaszenki zmusiły do lądowania samolot z Romanem Pratasiewiczem, białoruskim opozycjonistą mieszkającym w Polsce. Co równie ważne, samolot zarejestrowany był w naszym kraju. Był do podwójny policzek wymierzony naszemu państwu. Reakcja? Jeżeli jakakolwiek była, to nasze służby są bardzo skromne, nie pochwaliły się swoim sukcesem.

         Miesiąc temu polskie siły mundurowe zostały zmuszone do wykonania bardzo brudnej roboty. Wywiązały się z tego dobrze, wypełniając obowiązki i nie dopuszczając do mocniejszego zaognienia sprawy. Łyżką dziegciu w tej beczce była bezczelność białoruskich odpowiedników, zostawiana bez naszej reakcji. Ale tutaj, jak zwykle zresztą, gdzieś głęboko kołatało: „a może nasi dają im popalić w inny sposób, jakoś po cichu uczą szacunku do polskiego munduru?”

         Miesiąc po tych wydarzeniach polski żołnierz rzuca broń i ucieka na stronę białoruską. W propagandowym wywiadzie opowiada niestworzone historie i zrywa polską flagę naszytą na ramieniu. Chyba jedynie resztka godności kazała mu odłożyć ją na oparcie fotela, a nie rzucić na ziemię. Człowiek ten miał podobno problemy z prawem i z samym sobą. Nie da się niestety kompletnie wykluczyć obecności takich indywiduów w służbach. Co jednak żołnierz ten robił w takim miejscu, w sytuacji naprawdę poważnej i napiętej, gdy przełożeni wiedzieli o jego problemach? Tutaj, nie wiem w jaki sposób wywołać u siebie tę resztkę wiary w polskie służby, w ich zdolności już nawet nie do reakcji na zewnętrzne bodźce, ale ogarnięcie bałaganu u siebie. Nie wiem, gdzie szukać promyków optymizmu w momencie, gdy wszystko zdaje się sugerować, że państwo jest klejone na ślinę, kompletnie bezzębne i nieporadne. Można u nas bez konsekwencji oskarżać najważniejsze osoby w państwie, można porywać ludzi, którzy szukają u nas politycznego azylu, nie potrafimy zweryfikować, kogo wysyłamy do obrony granicy.

         Prezydent Białorusi jest bardzo często w naszym mediach wyśmiewany. Za PGR-ową mentalność, za wygląd, za zachowanie. Utożsamiany jest z post-kołchoźnikowym cwaniakiem, prostym człowiekiem bez polotu i charyzmy, który doprowadził Białoruś do statusu ziemniaczanej republiki, rządzonej w sposób bandycki. Czy można coś zarzucić temu opisowi? A więc nasze państwo jest gnębione, dostaje pstryczki w nos i nie potrafi odpowiedzieć białoruskiemu, ziemniaczanemu bandycie. 

Andrzej Smoleń

Ten i inne felietony autora, oraz “historie z emigracji” na stronie:
http://emigraniada.com
https://www.facebook.com/emigraniada

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.