Ona przychodzi po południu i zostaje do wieczora. Pije drinki w małych szklaneczkach albo najmniejsze piwa, których i tak nie dopija, zostawiając przynajmniej jedną trzecią i zamawiając następne. Rzadko coś je – jakieś frytki lub czosnkowy chleb.

On się pojawia tuż przed zamknięciem. Jakby dopiero pod osłoną nocy przełamywał swój opór przed wyjściem do świata i ludzi. Albo może dopiero o tej porze kończy jakieś zajęcie.

Na pierwszy rzut oka widać, że nie wszystko w ich życiu poszło tak, jak trzeba.

Może ona i nie taka brzydka. Ale poskręcane dredy na blond włosach, ogólne niedomycie i kolorowe, za duże na nią ciuchy, jakby wyszperane na wysypisku śmieci, nie dodają jej uroku. Spotyka się ze znanymi sobie ludźmi, zawsze w tym samym towarzystwie. Jej śmiech, którym wybucha z częstotliwością raz na minutę, unosi się nad gwarem ogółu, ale po kilku godzinach wwierca się w mózg i drażni. Zawsze miło się wita, gdy zabieram opróżnione naczynia z jej stolika, coś próbuje opowiadać, ale nie rozumiem jej zniekształconej i egzaltowanej mowy. Próbowałam kiedyś zgadnąć, czy już taka się urodziła, czy dopiero choroba ją taką stworzyła, ale nic z tego mojego zgadywania nie wynikło. Ktoś się nią opiekuje. Musi przecież gdzieś mieszkać, coś jeść i ktoś jej daje pieniądze, którymi płaci za piwo. Gdzieś wraca.

On wjeżdża do pubu i od razu kieruje się do baru. Potem z drinkiem w dłoni do małej windy. Przysiada to tu, to tam. Czasem z kimś rozmawia, częściej coś czyta. Blady, zmęczony, smutny, w ubraniu pamiętającym lepsze i bardziej czyste czasy. Z błyszczącą chorym potem twarzą.

I się spotkali…

… „ona brzydka, brzydki on”*.

Dalej przychodzą o swoich stałych porach, ale ona wyraźnie na niego czeka. Patrzy w stronę drzwi, wygląda na ulicę. Przegląda się w wiszących lustrach, poprawiając swoje dredowe kosmyki. Ubiera się jeszcze bardziej kolorowo – o ile to możliwe. Często ma nawet pomalowane włosy i krzywo nałożony niewprawną ręką makijaż. Chce się podobać. W nim się niewiele zmieniło, ale czasem się uśmiecha. Siadają ze swoimi drinkami na uboczu i zatapiają się we własnym świecie. Czasem się śmieją, czasem kłócą, ale oczy im błyszczą i twarze też mają jaśniejsze i wygładzone. „Gdzieś tu chyba zakpił los. Ona brzydka, brzydki on. A taka ładna miłość”.

Muszę kilka razy przypominać, że już zamykamy. Próbują wytargować jeszcze kilka minut bycia ze sobą. W końcu wychodzą. To znaczy ona wychodzi. On wyjeżdża. Ona jest niepełnosprawna umysłowo. On nie ma nóg.

* Cytaty pochodzą z piosenki Brzydcy, do której słowa napisał Jan Wołek.

Róża Wigeland
https://rozawigeland.com/
Jeden z felietonów z książki „Mentalistka”, która miała swoją premierę w październiku 2021 roku.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.