Kilka tygodni temu poproszono mnie o skreślenie kilku zdań na 11 listopada. Zastanawiałem się długo od której strony zabrać się za ów temat i dzięki temu mogłem się  tej symbolicznej dacie przyjrzeć dokładniej, oglądając ją z wielu rożnych kątów. Rzadka to możliwość wyjścia z bieżącego pędu cyklicznych zdarzeń, marszów, bójek i przekrzykiwań, by dopatrywać się treści, które to święto niesie. Co prawda treści poznanej i przerobionej, ale przypraszanej corocznie bieżączką. Dlatego kilkoma refleksjami chciałbym się z państwem podzielić.

         Prawdopodobnie pierwszym, polskim świętem państwowym była rocznica bitwy grunwaldzkiej. Rok po zwycięstwie król Władysław II zarządził dzień wolny od pracy, który miano spędzić na zabawie i modlitwie. Przyznać trzeba, że lipiec jest ciekawsza porą na świętowanie. Dni są długie, ciepłe i słoneczne, stwarzające wiele możliwości na imprezy plenerowe, czy spotkania towarzyskie. Złota, polska jesień rzadko kończy się w listopadzie. Zwykle jest to już pora słoty, zima, deszczowa i ponura, niczym niemal całoroczna aura na wyspach brytyjskich. Ciężko w takich warunkach o uczucie radości, gdy składaniu kwiatów i odczytom towarzyszy zamiast zapachu trawy i ziół fetor gnijących liści, na twarzy zamiast promieni słonecznych czuje się zimny wiatr, a na dodatek często za kołnierz pada deszcz. Może jednak jest w tym i pewien sens. W końcu świętujemy odzyskanie niepodległości, a nie stałą, nienaruszalną od początków państwa suwerenność i niezawisłość. Rzymskim cesarzom podczas tryumfu towarzyszył niewolnik, który powtarzał: „Pamiętaj, że jesteś tylko człowiekiem”. Może podobną rolę pełni podczas naszego świętowania ten lodowany wiatr, który przypomina, że aby odzyskać niepodległość, musiała być ona wcześniej stracona. A stracona została w wyniku działań państw zaborczych, ale i też w konsekwencji długoletniego rozkładu i anarchii, które już Polacy zawdzięczali sami sobie. Może i nawet jest sens w listopadowym deszczu, który delikatnie chłodzi radość, przypominając, że jednak część tamtego społeczeństwa upadek państwa przyjęła z ulgą, nie widząc już szans na jego samodzielną odnowę. O taki rodzaj refleksji byłoby trudniej w letnich miesiącach. Koncert, grill, czy wakacyjny nastrój nie skłaniałby do dodawania sobie łyżek dziegciu w beczkę świątecznego miodu. Listopad nadaje się do tego natomiast, jak żaden inny miesiąc.

         Data 11 listopada w wielu krajach kojarzy się z zakończeniem I wojny światowej, nazywanej przez ówczesnych ludzi wielką wojną. Zauważyć to można zwłaszcza na wyspach brytyjskich, gdzie pamięć o poległych masach żołnierzy jest wciąż bardzo silna. Pokazuje to też, jak państwo wyspiarskie, opierające się na siłach morskich, przeżyło traumę masowej, niszczącej wojny i konieczności ofiary ze swoich synów, co narody żyjące na równinach czyniły i czynią niemal cyklicznie. Świętowanie odzyskanie niepodległości w tym właśnie dniu wiąże ze sobą oba wydarzenia. Zmiana daty, wybór innego, symbolicznego dnia, mógłby pomóc w budowaniu dumy niezależnie od czynników zewnętrznych. I byłby to chyba błąd. I wojna światowa zakończyła się przegraną każdego z państw zaborczych. Był to warunek konieczny, by mogła odrodzić się wolna Polska.

         Z drugiej strony nie był to na pewno warunek jedyny i wystarczający. Potrzebna była tu też siła i wola do odbudowania niezależnego kraju. Nie tylko na poziomie chęci i deklaracji, ale siły dyplomatycznej i militarnej, gdy bardzo szybko wybuchła kolejna wojna z bolszewikami. Tym niemniej zachowanie potęgi przez zaborców mogłoby doprowadzić do rozluźnienia pętów niewoli, ale raczej nie do ich zerwania. Nie jest przesadnie trudno wyobrazić sobie los legionistów Piłsudskiego, którzy przy inaczej napisanym scenariuszu historii podzielić mogli los swoich duchowych poprzedników – powstańców listopadowych i styczniowych. Wygrali, dane im było tworzyć i rządzić Polską w dwudziestoleciu międzywojennym (ocena tych rządów to inna kwestia), ale sami też czuli niepewność działań, na które się zdecydowali. „Legiony to straceńców los”. Społeczeństwo też, jak to już u nas jest, nie było jednolicie przekonane o skuteczności ich walki. Ostatnia zwrotka legionów świadczy o tym dobitnie. Tu w wersji „ułagodzonej”;

Nie chcemy już od was uznania,

Ni waszych mów, ni waszych łez,

Skończyły się dni kołatania,

Do waszych serc, do waszych serc!

W oryginale, podobno dwa ostatnie wersy brzmiały”

Skończyły się dni kołatania,

Do waszych serc, jebał was pies!

         Po położeniu podwalin pod Polskę, która wyłoniła się z odmętów historii i wielkopolskich puszcz, po wielu początkowych sukcesach, młode państwo nagle się załamało. Historycy nazywają tamte wydarzenia „reakcją pogańską”, co sugeruje że społeczeństwo zbuntowało się przeciw chrystianizacji. Najprawdopodobniej nie tylko o samą wiarę tu chodziło, ale też o nagłe zmiany, adaptowanie zachodniej, łacińskiej cywilizacji i reformy stosunków społecznych. Sytuacje opanował książę Kazimierz, przez potomków nazwany Odnowicielem. Miał on wsparcie cesarstwa, które zbrojnie pomogło mu przywrócić porządek. Jest to bardzo ważny fakt, bo oznacza, że na dworze cesarskim uznano, że Piastowie i elity tamtego państwa (ciężko tu jeszcze mówić o Polakach) generują odpowiednią siłę polityczną, by utrzymywać tutaj odpowiednio wpływową formę państwowości. A trzeba pamiętać, że pierwsi Piastowie powstrzymywali już wtedy rozpoczęty, niemiecki Drag nach Osten. Najwyraźniej jednak tamtejsze elity zdołały w krótkim czasie doprowadzić do sytuacji, gdzie założono prawo i silę Polski do istnienia i samostanowienia na naszym obszarze.

         Kilka stuleci później sytuacja była odmienna. Brak było jednoznacznej ciągłości. O ile Kazimierz Odnowiciel mógł jeszcze korzystać z podwalin tworzonych przez jego wielkich przodków, tak ci, którym przyszło budować II Rzeczpospolitą mieli za sobą okres, w którym Polaków i polskość próbowano za wszelką cenę wyrugować i mapy, i ze świadomości narodów. Licząc jedno pokolenie jako 25 lat od ostatniego zaboru na scenę historii wchodziło już 5 pokolenie. A pomimo tego ten naród znalazł w sobie siłę na odtworzenie swojej państwowości, i to silę niebagatelną, bo wymagającą ogromnego wysiłku scalającego trzy części, oraz silę militarną do obrony kraju. To nie mogło wyjść przypadkiem. To zadanie powiodło się to dzięki ogromnej pracy i wyrzeczeniom kolejnych pokoleń przekazujących tradycję i pamięć. Powiodło się dzięki walce czynnej i biernej. Dzięki powstańcom i nauczycielom. Dzięki romantykom i pozytywistom. Dzięki każdemu, kto o Polsce chciał pamiętać, a przede wszystkim chciał, by pamiętały o niej jego dzieci. Dlatego to odnowienie pokazało rzeczywistą moc tkwiąca w ludziach zajmujących ten kawałek ziemi, którzy musieli dać rozpęd wydarzeniom zapoczątkowanych przez kapitulację państw centralnych.

         Niejednokrotnie byli zaborcy próbowali zdyskredytować istnienie odrodzonego państwa, nazywając je sezonowym, lub „bękartem traktatu wersalskiego”. Podobne złośliwości potrafią wybrzmieć i dziś. Jest jednak w nich coś bardzo płytkiego, bo pomijają pewien ciekawy fakt. Otóż Polska odrodziła się w II Rzeczpospolitą, jawnie nawiązując do państwa, które zostało podzielone przez zaborców. Z tej trójki państw żadne nie potrafiło zachować podobnej tradycji. Prusy rozpłynęły się w Rzeczy niemieckiej, Austro-Węgry rozpadły na wiele składowych, a Rosja przechodząc przez wiele wstrząsów jest spadkobierczynią innej formy rządów i państwowości. Polska dziś, III Rzeczpospolita, choć w nieco innej formie niż jej poprzedniczki, nawiązuje jednak i daje podstawy do nadziei, że to piękne tłumaczenie na nasz język, łacińskiej formuły res Publica (rzecz wspólna), znajdzie odzwierciedlenie w rzeczywistej formie na linii państwo – obywatele. Nie można mówić o sezonowości w warunkach, w których naród tak bezkompromisowo dąży do swojej państwowości, a zalążki współczesnego ustroju zostały zasiane w czasach, gdy jego wojska zdobywały Moskwę.

         To może zresztą tłumaczyć, dlaczego liczymy okres zaborów jako 123 lata. Od trzeciego zaboru (1795) do końca I wojny światowej (1918). W międzyczasie przecież powstało księstwo warszawskie, a królestwo kongresowe związane unią personalną z carem rosyjskim miało szeroką niezależność, m.in. osobny skarb, czy wojsko. Może właśnie chodzi o to, że Polacy nie chcieli ogryzków swojego państwa i dopiero powrót do Rzeczpospolitej, a nie do księstwa, czy Kongresówki (a później PRL-u) w ich oczach zakończył okres niewoli? Nie jest to w duchu Bocheńskiego, nie jest pewnie i do końca poprawne, ale to również spadek z tamtego okresu. Czas zaborów, XIX wiek, dla wielu państw i społeczeństw przełomowy, dający rozwój, technologie i bogactwo, był dla narodu Polskiego czasem nieustannych, rozpaczliwych czasami starań o własną państwowość. To musiało zostawić ślady. Czas zaborów zostawili po sobie nie tylko widoczne efekty w postaci zaniedbań infrastrukturalnych, ale zostawił też głębokie piętno na polskiej duszy. Chyba całość naszego dorobku kulturalnego z XIX wieku chyba dobitnie to o tym świadczy. Trzy czarne orły nie rozszarpały białego. Zraniły go i zostawiły blizny.

         Skomplikowana historia nowożytna państwa i narodu polskiego od lat dostarcza setki tematów do rozważań i dyskusji. Różnorakie skutki odczuwamy do dziś. Czasami bardziej jednoznaczne, jak np. most na dawnej granicy państw zaborczych, który nie był potrzebny wtedy, a później jego brak uwierał przez prawie sto lat okolicznych mieszkańców. Czasami mniej, na pierwszy rzut oka, związane z dawnymi dziejami- jak chociażby liczba Polaków na emigracji. Ale te skutki istnieją tylko dlatego, że dalej istnieje naród, który je odczuwa i rozumie. To, że ten naród przetrwał, zachował wiele i wiele w czasie niewoli wykształcił, to ogromna zasługa tamtych ludzi. Dzisiejsze święto, to równocześnie dobitny dowód na siłę narodu, który nie musiał swojej tożsamości wygrzebywać z kurnej chaty i tworzyć od nowa swojego języka. Warto o tym pamiętać. Ale przy odpowiednim nastawieniu, wrażliwości na ciągłość i zdefiniowaniu swojej roli jako człowieka, może to być świadomość bardzo zobowiązująca.

         Andrzej Smoleń

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.